Msza jako cyrk,

Msza jako cyrk,
czyli o mszach uroczyście, pięknie i godnie sprawowanych.

Modlitwa jest wyrazem wiary.

Modlitwa jest wyrazem wiary i ma to swoje konsekwencje. Przez całe swoje życie nie słyszałem nigdy pieśni o Matce Bożej z Guadalupe. Zaś wielokrotnie na mszach słyszałem i śpiewałem różne pieśni maryjne odnoszące się do wizerunku jasnogórskiego z Częstochowy. 

Liturgia jest wyrazem wiary wspólnoty. Lud ze swym kapłanem składa ofiarę. Uczono mnie, że o ile nie wykonuje się antyfony na wejście, mszę rozpoczyna śpiew ludu. Nie ministrant dzwonkiem, nie ksiądz „W imię Ojca…”, ale lud przychodzi i daje wyraz swojej wiary. Wiara jest zaś taka, że sprawowanie mszy oddaje kapłanowi i to ksiądz dalej przewodniczy, to on zamyka mszę – końcowy śpiew ludu jest już tylko wyrazem pobożności, jest poza mszą, od ludu wychodzi impuls, ale lud sam nie zajmie się mszą.

Ryt liturgiczny jest wyrazem pewnego sposobu przeżywania wiary. Musi być czymś żywym. Nie wskrzesza się dawnych rytów, bo jest to bezcelowe. Jeśli nie ma ludzi, których wyrazem wiary jest dany ryt, umiera taki sposób przeżywania mszy. Jeśli nie był dalej przekazany, to nie wiadomo nawet, jak wyglądał w szczegółach, a więc nie ma nawet jak go odtwarzać, bo liturgia była zapisana w pamięci, kiedy przyklęknąć, kiedy się skłonić, jakie pieśni śpiewać i w jaki sposób… Nie da się wskrzesić rytu.

Złym pomysłem jest też zderzanie różnych typów wrażliwości podczas czynności świętych. Jeżeli jakaś wspólnota dochodzi do wniosku, że komunia jest czymś tak intymnym, że nie wystarczy dotykanie językiem i podniebieniem, ale trzeba też „przytulić” Jezusa w dłoniach, a druga w swym rozwoju doszła do wniosku, że najmniejsza drobinka z Ciała Chrystusa nie może być utracona i wyraża swój szacunek do postaci Eucharystycznych w odmienny sposób – przez przyjmowanie do ust, by ograniczyć możliwość utraty partykuł, to trudno umieszczać te dwa sposoby przeżywania pod jednym dachem. Zamiast wspólnego uwielbiania Boga zaczyna się patrzenie na „dziwaków” i porównywanie się.

Inną sytuację mamy, gdy jedna ze stron „odwiedza” drugą i z ciekawością i szacunkiem przygląda się obrzędom. Bo musi istnieć grupa, która jest „gospodarzem”. Gdy zaczyna się rekolekcje oazowe uczestnicy nie przyjeżdżają razem z kadrą. Moderatorzy i animatorzy najpierw spotykają się, zapoznają i oczekują przybycia gości do tak zaimprowizowanej „oazy”.

Podobnie misjonarze nie jadą do dzikich plemion z mszą świętą i innymi sakramentami, by im je „wręczyć”, ale osiedlają się w pobliżu, starają się być pomocni i czekają, aż miejscowi zaciekawią się obrzędami, zechcą w nich uczestniczyć i w końcu przyjmą je za własne i sami staną się częścią wspólnoty, wyrażającej swą wiarę przez liturgię. Acz na pewno nie będzie to już liturgia taka sama. Sposób przeżywania wiary przez neofitów na pewno wywrze wpływ na celebrację. I tak samo rodzice dziecku przekazują wiarę – modlą się, a dziecko wzrasta w tym klimacie modlitwy, dopytuje, co rodzice robią, samo stara się naśladować swych opiekunów i modlitwa zaczyna wypływać z jego wewnętrznego nastawienia, ale nie jest dokładnie tą samą modlitwą, którą zanoszą do Boga rodzice.

Tymczasem uczestniczyłem ostatnio w liturgiach czynionych jakby od końca. Nie były wyrazem wiary danej wspólnoty, ale „wzorcową” celebracją, przyniesioną z zewnątrz. Msza tzw. trydencka sprawowana dla ludzi, którzy nigdy nie uczestniczyli w takiej formie i teraz – bez żadnego przygotowania mają wejść w ten sposób modlitwy – to już nie jest ta forma. Nie da się przynieść mszy i kazać w niej uczestniczyć. Co innego, gdyby ci ludzie sami poszli do wspólnoty, z której taka modlitwa emanuje i próbowali się włączyć. Wtedy kolejność byłaby naturalna.

 Podobnie błąd popełniają wierni, którzy oczekują mszy „trydenckiej”. Namawiają księdza, który jest otwarty na „stare”. Jeszcze nie zinterioryzował mszy, a już każe mu się ją odprawiać. I te różne wrażliwości ścierające się w takim księdzu, nie dają nowej jakości, ale się gryzą. Podobno we Francji wielu kapłanów po ogłoszeniu Summorum Pontificum w końcu pozytywnie odpowiedziało na prośby wiernych, ale księża zamiast przewodniczyć tym mszom, oddają się w ręce wiernych. Parafialni aktywiści (reakcjoniści?) liturgiczni chodzą jak cień za celebransem, podpowiadając każdy gest, tarmosząc, by ksiądz ustawił się w „odpowiednim” miejscu… Świeccy uczący kapłanów gdzie ich miejsce – najgorsze skojarzenia z „posoborowiem”.

Homilia mszy Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego zaczęła się od pytania „Co my tu właściwie robimy?”. Odpowiedź nie padła. Bo chyba nikt nie odważył się wyciągnąć konkluzji. Dało się usłyszeć tylko kilka założeń. Teoretycznych: msza nie w jakiejś specjalnej godzinie – normalna msza w klasztorze, ale – bez pośpiechu i skierowana do ludzi związanych z DOL… 

 Mszy jednak nie kieruje się do wspólnoty, ale liturgia ma wyjść ze wspólnoty. Z modlitwy wspólnoty. Nie widziałem niestety wyrazu modlitwy danej grupy. Zobaczyłem kolejną przy biurku zaplanowaną mszę (czy nie owo „biurko” było jednym z głównych zarzutów dotyczących reformatorów liturgii po soborze watykańskim II?). Pieśni, które nie wychodziły z naw, bo nie były znane (a nie miały być w założeniu pieśniami chóru, ale ludu właśnie), melodie trudne do podźwignięcia dla wyrobionych muzycznie, ale wychowanych raczej w trochę innej wrażliwości, uczestników. Powolność, która zabijała normalną dynamikę liturgii przeplatana szybkością „przyzwyczajenia”. (Swoją drogą to temat na inny wpis – potrzeba różnych formularzy na msze uroczyste i zwykłe). Tak to odbieram, może źle odbieram, ale to naturalny efekt skupiania różnych wrażliwości pod jednym dachem.

Mszy nie można wykorzystywać do jakichś – choćby szczytnych – celów. Nie można odprawiać jej jako wyrazu politycznego czy moralnego sprzeciwu. Złem jest np. próba „zagłuszania” koncertu przez odprawianie mszy. Złem byłaby zgoda na wykorzystanie mszy w celach ekumenicznych – to my sobie razem sprawujmy Eucharystię, a jak ją rozumiemy, to się okaże… Jeśli już kwestia przyjmowania na rękę bądź do ust wzbudza takie emocje, bo np. po co utrzymywać zwyczaj przytrzymywania przystępującemu do komunii pateny (wcale nie symboliczny, ale jak najbardziej racjonalny), gdy komunikujący weźmie ją zaraz do rąk?!…

Przepraszam, że wrzucam kamyczek do ogródka, ale pomimo pięknego założenia – przestańmy gadać zacznijmy robić – wolę gadać. Wydaje mi się, że lepiej dokształcać się teologicznie, uświadamiać, dzielić sposobem przeżywania i rozumienia Eucharystii, by wpłynąć na zmiany w parafiach, by zrobić reformę. Lepiej zaprowadzać zmiany u siebie (w sobie), w swoich wspólnotach, a nie „uświetnić” jedną mszę w miesiącu u krakowskich dominikanów.

Jeśli grupa się pojawi – będzie i msza. Na razie ktoś mszę wykorzystuje, by stworzyć grupę.

 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Michał Buczkowski

Michał Buczkowski na Liturgia.pl

Katolik, mąż, ojciec, Polak, dziennikarz i tak dalej.