Mundial

Wrócę jeszcze do mundialu. Bo to ważna rzecz. W życiu i w ogóle. Grałem kiedyś w piłkę i wiem. Piłka jest częścią mojego życia. Kawałkiem pejzażu podwórka, na którym się wychowałem. Twarze moich kolegów, zapach kwitnących lip, gardłowe przekleństwa i kłótnie rozsadzające ramy gry.

Wiem, wiem, nie mieliśmy jednakowych koszulek, wymiarowego boiska, a bramki podprowadziliśmy, nie powiem skąd. Ale bez tego mundial byłby nierzeczywistością jakąś, ekranem, za którym nikt nie stoi.

Mundial to bardzo ważna rzecz. A nawet jeszcze ważniejsza. Nie doceniałem mundialu. Wystarczy spojrzeć. Grają. Jedni fantastyczni, wprost stworzeni dla bramki przeciwnika, z rozmachem potrafią tchnąć ducha w sztywne zasady gry. Z lekkością kopią, rozgrywają piłkę, lecą do bramki pomimo licznych przeciwników, jakby ciasna przestrzeń boiska byłą sferą niezmierzonej swobody. I gol! Gol! Albo i nie ma gola.

Inni nudni, karłowaci, niecelni, obnażają ludzką lichotę, zawstydzają tłumy, obrażają piłkę nożną. Bo przecież futbol to nie jest instytucja dla samej instytucji. To zgromadzenie ludzkie, żywy organizm. Głuchy dźwięk wykopywanej piłki jest jak bicie serca.

Fanfary, grzmoty okrzyków, fale i fluktuacje mas, dziwaczne stroje i nadmierne emocje. Mecz piłki nożnej. Piłki nożnej? Tak! Piłki nożnej!

Piłki nożnej, wokół której rozpościera się ‒ stadion. Popatrzcie! Jak świat w świecie. Kolejne kręgi schodzące aż do miejsca rozgrywanego meczu. Prostokątnej sfery widowiska. Gdzie pomimo dyscypliny gwizdka panuje nade wszystko niezmierna wolność. Białe linie wyznaczają przestrzenie finezji i nieokiełznanej fantazji gry.

I jak u katolików: pilnuj zasad i rób, co chcesz. Jeśli wiesz, co możesz ‒ możesz wszystko! Nikomu w głowie nie postanie, by podważać prawo. Bez prawa nie ma gry. To jasne i oczywiste. Prawo jest dla nas. Jakże go nie lubić.

Tyle że chrześcijan trudno lubić. Ich prawa są chyba za mało sztywne. Brak im surowości. Prostej filozofii spalonego zamiast moralnych rozróżnień. Nieubłaganej chorągiewki sędziego liniowego. Nie zmieszczą się w dziewięćdziesięciu minutach, nie chcą ograniczyć do grupy piłkarzy czy do trybun.

Mundial jest twardy. Wesoły i twardy. I naprawdę ważny. W życiu i nie tylko. To ukoronowanie futbolu. Z mundialem jest jak z Sądem Ostatecznym. Dotyczy wszystkich. Czy to się komuś podoba czy nie. Oglądasz mundial? Czekasz na rozgrywki? Nieważne. Twój kraj i tak weźmie udział w rekrutacji. I ‒ na Messi Pelego! ‒ nie ostanie się wielu. Oto sprawiedliwość. Któż by śmiał jej zaprzeczyć? Jak doskonałe jest stworzenie, które wymyśliło coś tak boskiego. Cały świat oddaje hołd temu, kto stoi za piłką.

Nie doceniałem mundialu. Myślałem, że to tylko mundial. Ale powiedzieć „mundial”, to nic nie powiedzieć. Słoma tylko, piłka szmacianka i kijki zamiast bramek. Przecież sprawa jest nadprzyrodzona: trwa walka o złoto, o pierwsze miejsce. Tak. Pierwsze miejsce!

Złoto jak złoto, ale jego rzeźba! Złoty kształt, mistyczna forma zwycięstwa. A pierwsze miejsce? Pierwsze miejsce to nie tylko jakieś pierwsze miejsce, ale to rzecz najwyższa, najwspanialsza, nadzmysłowa: pierwsze miejsce. Nie znajdziesz tego miejsca nigdzie w świecie. Nie ma go w przyrodzie, nie ma we wszechświecie. To dar Boski. Raj na ziemi. Niewyczerpana radość i tajemnica.

Z chaosu gry wyłania się Pierwsze Miejsce. Tyle razy zdobyte i nadal niezdobyte. Widniejące ciągle przed nami. Za górami, za treningami. Po wielkim wysiłku. Zwycięstwo, sława. Tak się tworzy historię. To jest wieczność.

Żyjmy tym mitem. Czy w niego wierzymy czy nie. Opowiadajmy o Mundialu. O pierwszym faulu i o czerwonej kartce. O celnym strzale, kuli wpadającej w sidła siatki i o bramce brzemiennej golem.

To jest język wszystkich ludów, religia wszystkich religii. Cały ludzki świat. Z żelazną konsekwencją reguł, niepodważalną sprawiedliwością sędziów i piłkarskim biegiem w nieskończoność. Z etyką ferplej i koszulkową zamianą zwycięzcy w przegranego, a przegranego w tryumfującego.

Z ciasną formą boiska na ziemi i piłką lecącą ponad naszymi głowami. Skierowaną w światło coraz to innej, lecz w istocie tej samej bramki, za progiem której otwierają się cudowne perspektywy, nadludzkie możliwości.

Nasza noga dłuższa niech będzie o piłkę, a futbol niech stanie się przedłużeniem naszego istnienia. Bez mundialu bylibyśmy skazani na bieganinę donikąd. Grę, za którą nic nie stoi. Piłka nożna pozostałaby zwykłą igraszką dla ludzi. Zabawą dla zabawy. Sportem dla sportu.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Mateusz Czarnecki

Absolwent Polonistyki UJ, zajmuje się redakcją książek. Mąż wspaniałej żony i tato czterech córek. Mieszka na wsi polskiej.