Na marginesach (iv)

Warto zwrócić uwagę na rozróżnienie między liczbą pojedynczą a mnogą w 21. punkcie Konstytucji o liturgii.

Liturgia składa się z części niezmiennej (parte immutabili), ustanowionej przez Boga, i z części podległych zmianom (partibus mutationi obnoxiis), które mogą lub nawet powinny się zmieniać w miarę upływu czasu (można też przetłumaczyć: kiedy zmieniają się okoliczności), jeśli wkradłyby się w nie przypadkiem rzeczy, które niezbyt dobrze odpowiadają najgłębszej naturze samej Liturgii, albo jeśli okazałyby się mniej stosowne.

Niby oczywiste, wszyscy to wiedzą, powtarzają w najrozmaitszych dyskusjach. A potem nagle słyszymy o „mszy wszechczasów”, w której ani jedna jota, ani jedna kreska nie może zostać zmieniona.

W latach trzydziestych ubiegłego wieku Romano Guardini pisał, że nie ma takiej ziemskiej władzy, nie ma takiej ludzkiej istoty, która byłaby w stanie dokonać takiego Ustanowienia jak to, którego dokonał Chrystus Pan, Bóg i człowiek prawdziwy: ustanowienia Eucharystii, kultu, który obejmuje nie jedno plemię czy jedną grupę, ale całą ludzkość, po wszystkie czasy. To jest owa pars immutabilis. Z kolei Pius XII mówił do liturgistów w 1956 roku, że w liturgii jest część niezmienna, święta, która przekracza czas, ale są w niej także elementy zmienne, przejściowe, czasami nawet wybrakowane (sic!). Te słowa odnieść trzeba i do idealizowanej tak często liturgii trydenckiej. Joseph Ratzinger pisal w czasie Vaticanum II, że Trydent odniósł połowiczny tylko sukces, reakcja na protestantyzm była całkowicie nieadekwatna do samego problemu. Liturgia potrydencka przestała być żywą historią, została niejako zabalsamowana i skazana na uwiąd. Im mniej było w niej prawdziwej pobożności, tym więcej zwracano uwagę na ścisłe przestrzeganie rubryk. Jako dowód tego niepełnego sukcesu potrydenckiej reformy liturgicznej Ratzinger podaje przykłady wielkich świętych okresu kontrreformacji: Teresę od Jezusa, Jana od Krzyża, Ignacego – który duchowość nie miała swych źródeł w liturgii, rozwijała się właściwie obok niej. (Warto też zauważyć, że Trydent bynajmniej nie zahamował rozwoju protestantyzmu – tu także trudno mówić o sukcesie tego Soboru.)

Można powiedzieć, że historia się powtórzyła, i sam kard. Ratzinger to zauważył: liturgia przestała być żywą historią i po Soborze Watykańskim II, ale w inny sposób. O ile po Trydencie została w pewien sposób zmumifikowana i zunifikowana, o tyle po Vaticanum II została zbyt gwałtownie wskrzeszona i wybujała (można sobie przypomnieć piękną metaforę kardynała o odnawianiu fresku, na który w ciągu wieków nałożyły się różne zanieczyszczenia i niepotrzebne dodatki). Jedno i drugie wynika z niewłaściwego zrozumienia owych partes mutationi obnoxiae. Myślę, że to, co stara się zrobić Benedykt XVI, ze swoją hermeneutyką ciągłości, to znalezienie jakiegoś wypośrodkowania między nadmierną idealizacją i nadmiernym potępianiem jednego i drugiego Soboru. A to bardzo trudne zadanie, chociaż trudno znaleźć do niego kogoś lepszego niż Joseph Ratzinger.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Marcin L. Morawski

Marcin L. Morawski na Liturgia.pl

Filolog (ale nie lingwista) o mentalności Anglosasa z czasów Bedy. Szczególnie bliska jest mu teologia Wielkiej Soboty. Miłośnik Tolkiena, angielskiej herbaty, Loreeny McKennitt i psów wszelkich ras. Uczy greki, łaciny i gockiego. Czasami coś tłumaczy, zdarza mu się i wiersz napisać. Interesuje się greką biblijną oraz średniowieczną literaturą łacińską i angielską. Członek International Society of Anglo-Saxonists, Henry Bradshaw Society.