Na łyżwy!

Pieśń tradycyjna jest po prostu najpiękniejszą z istniejących muzyk. Jest od zawsze, nosi więc w sobie walor wiecznotrwałości. Ilekroć śpiewam ten sam utwór, za każdym razem coś nowego się w nim przede mną otwiera.

Małgorzata Gadomska: Czy w polskich pieśniach rdzennych, które od lat wykonujesz, istnieje zjawisko prymatu tekstu nad muzyką?

Adam Strug: Z tym bywało różnie. Prostoduszni ludzie często dokładali nieadekwatne melodie, przypominające motywy taneczne. Ci, którzy dbali o swój repertuar, czyli najwyższa półka śpiewaków ludowych, to była formacja pokoleniowa, która odeszła bezpowrotnie. Myślę tu o śpiewakach tej miary, co Waleria Żornochowa, Malcowa czy Brzozowy. W przypadku pieśni religijnych rzeczywiście muzyka była służebną wobec tekstu, a same pieśni pełniły funkcję biblii i podręcznika katolickiej ortodoksji dla niepiśmiennych.

Pytam o to, ponieważ zauważyłam, że w śpiewanych przez Ciebie pieśniach w miarę upływu czasu melodia dla mnie traci na znaczeniu. Po dwudziestej zwrotce zostaje treść teologiczna, a melodia przypomina już tylko „mantrę”.

To ciekawe, bo na samym początku to właśnie muzyka rzuciła mnie na kolana, to od niej się wszystko zaczęło. To była tylko i wyłącznie estetyczna przyjemność. Przez wiele lat na aspekt duchowy zagadnienia nie zwracałem uwagi, dopiero po jakimś czasie mnie dopadło. Pieśń tradycyjna jest po prostu najpiękniejszą z istniejących muzyk. Jest od zawsze, nosi więc w sobie walor wiecznotrwałości. Ilekroć śpiewam ten sam utwór, za każdym razem coś nowego się w nim przede mną otwiera. Przypomina to proces powolnego spadania łusek z uszu.

W muzyce kościelnej mamy dwie rdzenne formy: chorał gregoriański i pieśń ludową, przy czym obie w nienajlepszej kondycji obecnie. Związane są ściśle z pojęciem czasu. Wielogodzinnym modlitwom chorałowym i wielozwrotkowym śpiewom tradycyjnym trzeba oddać czas bez reszty. Czy kryzys mógł się zacząć właśnie tu?

Faktycznie wygląda to tak, jakby ludzie Kościoła (który oczywiście jest i pozostanie święty) stracili entuzjazm, jeśli nie wiarę. To widać powszechnie: jestem śpiewakiem pogrzebowym i obserwuję, że ludziom zależy na tym, żeby skończyć ceremonię jak najprędzej. Nikt na zachodzie – poza grupami tradycjonalistycznymi – nie zatraca się w rytuale jak kiedyś.

Często w wywiadach wspominasz postać śpiewaka ludowego, który wprowadził Cię w zwyczaje społeczności tradycyjnej. Jak doszło do Waszego spotkania?

Wszystko zaczęło się od przypadkowego spotkania w pociągu. Wracając z Festiwalu Piosenki Studenckiej, spotkałem Janusza Prusinowskiego (obaj podróżowaliśmy z akordeonami), który zaprosił mnie do Węgajt. Tam kolejne ważne spotkanie z Andrzejem Bieńkowskim. Od razu stamtąd wyjechałem do mojej babki, bo uświadomiłem sobie, że przecież znam te rzeczy, choć nigdy nie traktowałem tego jako dyscypliny szczególnie wartej uwagi. Zapytałem babkę, czy zaśpiewa ze mną pogrzeb – odmówiła. Wsiadłem więc na rower, pojechałem do Nowogrodu, oddalonego o 13 km od mojej rodzinnej wsi. Pytałem członkinie tamtejszego zespołu folklorystycznego o stare pieśni, a one dysponowały wyłącznie frywolnymi. Jedna z nich zapoznała mnie z Wincentym Nasiadką, zwanym Janem. Zrazu nieufny, z czasem przyzwyczaił się do mnie. Jan nie potrafił obsługiwać telefonu, dzwoniła po mnie jego sąsiadka. Niezależnie od pory roku jeździliśmy na pogrzeby rowerami. Śpiewałem z nim przez osiem lat, nauczywszy się przy okazji wszystkich jego pieśni na pamięć. Osierocił mnie w 2000 roku.

Kiedyś wspominałeś, że nie śpiewał innych pieśni niż religijne.

Tak, rzeczywiście nie śpiewał, przy czym trzeba zaznaczyć, że był skrzypkiem i na skrzypcach grał normalny repertuar miejscowy i to były świeckie rzeczy. A śpiew był dla Boga i to podkreślał. Była to bardzo piękna figura, choć właściwie możnaby naszkicować na jego przykładzie portret pamięciowy wiejski – typowy chłopina w gumiakach i z bokserskim nosem.

To stąd zrodził się też pomysł na kręcenie filmów? Ile ich zrobiłeś?

Powstało sześć filmów. Wszystko zaczęło się od spotkania z Dariuszem Gajewskim, który teraz jest uznanym reżyserem. Przyjęliśmy prostą metodę: wsiadaliśmy w auto i jechaliśmy w interior.

A jakie tereny szczególnie Was interesowały?

Mazowsze ze wskazaniem na Kurpie. Choć nie tylko: „Bibi Tereska” kręciliśmy na Spiszu.

Zawsze chciałam o to spytać: Strug to nazwisko czy pseudonim?

Strug to pseudonim – nazwisko panieńskie matki.

Mateusz Solarz: To, co wprawia w zdumienie, gdy słucha się Ciebie po raz pierwszy, to skala, w jakiej śpiewasz i intonacja. To zawsze uderza na warsztatach, które prowadzisz – uczestnicy próbują doskoczyć do Twojego stroju, ale wydaje się to niemal niemożliwe…

Kompletnie nad tym nie panuję. Jak to się stało, że wskoczyłem w ten strój – nie wiem, nie pamiętam też momentu, w którym to się stało. Na początku śpiewałem absolutnie kwadratowo, przykładem jest pieśń Zaświeć niesiądzu (nagrana w radiowej serii Muzyka Źródeł). Po latach jednak usłyszałem od Jana największy z możliwych komplement: „zdobisz jak moja matka”. Marcjanna była Kurpianką.

MG: To jest strój nietemperowany. W czym tkwi jego niedostępność dla ludzi współczesnych, to że najpierw musimy się przestawić mentalnie?

Skala klawiaturowa jest, że się tak wyrażę, skończona: naciskasz klawisz, wydobywasz taki a taki dźwięk i kwita. Podobnie w „klawiaturowym” śpiewie. Dawny śpiew zaś porównać można do jazdy na łyżwach – wślizgujesz się w częstotliwości filigranowe i tkliwe, przy których klawisz zdaje się gruboskórny. Oczywiście powstało mnóstwo genialnej, klawiaturowej literatury muzycznej. Inaczej jest ze sztuką wokalną: gdy słucham śpiewaków posługujących się skalą dur–moll mam poczucie tyleż nieuprawnionej co szpetnej redukcji. Niewielu śpiewaków płynnie przechodzi z jednego stroju w drugi, więc wszystkim zainteresowanym dawnym śpiewem proponuję całkowitą abstynencję klawiaturową.

Namówiiliśmy Adama na krótką rozmowę na dzień przed koncertem „Pieśni o śmierci”, który odbył się w piątek w ramach Festiwalu „Pieśń Naszych Korzeni” (Jarosław 2011).

Adam Strug – śpiewak i instrumentalista, autor piosenek i tekściarz, kompozytor muzyki teatralnej i filmowej, etnomuzykolog – zbieracz i praktyk, scenarzysta filmów dokumentalnych. Założyciel kapeli Strug Kompania wykonującej autorskie piosenki lidera, oraz zespołu śpiewaczego Monodia Polska, praktykującego polskie pieśni religijne i świeckie przekazywane w tradycji ustnej.

Zapraszamy do odwiedzin strony artysty.

 

Zobacz także