Muzyka dawna dzisiaj – dzisiejsze „Perfugium” dawniej

Mateusz KowalskiW renesansie harmonia czterogłosowa była odbiciem harmonii niebieskiej, ładu, który sam Bóg stworzył. Proporcje między gwiazdami, planety obracające się i wydające charakterystyczne tony, to wszystko składa się na akord, który brzmi i to właśnie harmonia niebieska oddziałuje na nas na Ziemi.

Małgorzata Gadomska, Liturgia.pl: Czy mógłbyś opowiedzieć o samych początkach „Perfugium”? Jak doszło do waszego spotkania, skąd nazwa zespołu?

Mateusz KowalskiMateusz Kowalski, Perfugium: 1997 rok to moment zawiązania się zespołu i znalezienia  nazwy. Wszystko to dokonało się ze względu na konkurs kolęd w Będzinie, w którym chcieliśmy wziąć udział. Już dwa lata wcześniej spotkaliśmy się w „Przystani” u krakowskich dominikanów śpiewając w scholi „przystaniowej”. A perfugium oznacza po łacinie właśnie „przystań”. Ta nazwa towarzyszy nam już dwunasty rok. Choć nie jest to łatwe do zapamiętania słowo i czasem zdarza się, że jest przekształcane na różne sposoby, jak „prefugium” czy nawet „perfidium”…

Po dominikanach przeszliście do kościoła św. Idziego, a następnie do św. Marka w Krakowie, prawda?

Tak. Nie wiem do końca, dlaczego tak się działo w tamtym czasie, ale ludzie, którzy opuszczali „Przystań”, nie odnajdywali się, czy może po prostu nie chcieli przenosić się do „Beczki”, która była i jest osobnym tworem. My postanowiliśmy jednak nadal spotykać się i śpiewać. To o. Grzegorz Chrzanowski OP poprosił nas o to, żebyśmy zajęli się liturgią w  kościółku św. Idziego. On sam miał tam odprawiać Mszę o 12.00, a my podążyliśmy za nim. Rok byliśmy z o. Grzegorzem, kolejny rok z o. Robertem Plichem. Tak, dwa lata śpiewaliśmy u św. Idziego. I pamiętam, że wtedy właśnie zorganizowaliśmy dwa pierwsze koncerty z muzyką pasyjną.

Czy od samego początku to Ty prowadziłeś scholę?

To musiał być 1996 rok (choć dokładnie nie pamiętam), kiedy zostałem kierownikiem scholi w „Przystani” i prowadziłem ją przez trzy lata, aż do matury. Tam też zawiązał się główny skład „Perfugium”, tam się spotkaliśmy, i właściwie ponad 50 procent tego pierwotnego składu jest trzonem zespołu do dzisiaj.

I już wtedy wykonywałeś muzykę dawną i wiedziałeś, że taki będzie charakter zespołu?

Muzyką dawną zainteresowałem się właśnie poprzez scholę. Pamiętam taki moment po którymś z obozów harcerskich, kiedy mój drużynowy szedł do dominikanów na „dziewiętnastkę”, a ja wybrałem się z nim. Schola czterogłosowa, którą tam usłyszałem po raz pierwszy, powaliła mnie na kolana; zachwyciła harmonią (człowiek jeszcze wtedy zupełnie nie znał się na muzyce, grałem jedynie na gitarze i trochę śpiewałem). To wrażenie mnie nie opuszczało, więc postanowiłem, że będę uczestniczył w Mszach w tym kościele. Pojawiło się tam ogłoszenie o naborze do scholi, Anna Kukla poszukiwała nowych głosów, oczywiście głównie męskich – odwieczny deficyt. Wybrałem się więc tam. Po roku Ania poprosiła mnie, żebym przejął scholę – w sumie szaleństwo, jak teraz na to patrzę. I w ten sposób zaczęliśmy śpiewać. U dominikanów spotkaliśmy się też z towarzystwem „Bractwa Lutni”, które co jakiś czas wykonywało w klasztorze oo. dominikanów muzykę renesansową. I my również poszliśmy w kierunku tej muzyki. Tymczasem ja zacząłem grać na violi da gamba i nabrało to charakteru bardziej zawodowo-profesjonalnego. Obecnie jestem już po studiach na Akademii Muzycznej. Ciągła ewolucja. Pamiętam jeden moment, kiedy po dwóch latach prowadzenia scholi u św. Idziego i jeszcze jednym roku u dominikanów (tym razem o 20.15)  poczułem, że nie jestem w stanie już dłużej śpiewać o określonej godzinie, spotykając się co tydzień w kościele. To jednak było bardzo wiążące.  Że musimy zrobić coś innego, żeby się rozwijać, jeżeli tego chcemy. Wtedy zaproponowałem znalezienie gdzieś swojego miejsca i rozpoczęcie regularnej pracy nad repertuarem, który nie służyłby już tylko liturgicznej stronie, ale także koncertowej. We wrześniu 2002 roku znaleźliśmy ostatecznie miejsce u świętego Marka, i odtąd tam pracujemy i spotykamy się.

PerfugiumA jakie są Twoje korzenie muzyczne? I czy rozwijasz się też jako solista?

Solistą tenorem bym się nie nazwał. Nie jestem wykształconym śpiewakiem. Oczywiście u różnych osób się kształciłem, ale tego jest wciąż za mało, ponieważ w dziedzinie muzyki dawnej w Polsce za bardzo nie ma się u kogo uczyć… A moje początki muzyczne to gitara w czasach harcerskich i głównie twórczość Jacka Kaczmarskiego. Połowę jego piosenek znałem na pamięć, grałem je od zawsze na gitarze i nawet zupełnie nieźle mi to wychodziło, muszę nieskromnie przyznać. Z muzyką dawną, jak już mówiliśmy na początku, zetknąłem się u dominikanów. Chociaż pamiętam taki moment jeszcze w podstawówce, na lekcji muzyki (wtedy w programie była jeszcze po prostu muzyka, a nie sztuka), kiedy nauczycielka puściła czarną winylową płytę. To były polskie tańce renesansowe grane na instrumentach dawnych. Tak bardzo mi się one spodobały, że chciałem nawet, żeby pożyczyła mi tę płytę) ale wypadło mi to z pamięci, jak to dziecku. I to było znamienne, z perspektywy tego, że później zaangażowałem się w tę muzykę na poważnie.

Prawie zawsze na mieście spotykam Cię dźwigającego na plecach charakterystyczny kształt violi da gamba.

Tak. Faktycznie, przede wszystkim jestem gambistą. Viola da gamba to instrument dawny, bardzo popularny w czasach renesansu i baroku, w klasycyzmie,  pod koniec XVIII wieku został wyparty przez wiolonczelę, czyli rodzinę skrzypiec. Te dwa instrumenty odpowiadają sobie rejestrem. Udało mi się ukończyć studia w Krakowie.

Byłeś również stypendystą.

Tak, przez rok studiowałem w Konserwatorium Królewskim w Hadze w Holandii. To był rzeczywiście bardzo dobry czas. Trzysta osób na samym wydziale muzyki dawnej. Można tam było grać w wieloma muzykami, zdobyć doświadczenia, z których czerpię cały czas. Jeździłem też na nauki do Francji, do Marianne Müller, bardzo dobrej gambistki.

A czy w Polsce potrzebujemy w ogóle estetyki, jaką ma do zaproponowania muzyka dawna?

Jest to rynek, który się rozwija i mam nadzieję, tak będzie. Mnie udaje się utrzymywać z muzyki dawnej, więc zapewne jest to znak, że można zająć się tą dziedziną profesjonalnie i traktować ją jako zawód, co jest bardzo pocieszające. Myślę, że popularność tej muzyki wzrośnie, bo trzeba pamiętać, że wciąż jesteśmy dwadzieścia, trzydzieści lat za Zachodem. W Polsce jest to wciąż nowinka, coś świeżego, a na Zachodzie dawne brzmienie już skostniało –panuje poczucie, że już wszystko zagrano. Ale oczywiście jeszcze nie wszystko zostało powiedziane i nieustannie można eksplorować tę muzykę, zwłaszcza w Polsce, gdzie pozostało jeszcze wiele pracy do wykonania.

Czy oprawę Mszy w wydaniu oazowo-gitarowym określiłbyś jako mniej odpowiednią niż muzyka, którą wykonujecie?

To jest trudna kwestia, bo tak na prawdę nie mnie sądzić. Kogoś muzyka gitarowa może bardziej poruszać i bardziej prowadzić do Pana Boga niż muzyka wielogłosowa. Myślę, że jest to na pewno kwestia indywidualna. Natomiast gdyby rozpatrywać ten problem w kategorii odpowiedniości w stosunku do sacrum, to jednak mam przekonanie, że muzyka polifoniczna bardziej odpowiada wnętrzu kościoła. W renesansie harmonia czterogłosowa była odbiciem harmonii niebieskiej, ładu, który sam Bóg stworzył. Proporcje między gwiazdami, planety obracające się i wydające charakterystyczne tony, to wszystko składa się na akord, który brzmi i to właśnie harmonia niebieska oddziałuje na nas na Ziemi – to wszystko było powiązane z filozofią tamtych czasów. Wydaje mi się, że dzisiaj to ma również rację bytu, chociaż teorie, o których tu wspominam, już upadły. Jedna z moich nauczycielek opowiadała mi, że zmierzono wyspecjalizowanymi aparatami dźwięki częstotliwości, jakie wydają tarcia wyższych warstw w atmosferze ziemskiej. I okazało się, że faktycznie powstaje akord. Akord dominanty septymowej. Tak więc sama natura uzasadnia istnienie dominanty septymowej (o bardzo charakterystycznym brzmieniu) w tej muzyce, w systemie dur-moll. Podobnie jest z systemem alikwotów: oktawa, kwinta, kwarta, tercja leżą bliżej siebie, więc konsonują, następnie są dalsze alikwoty, bardziej dysonujące. Taka estetyka zachwyciła mnie, najprościej ujmując, i tak już pozostało. Gitara jest najlepsza przy ognisku w harcerstwie. W  kościele oczywiście może zaistnieć, ale nie wszędzie i nie zawsze. Takie jest moje zdanie.

Zespół Perfugium z Marcinem Bornusem-SzczycińskimSam Kościół w pierwszym rzędzie zachęca do gregoriańskiej oprawy Mszy św.,  na drugim miejscu stawia pielęgnowanie śpiewów tradycyjnych… Głosy muzyków „Perfugium” dobrze ze sobą konsonują, jako zespół wykształciliście dość spójne brzmienie. Czy dobierałeś świadomie głosy?

Trudno powiedzieć, że wybierałem muzyków i głosy. To wypływało bardzo naturalnie. Na początku ja sam nie byłem muzykiem. Uczyłem się razem z nimi, a oni ze mną. Rozwój muzyczny, przynajmniej w pierwszym okresie naszego śpiewania, był obopólny. Nie miałem żadnej przewagi w edukacji muzycznej, ani techniki wokalnej. Trzon zasadniczy zespołu zachował się aż do dzisiaj. Do tego składu dołączyło z czasem parę osób, które, co znamienne, wszystkie uprzednio śpiewały w scholach dominikańskich. Większość z nich wręcz prowadziła „przystaniową” scholę: Zosia Nowak, Bogusia Głogowska i Michał Kłos. Dwie osoby pochodzą z  Jarosławia, ale były związane także ze środowiskiem dominikańskim, również śpiewały w tamtejszych scholach jako głosy wiodące. To, że spotkali się tacy a nie inni ludzie, jest dla nas, myślę,  swego rodzaju błogosławieństwem. Warto przy tej okazji wspomnieć, że mamy już trzy małżeństwa w zespole, a czwarte właśnie się kroi… To pewnie samo tłumaczy coś, co jest poza nami. Możemy być za to tylko wdzięczni. Muzycy uzupełniają się wokalnie, stąd takie homogeniczne brzmienie, rzeczywiście coraz pełniejsze.

Przez to jesteście postrzegani jako grupa, która jest czymś więcej niż tylko zespołem. Może wspólnotą?

Nie, wspólnotą zdecydowanie nie jesteśmy. Trochę się śmieję, bo faktycznie był taki moment po wyjściu z „Przystani”, że część osób zastanawiało się nad dalszym śpiewaniem, a część myślała właśnie o bardziej wspólnotowym charakterze, o spotkaniach modlitewnych. Ojciec Piotr Ruzik próbował nawet z nami coś stworzyć, ale to się zupełnie nie powiodło. Ostatecznie okazało się, że naszą drogą jest po prostu śpiewanie. I ponad wszystko jesteśmy przyjaciółmi. To na pewno mogę śmiało powiedzieć. Nie jesteśmy kółkiem różańcowym. Ja jestem muzykiem zawodowo i, choć może to, co teraz powiem, zabrzmi kontrowersyjnie, ale kwestią dla mnie najważniejszą nie jest fakt, że wykonuję pieśni religijne. Ta muzyka jest sama w sobie piękna i warta zaśpiewania. Wszyscy mamy oczywiście katolicki background, ale ja przynajmniej nie chciałbym tym epatować. Nasze koncerty nie mają być mistycznymi, modlitewnymi uniesieniami, każdy tę kwestię traktuje indywidualnie, nie ma tu żadnego przymusu. Czasami wręcz wydaje mi się, że z całego zespołu jestem najmniej nastawiony modlitewnie. Ale to jest też poza nami, bo czasem śpiewamy koncert trochę na „wariackich papierach”, powiedzmy, że jesteśmy świadomi niedostatków, a potem po koncercie ktoś przychodzi i mówi: „Na prawdę było słychać, że się modlilicie”. Wtedy myślę: „Panie Boże, jeśli tak jest – dzięki, że tak to właśnie wychodzi”, chociaż z mojej strony nie jest to świadome czy zamierzone. Choć oczywiście bardzo cenne i dobrze, że tak jest.

W zespole spotkały się wyraziste i różnorodne osobowości. Świadomość muzyków jest ogromnym atutem, ale jest też pewnie wyzwaniem dla dyrygenta. Jak godzisz wasze  potrzeby i wizje?

Rzeczywiście „Perfugium” jest to zbiór ludzi zupełnie różnych, każdy kończył skrajnie czasem różne studia: jest germanistka, polonistka, ktoś kończył biologię, ktoś inny studiuje medycynę – co człowiek, to inny świat. Ale nie mamy zasadniczo problemów z porozumieniem się między sobą, na takim podstawowym ludzkim poziomie. I pewnie przetrwaliśmy tyle lat, ponieważ „nadajemy” na bardzo podobnych falach i żadnych większych konfliktów w zespole nie pamiętam. Wiadomo, od czasu do czasu muszą trafić się nieporozumienia czy spory – jak wszędzie gdzie ludzie ze sobą współpracują. Czasem mamy różne poglądy na sprawy interpretacyjne. Niestety funkcja kierownika artystycznego jest na tyle niewdzięczna, że musi od czasu do czasu narzucić coś swojego, nawet czując w zespole opór. Z doświadczenia wiem, że demokracja w zespole nie wpływa korzystnie, w pewnym momencie grupa zaczyna się rozpełzać, musi być jedna osoba, która ma głos decydujący. Ale skoro istniejemy już dwanaście lat, to się chyba musi sprawdzać.

Według jakiego klucza dobierasz repertuar koncertów i płyt?

Już pierwsze koncerty były związane z okresami liturgicznymi, dobieraliśmy repertuar odpowiednio do okresu pasyjnego, wielkanocnego, adwentu. Tak przez lata gromadziliśmy nasz repertuar. Ja dodatkowo mam trochę repertuaru zaczerpniętego z „Bractwa Lutni”, gdzie śpiewałem przez kilka lat, tam też wiele się nauczyłem dzięki praktyce i wyjazdom do Jarosławia czy do Estonii. Ostatnio wzbogaciliśmy repertuar o program z muzyką świecką i to jest mocno odświeżające. Pieśni religijne obciążone są poważnym charakterem, świeckie, radosne pieśni były dla nas dużym oddechem. To są śpiewy o miłości, owinie, gdzie można zakrzyknąć i przytupnąć i przyklasnąć. W grudniu poprzedniego roku u Bernardynów mieliśmy na prawdę udany koncert, który zgromadził mnóstwo ludzi i same dobre recenzje. Podstawą naszego repertuaru jest XVI i XVII-wieczna muzyka, ten repertuar jest dla nas w większości dostępny, w tym się specjalizujemy. Bo jest też tak, że nie wszystko jesteśmy w stanie zaśpiewać – nie oszukujmy się, nie jesteśmy kształconymi wokalistami, wśród nas jest tylko jeden chwalebnym wyjątek, który skończył szkołę wokalną. Ale też nie wszystko byśmy chcieli śpiewać. Muzyka dawna jest polem wspólnym naszych zainteresowań.

InviolataInviolata – przewodnik po płycie

Czy wcześniej wykonywaliście utwory z waszej najnowszej płyty Inviolata w wydaniu koncertowym? 

Tak. Niektóre pieśni wykonujemy nawet od samego początku istnienia „Perfugium”. Od wielu lat towarzyszą nam: Regina coeliAve Maria virgo virginum. Niektóre utwory z płyty znajdywaliśmy tuż przed nagraniem, szukaliśmy czegoś, co dopełni naszą opowieść o Marii Pannie. Stąd na przykład Tota pulchra es, Maria Gorczyckiego czy Stabat Mater, które zarejestrowaliśmy z instrumentami dawnymi, z klawesynem i violą da gamba.

W 2004 nagraliście wspólnie z Pawłem Bębenkiem pierwszą płytę Dzięki Ci Panie. Wkrótce, w niewielkich odstępach czasu, pojawiły się dwa samodzielne nagrania Alfa i Omega Inviolata. Czego nauczył Was pierwszy projekt?

Na pewno było to ciekawe doświadczenie. Owocne chociażby z tego względu, że wcześniej jako zespół nie mieliśmy okazji nagrywania płyt (nie licząc nagrań chóralnych, w środowisku dominikańskim w Krakowie). Nowością było też dla nas nagrywanie materiału z orkiestrą.

Jednak zazwyczaj śpiewacie a capella, a tylko wyjątkowo z towarzyszeniem instrumentów dawnych…

To prawda, rzadko sięgamy po instrumenty. Chociaż są też takie głosy w zespole, i zgadzam się z nimi, że moglibyśmy pójść w stronę form z bardziej rozbudowaną obsadą wykonawczą, w których mamy chór, solistów i grupę instrumentalną. To kolejne doświadczenie, z którego można sporo wynieść. Po płycie z muzyką Pawła Bębenka szczęśliwie udało się sfinalizować Alfę i Omegę, chociaż nagrywaliśmy ten materiał aż trzy razy. Już myśleliśmy, że jakieś fatum ciąży nad tym projektem. Ale ostatecznie wyszło nam to na dobre, wyćwiczyliśmy materiał do tego stopnia, że wciąż jesteśmy zadowoleni z nagrania. Nawet dziś jeszcze czasami słucham tej płyty, co samego mnie dziwi.

Pewnie dużo czasu upływa, zanim odsłuchuje się własne wykonanie jakby z zewnątrz, bardziej łaskawie dla siebie.

W naszym zespole faktycznie z biegiem czasu muzycy mają co raz większe oczekiwania od siebie samych. Na etapie rozwoju, na jakim się obecnie znajdujemy, dostrzegamy jako rażące takie szczegóły, na które inni nie zwróciliby pewnie uwagi. Kiedy odsłuchiwaliśmy materiał z Inviolaty, więcej było głosów krytycznych niż przy poprzednim nagraniu, choć w ostatecznym rozrachunku uważam, że jest to dobra płyta.

Czy czujesz, że najnowsza płyta zarejestrowała progres „Perfugium”? 

Alfa i Omega była niesamowicie różnorodna, ponieważ była przekrojem przez rok liturgiczny, mogliśmy pozwolić sobie na nagranie swego rodzaju „The best of”.

Ta z kolei jest mocno zawężona tematycznie.

A przez to materiał muzyczny jest bardziej jednorodny, stąd Inviolata z początku może wydawać się nieco bardziej monotonna czy jednostajna, zwłaszcza że chcieliśmy (jeśli to było możliwe), tak jak w przypadku Magnificat Bazylika, nagrywać wszystkie zwrotki, bo to dopiero ma sens – stąd utwór, który na płycie trwa sześć minut. Ciekawe jest to, że kiedy sam go odsłuchuję, nie czuję znużenia. Może również dzięki temu, że wykonaliśmy ten utwór antyfonalnie: kwartet i reszta zespołu śpiewają na przemian, co wprowadza różnorodność. Inviolata, tak jak ją odbieram teraz, jest dojrzalsza wokalnie, brzmienie jest pełniejsze, bardziej stopliwe, myślę, że nazwałbym ją materiałem półprofesjonalnym, a nawet miejscami profesjonalnym. Jest to poziom, którego nie należy się wstydzić. I z tego faktu ja osobiście jestem bardzo zadowolony.

Podjęliście na tej płycie nie lada wyzwanie. Realizacja tematu Maryjnego w muzyce religijnej jest naznaczona pewnego rodzaju niedojrzałością, przy czym oczywiście nie jest to problem jedynie polski. O świętej i pełnej dramatyzmu postaci śpiewa się często nieadekwatnie albo odpustowo. Jak udało się wam przełamać tę tendencję?

Dzięki takiemu właśnie doborowi pieśni oraz naszemu prywatnemu podejściu do osoby Maryi i w ogóle do religii. Każdy z nas traktuje ten element naszego życia bardzo poważnie. Repertuar Inviolaty to czysta tradycja Kościoła, która się na szczęście zachowała. Na płycie wyraźnie słychać, że utwory i sam temat mają swoją wagę, a o rzeczach ważnych trzeba mówić środkami adekwatnymi. Na płycie dobraliśmy utwory średniowieczne, renesansowe i barokowe, jest tu też jedna kompozycja Pawła Bębenka – duża różnorodność, wydaje się jednak, że tworzy to spójną całość estetyczną. Podobnie jak na pierwszej płycie, znalazły się tu wszystkie te pola, którymi się interesujemy, począwszy od chorału. (Na marginesie, często spieramy się w zespole, czy powinniśmy go wykonywać, przecież nie specjalizujemy się w tym charakterze muzyki. Osobiście uważam, że jednak tak. Mimo wszystko nadajemy chorałowi charakter estetyczny. Podczas naszych koncertów nie jest to muzyka towarzysząca liturgii, myślę, że dzięki temu mamy prawo do własnej interpretacji chorału. Jego wykonań jest wiele, my też nie twierdzimy, że nasze jest najwłaściwsze. Powstaje również pytanie, do czego chorał ma dzisiaj służyć: jeśli służy modlitwie, powinien mieć odpowiednią ku temu formę). Drugim rodzajem muzyki, po którą najczęściej sięgamy, jest muzyka polifoniczna okresu renesansu i baroku oraz muzyka tradycyjna, polska. Pieśni, które się szczęśliwie zachowały, są po prostu przepiękne, teksty zupełnie niesamowite, a muzyka bardzo przejmująca.

Łaciński tytuł płyty ma wyjątkowo melodyjne brzmienie, ale pewnie nie tylko to zdecydowało o jego wyborze?

To był świadomy wybór. Utwór Inviolata jest mało znany, dotarł do nas zawiłą drogą przez „Bractwo Lutni”, które z kolei dostało tę pieśń od muzyków z „Linnamuusikud” z Estonii, ci z kolei otrzymali ją od Dominique`a Vellarda z „Ensemble Gilles Binchois” z Francji. Jest to kompozycja szczególna.

Jaki klucz zastosowaliście, układając opowieść o Maryi, czy są to ilustracje tajemnic różańca?

Wyśpiewujemy wszystko to, co wiadomo o życiu Maryi z Biblii. Jako pierwsza Tota pulchra es, Maria, której tekst przypisany jest w liturgii do święta Niepokalanego Poczęcia NMP, potem utwór tytułowy Inviolata. Następnie umieściliśmy muzyczną ilustrację momentu Zwiastowania i narodzin Jezusa.

Zawsze nam brakowało natomiast pieśni, która połączyłaby okres Bożego Narodzenia i pasyjny. Dopiero niedawno odkryliśmy pieśń Witaj Matko uwielbiona, która idealnie pasuje w tym miejscu bo mówi  siedmiu boleściach Maryi – pierwsza zwrotka opowiada o odnalezieniu Jezusa w świątyni.

Kolejny utwór, po Inviolata, w którym przywołuje się historię Zwiastowania Zdrowa budź Maryja, jest pieśnią tradycyjną i nosi chyba znamiona gwary wielkopolskiej?

Tego nie jestem w stanie stwierdzić. Słowa te zostały spisane już w XVI wieku, więc nie wiem czy jesteśmy w stanie powiedzieć, że już wtedy gwara wielkopolska istniała. Być może wersja, którą do dziś się śpiewa w kościołach, nosi takie znamiona.

Następna pieśń to ilustracja pierwszej Radosnej Tajemnicy różańca.

Angelus ad Virginem jest również poświęcony Zwiastowaniu. Jest to XV-wieczna pieśń trzygłosowa, z bardzo charakterystyczną harmonią średniowieczną.

Końcowy czterowers pieśni płynnie przeprowadza nas do Magnificat. Jest to kantyk śpiewany w czasie nieszporów, z którego treścią mierzyli się tacy kompozytorzy jak di Lasso czy Palestrina.

Magnificat Bazylika jest to jedyne renesansowe opracowanie z tekstem polskim, utwór unikatowy, poetycko-muzyczna perełka, stąd pewnie poczucie lekkości tej kompozycji. Jest ona splotem wybitnych piór renesansu polskiego, kalwinów: poety Jakuba Lubelczyka i kompozytora Cypriana Bazylika. Niestety wiele z polskich utworów podobnej klasy nie zachowało się, zaginęły lub zostały zniszczone przez kolejne wojny.

Pieśń Tak Bóg człowieka miłował jest i nie jest radosna. Zabarwiona nostalgicznie.

Wybierając ją, chcieliśmy przede wszystkim wyróżnić tekst, który przedstawia narodziny i bardzo akcentuje postać Maryi i jej historię, opowiada o opiece Matki nad Synem, o tym, jak Go karmiła, jaki ból odczuwała z niedostatków materialnych. Do XVI-wiecznej oryginalnej melodii poruszającą harmonię dopisał Paweł Bębenek.

Na płycie znajdujemy też kolędę O, nadroższy kwiatku. Porównywalna z nią kunsztem i rangą jest bożonarodzeniowa pieśń Bądź wiesioła Panno czysta, którą też macie w repertuarze.

To są dwie najstarsze pieśni wielogłosowe z tekstem polskim. Ta, w przeciwieństwie do trzygłosowej Bądź wiesioła, jest dwugłosowa. Jednym z założeń zespołu jest propagowanie utworów mało znanych – zwłaszcza z polskiego repertuaru. To taki dodatkowy „edukacyjny” aspekt naszej działalności. Na tej płycie znalazło się zatem kilka utworów unikatowych, wartych zaśpiewania i posłuchania. To są podstawy naszej kultury muzyczne, nasza kulturowa scheda.

Kolejne trzy pieśni na płycie są zapisem „siedmiu boleści” Matki Chrystusa.

Pierwszą, o której już mówiliśmy Witaj Matko,  następnie Stabat Mater dolorosa, późnobarokowego kompozytora z Półwyspu Iberyjskiego. Szukaliśmy pod katem nagrania dobrego opracowania tego ważnego tekstu i natrafiliśmy właśnie na tą kompozycję. Utwór przewiduje w obsadzie wykonawczej solistę tenora, chór oraz instrumentalne basso continuo – postanowiliśmy nagrać go w tej oryginalnej, zamierzonej przez kompozytora, formie.

Takie kompozycje są również atrakcyjne, czy będziecie częściej po nie sięgać?

Myślę, że tak. Nabywa się dzięki nim dużo nowych doświadczeń, chociażby w kwestii zgrania głosów z instrumentem, uwrażliwia na słuchanie się nawzajem, zmusza do bardziej precyzyjnego podawania tekstu, ponieważ instrumenty zacierają warstwę tekstową, więc zobligowany jesteś do większej pracy nad dykcją, żeby uczytelnić przekaz. I faktycznie – tak generalnie – jestem zadowolony z naszej pracy nad tekstem; po koncertach często zdarza się, że przychodzą słuchacze i mówią, że dotarło do nich każde najmniejsze słowo. Niestety ten aspekt często w polskich wykonaniach pozostawia wiele do życzenia.

Jednym z najbardziej przejmujących polskich utworów tradycyjnych jest Już Cię żegnam – trzeci utwór czasu pasyjnego na płycie. Solowe, bardzo wyważone wykonanie sprzyja medytacji.

Pomaga też w łagodnym przejściu do tematu Wniebowzięcia i radości z nim związanej. Już się anieli wiesielą to ponownie współczesna kompozycja do słów bł. Władysława z Gielniowa.

Tekst tej pieśni jest wyjątkowy i wielozwrotkowy, musieliśmy pójść niestety na kompromis i nagraliśmy ją w bardzo okrojonej formie. Pierwotnie pieśń ta miała ponad dwadzieścia zwrotek. Piękny, apokryficzny w dużej mierze tekst, nasączony jeszcze XVI-wiecznym resentymentem wobec narodu żydowskiego, jako winnego śmierci Chrystusa. Paweł Bębenek przystroił go w wyjątkową muzykę, w całości autorską.

Płytę zamyka Salve Regina! Zawitaj Królowa, która do nas dotarła z Litwy. Czy wiadomo, kiedy jest tam wykonywana i jak, jednogłosowo czy w harmonii?

Pieśń zarejestrował kilka lat temu mój znajomy, Waldek, Litwin wychowujący się w środowisku polskim, który usłyszał ją w swojej wiosce Kiwiszki w okręgu wileńskim. Spisał to, co usłyszał i przywiózł na „Akademię Tradycji” organizowaną przez „Bractwo Lutni”. Rzeczywiście na Litwie ludzie śpiewali ją kilkugłosowo. Trudno powiedzieć, że jest to czterogłos – to dwugłos, w którym głosy rozwijają się w kadencjach i rozchodzą do czterogłosu. Nie sposób pewnie odtworzyć jej pierwotnego wykonania, gdyż śpiewacy tradycyjni za każdym razem robią to inaczej, nie ma jednego wzorca. Żywa tradycja podlega różnym emocjonalnym zmianom. Na samej Litwie pieśń ta miała kontekst żałobny, wykonywano ją przede wszystkim na pogrzebach. To zupełnie niezwykłe, że została ona zapisana, że się dochowała. W tym momencie żyje już tylko jedna osoba, ze wspólnoty, która tę pieśń śpiewała. I dzięki Bogu, że została ona zarejestrowana, bo młodzież raczej ucieka ze wsi, i nie garnie się do tego, żeby kultywować tradycję – to dość smutny obraz. Staramy się dołożyć własny kamyczek do tego, by pieśni tradycyjne przetrwały w naszej świadomości. W Krakowie dominikanie śpiewają gregoriańską wersję Salve Regina! pod koniec nieszporów, w procesji do kaplicy Matki Bożej. Postanowiliśmy więc, że właśnie ta wyjątkowa pieśń powinna zabrzmieć na koniec.

 

Zobacz także