Muzyka ma sprawiać, byśmy spoglądali w górę – rozmowa z Robertem Hugo

Z Robertem Hugo, wirtuozem muzyki organowej oraz organistą parafii uniwersyteckiej w Pradze, podczas warsztatów Ars Celebrandi 2016 w Licheniu rozmawiała Dominika Krupińska. 

Jaka jest funkcja muzyki organowej, czy szerzej w ogóle muzyki, w liturgii?

Robert Hugo: Myślę, że funkcja muzyki w liturgii, niezależnie od tego, czy jest to liturgia trydencka czy współczesna liturgia przyjęta po Soborze Watykańskim II, polega na tym, aby zwracała nas ona ku Bogu. Natomiast sposoby prowadzące do tego są rozliczne. Można to czynić przez muzykę współczesną, przez muzykę tradycyjną, czyli prowadzenie pieśni, a także przez muzykę barokową; ale pierwsze, co musimy pamiętać, to że ideą tej muzyki jest, żebyśmy spoglądali w górę. W śpiewniku Siedleckiego są dobre pieśni. Jak się je z tą ideą zagra, to muzyka będzie prowadziła nas do Boga.

Oczywiście do starej liturgii najlepiej pasuje chorał gregoriański, bo jest on jednocześnie i modlitwą, i muzyką. Można powiedzieć, że jest to muzyka objawiona — i właściwa muzyka Kościoła katolickiego. W ten sposób jest najlepiej i najprościej to robić. Oczywiście można akompaniować do chorału gregoriańskiego na organach, jak czyniono w XVII i XVIII wieku, ale był to prosty chorał, specjalnie do tego celu opracowany (tzw. medycejski). I trzeba się na tym świetnie znać, bo akompaniowanie do chorału gregoriańskiego na organach jest bardzo skomplikowane. Jeśli ktoś się nie zna, to niech raczej tego nie robi. Natomiast bardzo dobre efekty daje łączenie chorału gregoriańskiego i organów solowo — albo za pomocą praktyki alternatim, albo preludiów i postludiów do pewnych odcinków gregoriańskich. To też jest rozwiązanie bardzo tradycyjne; tak grywało się od XVI do XIX wieku.

Robert Hugo, fot. Anna Chojowska-Szymańska

Co oznacza pojęcie alternatim?

Robert Hugo: W nieszporach czy ordinariach występują wersety. Przykładowo śpiew Gloria ma oddzielne wersety: Et in terra pax; Benedicimus te; Adoramus te itd. W praktyce alternatim jeden werset śpiewają śpiewacy, a drugi grają organy, podczas gdy wszyscy cicho się modlą tym wersetem. Na przykład w psalmie 109 śpiewamy werset Dixit Dominus domino meo: sede a dextris meis, a potem następuje Donec ponam inimicos tuos scabellum pedum tuorum i tym wersetem modlimy się cicho, a organy go grają i można to tak zrobić, żeby wyrazić sens tego wersetu. Oprócz tego istnieją preludia i postludia — takie małe fantazje, które się dostosowuje do akcji liturgicznej między jednym a drugim śpiewem.

Co doradzisz organistom rozpoczynającym posługę na Mszach świętych w tradycyjnych rytach łacińskich, których pragną się do tego dobrze przygotować?

Robert Hugo: Najprostszy repertuar to wersety i książki organowe autorstwa licznych kompozytorów baroku. Np. Johann Kaspar Kerll wydał zbiór Modulatio organica, zawierający wersety do Magnificat. Wersetów do Magnificat i psalmów jest dużo. Kolejny autor to Adam z Wągrowca, ta pozycja jest nawet wydana drukiem w Polsce. Są też zbiory małych preludiów do Mszy. Można je wykorzystywać albo do praktyki alternatim, albo do grania preludiów i postludiów. Jest tego dość dużo; takie małe wersety pisał m.in. Domenico Zipoli. Można je grać na sposób barokowy lub inny, jak komu pasuje. Długość wersetów jest widoczna, ale oczywiście potrzebna jest też intuicja, jak je grać.

Mimo różnic, liturgia rzymska jest zasadniczo przez cały czas podobna; jeśli organista gra na liturgii współczesnej, to jest w stanie zorientować się również w trydenckiej. Gra na tej ostatniej jest bardziej skomplikowana, bo widzimy tylko plecy celebransa, ale przecież i tak można dostrzec, co on robi, i z punktu widzenia nas, organistów, jest to właściwie to samo. I w obu przypadkach w liturgii występują te same momenty, według których się orientujemy — ta sprawa jest dość ważna. Z kolei preludia wykorzystuje się też w liturgii współczesnej. Więc jest to właściwie to samo.

A jakich błędów unikać, żeby nie przeszkadzać ludziom w modlitwie?

Robert Hugo: To bardzo trudno powiedzieć. Ja bym nie mówił o błędach, bo jeśli będziemy grali tak, żeby patrzeć na Boga, to unikniemy tych błędów albo popełnimy tylko takie, które nie będą tak ważne. Myślę też, że niewłaściwie jest mówić, że organista nie powinien grać za głośno, bo w niektórych chwilach można grać głośno. Jeśli tekst brzmi Deposuit potentes [cytat z Magnificat: „Strącił władców”], to dlaczego nie? To jest mocna muzyka. Trzeba grać pięknie, a jeśli ci się podoba, to jest dobrze.

Jaki jest obecny stan religijności w Czechach? Kiedy kilka lat temu odwiedziłam Pragę i koło trzeciej po południu weszłam do przypadkowo napotkanego kościoła, ujrzałam ze zdziwieniem, że był pełen ludzi odmawiających Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Rozpowszechniony obraz Czech, przynajmniej w Polsce, jest zupełnie inny.

Czechy są bardzo różnorodne. W Morawach religia jest dość silna i było tak cały czas także za komunizmu, choć się o tym nie mówiło. Kościoły są utrzymywane. Tam nie zdarza się to, co w Czechach, zwłaszcza środkowych i północnych, że na cmentarzu wszystkie groby są utrzymywane, a kościół pośrodku jest po prostu ruiną: nie ma okien i drzwi, organy się rozpadają, ołtarz się rozleciał. Tymczasem wszystkie groby pojedynczych ludzi są zadbane. I stoją na nich krzyże! Po prostu w tej społeczności każdy utrzymuje swój grób na cmentarzu, ale kościół ma gdzieś. Z drugiej strony są miejscowości, gdzie wszystko funkcjonuje, ale musi być ktoś, kto o to dba, kto chce znaleźć pieniądze, lub gdzie jest na przykład dobry burmistrz. Jest to kwestia przypadku. Nasz kościół jest zawsze pełny, ale to z tego powodu, że u nas jest ksiądz Halik, który jest jednym z najbardziej znanych księży w Czechach.

Nie jest tak, żeby w Czechach nie było religii, i nie można niczego generalizować; jest bardzo różnie. Ale definitywnie jest lepiej niż jeszcze przed dziesięcioma latami. Istnieją też żywe środowiska liturgii tradycyjnej, a wielu ludzi jest po prostu tradycyjnymi katolikami. Nie rozmyślają o tym za dużo, ale po prostu są. Choć raczej na Morawach. Jednak także Czechy przeszły przez punkt minimum i jest już zmartwychwstanie.

W środowiskach tradycjonalistycznych można czasem usłyszeć głosy, że w kościele nie powinno być pięknej muzyki, bo liturgia zamienia się w koncert. Jakie jest Twoje zdanie?

To prawda, na przykład na stronie czeskich tradycjonalistów czytałem ostatnio wypowiedź niemieckiego księdza, że polifonia w ogóle nie powinna być grana w kościele, bo jest za piękna i kieruje nasze serce w złym kierunku. Absolutnie nie mogę się z tym zgodzić. Mnie nie przeszkadza w kościele nawet muzyka operowa, bo dawniej ją wykonywano, zwłaszcza w katedrze praskiej. W Pradze od 1726 roku istniała regularna włoska (wenecka) opera; wykonano w niej m.in. Don Giovanniego Mozarta. I kapelmistrze z opery byli jednocześnie kapelmistrzami w kościołach. Najczęściej w operze grywali członkowie orkiestr od kapucynów z Loreto, z katedry i od norbertanów ze Strachova. Kapelmistrz od norbertanów opracował nawet wyciąg fortepianowy z opery Mozarta. Miało to te konsekwencje, że brano arie operowe, podkładało się pod nie teksty liturgiczne i grywano to w kościele. I mi to nie przeszkadza. Muzykę, o której tu mówimy, czyli tak zwaną muzykę figuralną, usunęła z kościołów dopiero później — w XIX wieku — reforma cecyliańska. Muzyka figuralna to wielogłosowa muzyka na głosy i instrumenty, której harmonia nie jest oparta na chorałowym cantus firmus (jak we wcześniejszej polifonii kościelnej), lecz zawiera zupełnie nowe figury muzyczne. Typowy przykład tej muzyki to msze Mozarta czy wybitnego czeskiego kompozytora Zelenki. Ale cecylianiści uznali, że takiej muzyki nie należy wykonywać w kościele.

Na warsztaty liturgiczne Ars Celebrandi przyjeżdżasz od samego początku. Jak oceniasz tę imprezę?

Robert Hugo: Ars Celebrandi bardzo mi się podoba i dziękuję organizatorom, że mnie tu zapraszają. Od dawna gram na liturgii, chociaż nie trydenckiej, i od ponad 25 lat zajmuję się muzyką, która do liturgii trydenckiej pasuje: muzyką renesansową i barokową z XVI, XVII i XVIII wieku. Dlatego udział w Ars Celebrandi jest dla mnie fascynujący, bo dzięki temu mogę sobie wyobrazić, jak ta muzyka działa w odniesieniu do liturgii. W naszej parafii (parafii akademickiej w Pradze) nie celebruje się Mszy trydenckich, i kiedy tam gram muzykę barokową, to połączenie jej z liturgią współczesną jest bardzo skomplikowane, ponieważ ona do tej liturgii właściwie nie jest dopasowana. Owszem, jest to możliwe, ale sprawia kłopot. Współczesna liturgia jest mówiona, więc części trzeba dublować. Na przykład ksiądz czyta modlitwę na ofiarowanie i jeżeli dochodzi muzyka, trwa to długo i ginie napięcie. W liturgii trydenckiej, gdzie liturgia i prezbiterium działają równolegle, tego problemu nie ma. Wszystko odbywa się bardzo naturalnie.

Dziękuję za rozmowę.

Robert Hugo (ur. 1962) — organista, klawesynista, kapelmistrz i chórmistrz. Ukończył wydział nauk przyrodniczych na Uniwersytecie Karola w Pradze oraz Praską Akademię Muzyczną, gdzie studiował teorię muzyki i grę na organach. Specjalizuje się w czeskiej i południowoniemieckiej muzyce XVII i XVIII wieku. Współpracował z wieloma czeskimi i europejskimi zespołami i solistami; prowadzi też własny zespół barokowy Capella Regia. Jest organistą akademickiego kościoła Zbawiciela w praskim Klementinum, którego proboszczem jest ks. Tomasz Halik. W Polsce Robert Hugo od lat współpracuje z międzynarodowym festiwalem muzyki dawnej „Pieśń Naszych Korzeni”, a na warsztatach liturgicznych Ars Celebrandi w Licheniu od początku posługuje jako organista podczas Mszy świętych uroczystych i śpiewanych.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Dominika Krupińska

Dominika Krupińska na Liturgia.pl

Ur. w 1970 r., doktor teologii i historyk. Mieszka w Podłężu.