Mt 18,15-17 czyli o irytacji

To jest tak. Człowiek od dawna nic nie napisał. Nie napisał, bo goni z wywieszonym jęzorem usiłując fizycznie i mentalnie łapać rzeczywistość (ze średnim skutkiem zresztą). Po drodze sporo było myśli, które warto byłoby jakoś przyszpilić do ekranu, po drodze były Święta (ciągle są w zasadzie), też warte wzmianki czy refleksji.

A i tak w końcu impulsem do pisania okazuje się irytacja…

Irytuje mnie mianowicie używanie wytrychów. Pałęta się takich trochę w naszym współczesnym katodyskursie. Królem pośród nich jest „miłość bliźniego” – uniwersalne narzędzie do zamykania ust, stosowane z upodobaniem – z pewnością nie tylko ja widzę ten zabawny paradoks – przez przedstawicieli „Kościoła otwartego”. A nieprawym dzieckiem „miłości bliźniego” jest „upomnienie braterskie” czyli jak zrobić, żeby świeczka dla Pana Boga dalej pełgała, a płomień z ogarka dla wiadomokogo zbytnio nie oślepiał.

Dlaczego w ogóle o tym piszę (pomijając irytację)? Ano bo ostatnio znowu dostało się (albo dopiero dostanie) KNO, m.in. za to, że piętnuje nadużycia konkretnych osób, nie zastosowawszy się wcześniej do Jezusowego wymogu „upomnienia braterskiego” (Mt 18,15-17). A ponieważ i ja dostałem za to niedawno po nosie, przy okazji sprawy, o której pisałem we wrześniu, stwierdziłem, że warto w tym wytrychu trochę pogrzebać, żeby zobaczyć, co ma w środku. Oczywiście interesować mnie będzie odnoszenie go do kwestii nadużyć w liturgii, choć pewnie ktoś inny mógłby się dopisać w związku z innymi sprawami.

Dwie rzeczy narzucają się od razu: po pierwsze, pytanie, na ile te słowa naszego Pana w ogóle mają zastosowanie do problemu nadużyć liturgicznych i reagowania na nie. Po drugie, ograniczenie praktycznej stosowalności „braterskiego upomnienia” w większości sytuacji.

Mt 18,15 mówi: „Gdy twój brat zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy” (Ἐὰν δὲ ἁμαρτήσῃ εἰς σὲ ὁ ἀδελφός σου, ὕπαγε καὶ ἔλεγξον αὐτὸν μεταξὺ σοῦ καὶ αὐτοῦ μόνου·). Zwracam uwagę na to „przeciw tobie” (εἰς σὲ). Co prawda bibliści mają  wątpliwości co do autentyczności tej frazy, gdyż pomija ją część ważnych źródeł, niemniej wątpliwości nie implikują odrzucenia (czego zresztą ostatecznie edytorzy wydań krytycznych NT nie robią). Poza tym jeśli porównać go z częściowo paralelnym miejscem w Łk 17,3-4, wyraźnie będzie widać, że chodzi tu o grzech w ramach relacji osobowych. Jak to się ma do grzechu „liturgicznego”? Kto ma pójść i pogadać w cztery oczy? Całe zgromadzenie? Kto tu jest „przedmiotem” grzechu? Ktoś, kto czuje, bądź wie, że coś było nie tak? Wszyscy wierni? Nasz Pan? I jacy „dwaj lub trzej świadkowie”, skoro bywa, że nadużycie jest dokonywane na oczach tysięcy ludzi? I do kogo udać się ze skargą na kogo na to, że czasem tych kilka tysięcy ludzi nie ma świadomości, że uczestniczy w zorganizowanej obrazie boskiej. Mało tego, że są całkowicie zadowoleni, że ta Msza taka dzisiejsza, taka swojska, taka „nasza”, że ksiądz, co prawda ksiądz a człowiek, bo tańczy i klaszcze z dzieciakami a na koniec rzuci jeszcze jakiś dowcip. Kto ma jakąkolwiek zdolność logicznego myślenia wydobędzie sobie dalsze implikacje stosowania „braterskiego upomnienia” do sytuacji nadużyć liturgicznych i zobaczy, że dość to jest absurdalne.

Poza tym, abstrahując od wszystkiego innego liturgia nie jest sprawą tego, że jeden czy drugi co bardziej uświadomiony wierny poczuje, że uczestniczy w profanacji. Zranione „uczucia” wiernych nie mają tu nic do rzeczy. Absolutnie o wiele bardziej fundamentalną sprawą jest sam fakt obiektywnej profanacji. Koniec, kropka.

Druga sprawa to praktyczne problemy ze stosowalnością Mt 18 do tychże nadużyć i skutecznością tego rodzaju działań. Posłużę się własnym przykładem. Po tym, jak uczestniczyłem w takiej pełnej nadużyć liturgii (wspomniany wyżej wpis wrześniowy), napisałem list do jej „wykonawcy”, z kopią do odpowiedniej kurii. Dodam przy tym, że mieszkam ponad 100 km od tamtego miejsca, byłem tam akurat w odwiedzinach u rodziny. Po jakimś czasie dostałem z kurii list, w którym była informacja, że została przeprowadzona rozmowa z owym księdzem, ale jednocześnie z listu wynikało, że wysłanie przeze mnie do kurii kopii listu do księdza zostało potraktowane jako donos na tego ostatniego, w związku z tym zostałem też – delikatnie co prawda – napomniany, że Pan Jezus podał nam w Mt 18 sposoby na chrześcijańskie rozwiązywanie tego rodzaju spraw. No pięknie, ale abstrahując nawet od tego, o czym pisałem wyżej, to oznacza, że miałbym prowadzić monitoring Mszy odprawianych w miejscowości oddalonej o 100 km od mojego miejsca zamieszkania, żeby sprawdzić, czy moje napomnienie przyniosło skutek, czy też powininenem zadziałać ponownie, tym razem przy świadkach (tak, tylko wtedy kogo ze sobą wziąć? kogoś z ulicy czy któregoś z miejszkańców tamtej parafii, którzy razem ze mną byli zmuszeni do udziału w tamtej profanacji, hę?). A to przecież tylko jeden przypadek, jeden z tysięcy. Jak się to wszystko weźmie pod uwagę, trudno odczytywać wezwania wytrychowych moralistów do stosowania „upomnienia braterskiego” inaczej jak sugestię wsadzenia mordy w kubeł opatrzoną przypisem do Ewangelii.

Cechą charakterystyczną wytrychów jest to, że bazują na podstawowych skojarzeniach i uogólnieniach. W ten sposób mogą dalej funcjonować jako chrześcijańskie czy ewangeliczne, ba, wręcz podawać się za „rdzeń” Ewangelii (he, ciekawe, jak to współgra z tym, jak starożytni herezjologowie postrzegali interpretatorską działalność herezjarchów). To jedno. A drugie, to że w zadziwiający sposób pozwalają na adaptację chrześcijaństwa do dominującej współcześnie mentalności, zdominowanej – choćby i nieświadomie – przez paranoję na punkcie przemocy symbolicznej. Koniec tego myślenia jest gdzieś na poziomie wypowiedzi jednego z naszych polityków, który wspiera związki partnerskie, bo jest chrześcijaninem, a chrześcijaństwo to przecież religia miłości. Ale po drodze jest sporo stadiów pośrednich, na których absurd nie jest tak widoczny, ale jednak pozostaje.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Dekert

Tomasz Dekert na Liturgia.pl

Urodzony w 1979 r., doktor religioznawstwa UJ, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne. Autor książki „Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama” (WAM, Kraków 2007) i artykułów m.in. w „Teofilu”, „Studia Laurentiana” i „Studia Religiologica”. Mąż, ojciec czterech córek i dwóch synów.