Nagranie z seminarium „Ukorzenić nowy ryt?” w Jarosławiu

Gorąco zachęcamy do wysłuchania nagrania panelu dyskusyjnego współorganizowanego przez Dominikański Ośrodek Liturgiczny w ramach Festiwalu Muzyki Dawnej „Pieśń Naszych Korzeni“ w Jarosławiu. Tytuł panelu, „Ukorzenić nowy ryt?“, odnosił się do zauważanej przez nas konieczności zadania pytania o miejsce liturgii posoborowej w obrębie żywej tradycji liturgicznej Kościoła.

Gorąco zachęcamy do wysłuchania nagrania panelu dyskusyjnego współorganizowanego przez Dominikański Ośrodek Liturgiczny w ramach Festiwalu Muzyki Dawnej „Pieśń Naszych Korzeni“ w Jarosławiu. Tytuł panelu, „Ukorzenić nowy ryt?“, odnosił się do zauważanej przez nas konieczności zadania pytania o miejsce liturgii posoborowej w obrębie żywej tradycji liturgicznej Kościoła. Pytanie to nabrało dodatkowej ostrości w obliczu niezaprzeczalnego renesansu dawnej formy rytu rzymskiego, umożliwionego przez motu proprio Summorum Pontificum Benedykta XVI.

Na spotkanie zaprosiliśmy o. Bernarda Sawickiego OSB, opata klasztoru w Tyńcu, Marcina Bornus-Szczycińskiego,  śpiewaka i badacza monodii liturgicznej, oraz Piotra Kaznowskiego, redaktora naczelnego „Christianitas“, dyskusję prowadził o. Tomasz Grabowski OP, dyrektor Ośrodka. Chcieliśmy spotkać ze sobą ludzi, dla których liturgia i sposób jej sprawowania jest przedmiotem troski, działań praktycznych i refleksji. Dyskusja, mająca w pierwotnym zamierzeniu dotyczyć możliwości i sensowności stosowania w obrębie zwyczajnej formy rytu tradycyjnych rozwiązań liturgicznych, ostatecznie skupiła się na pytaniu o warunki owocności liturgii.

Poniżej publikujemy również pierwszą część refleksji Piotra Kaznowskiego, poświęconych jarosławskiemu spotkaniu (ukazały się one na blogu Autora 16 września). Zapraszamy do wysłuchania rozmowy, lektury oraz dyskusji.

Ukorzenić nowy ryt?, Jarosław 2010
/zasoby/uploads/files/audio/jaroslaw/2010/seminarium1.mp3
[slickr-flickr search=”sets” set=”72157625010732098″ type=”gallery” size=”large”

Piotr Kaznowski: Notatki z Jarosławia, cz. 1

Od lat wybierałem się jak sójka za morze na festiwal Pieśń Naszych Korzeni w Jarosławiu. Wreszcie, w tym roku, zostałem tam ściągnięty „służbowo” przez Dominikański Ośrodek Liturgiczny, aby uczestniczyć we współorganizowanym przezeń seminarium liturgicznym. Seminarium, a mówiąc ściślej – dyskusja panelowa była zatytułowana „Zakorzenić nowy ryt?” i miałem podczas niej przyjemność rozmawiać z o. Bernardem Sawickim OSB z Tyńca i p. Marcinem Bornus-Szczycińskim, całość moderował szef DOLu, o. Tomasz Grabowski OP.

Najpierw kilka słów o samym kontekście naszego spotkania, który z pewnością jest tu istotny. Festiwal poświęcony jest muzyce tradycyjnej, a clue codziennego programu stanowi wieczorny koncert (zainteresowanych bardziej szczegółową relacją odsyłam do blogu Tomka Dekerta). Jednak jarosławskie „święto” nie gromadzi jedynie melomanów – zarówno jego organizatorzy jak i uczestnicy określają się jako „praktycy”. „Jarosławian” interesuje uprawianie muzyki, uczestnictwo w niej. Dlatego tyle czasu poświęca się tu codziennie na warsztaty śpiewu i, jeśli to możliwe, spotkania z artystami. Co więcej – każdy ma możliwość uczestnictwa w liturgii (laudesy, nieszpory, uroczysta wigilia i Msze św.). Oficjum sprawowane jest wg ksiąg dominikańskich, Msze zaś w obu formach rytu rzymskiego (wieść niosła, że jedną z Mszy w starszej formie miał odprawić abp. Józef Michalik, który ostatecznie nie mógł przyjechać – godnie zastępował go o. Wojciech Gołaski OP). Niektórzy zwierzają się, że czekają cały rok właśnie ten jeden sierpniowy tydzień, podczas którego mogą modlić się gregoriańskim oficjum, ponieważ nigdzie w Polsce (są i tacy, którzy przyjeżdżają specjalnie z zagranicy) nie ma na to szans. W dużej mierze są to ludzie, którzy przynajmniej otarli się o duszpasterstwa dominikańskie, a więc tacy, których naturalnym środowiskiem formacyjnym była liturgia zreformowana. Są też i tacy, którzy swoje korzenie religijne na nowo odkryli podczas Festiwalu.

Jarosław, przynajmniej pod względem wrażliwości liturgicznej, jest więc ciekawym tyglem: szlachetny odruch natury skłania ku tradycyjnym formom muzycznym, które spontanicznie są odbierane jako „prawdziwsze”, bardziej „realistyczne”, niż to, z czym spotykamy się na co dzień, natomiast formacja i okoliczności życia powodują przywiązanie do nowej formy liturgicznej. Albo inaczej: forma uczestnictwa liturgicznego (przede wszystkim: śpiew) na dalszy plan odkłada kwestię formy samego rytu, co wydaje się odruchem naturalnym i zrozumiałym, ponieważ w przeżyciu uczestnictwa te dwa aspekty trudno oddzielić (śpiew staje się bezpośrednią formą uczestnictwa). Z tego doświadczenia, jak sądzę, zrodził się również pomysł dyskusji i jej główny problem – czy i jak zakorzeniać nowy ryt? – który odzwierciedla festiwalową praktykę.

Jarosławska dyskusja była dla mnie doświadczeniem zupełnie nowym: współczesny dyskurs okołoliturgiczny zdominowany jest bowiem przez różne formy abstrakcyjnego surnaturalizmu albo antropocentryzmu. Zresztą oba zjawiska to bliźniaki syjamskie (zakładające hybrydalną antropologię „ghost in the shell”…): z tym, że pierwsze traktuje człowieka jak anioła, istotę bezcielesną komunikującą się jedynie jaźnią, drugie zaś – opierając się na pewnym typie idealnym tzw. „człowieka współczesnego” (który był może jeszcze aktualny w niektórych kręgach lat 60-tych/70-tych ubiegłego stulecia) – sprowadza go de facto do automatu programowanego na wykonywanie pewnych czynności, co ma równie niewiele wspólnego z prawdą natury ludzkiej (tu: antropologią rozumiejącego uczestnictwa). Dlatego bombastyczne i „humanistyczne” opowieści teologów i różnej maści komisji idą praktycznie w parze z kiczem powszechnej praktyki liturgicznej.

W Jarosławiu – przeciwnie – punktem wyjścia jest pragnienie doświadczania piękna, które już niewyraźnie zakłada prawdę natury (zagadnienie prawdy na pograniczu doświadczenia religijnego i estetycznego może być kłopotliwe – przyjmuję tutaj klasyczne rozumienie: prawdziwe tzn. „adekwatne”). To zupełnie inna jakość, generująca inne trudności. O ile podejście teoretyków polega na tak dalekiej absolutyzacji (oraz instrumentalizacji) opowieści o „czynnym uczestnictwie”, że samo realne uczestnictwo nie jest już brane pod uwagę (np. statystyczny fakt powszechnego pustoszenia kościołów oraz obniżonej świadomości religijnej), o tyle tu pokusę stanowi absolutyzowanie samej formy przeżycia niezależnie od jego treści. Stąd, jak sądzę, wielki zachwyt w środowisku jarosławskim praktykami śpiewaczymi – i w ogóle liturgicznymi – chrześcijańskiego (i nie tylko!) wschodu, który łączy się ze specyficznym antyrzymskim resentymentem (podczas rozmów często słyszałem wyznanie: „na wschodzie znajdujemy to piękno, tę misteryjność i sakralność, które zlikwidowano w naszym Kościele!”). Stąd też pewna tymczasowość „mód” wykonawczych, które niekiedy zmieniają się w tempie kolejnych podróży i odkryć kantorów. Takie było, w zarysie, tło jarosławskiej dyskusji, które spowodowało, że miała ona zupełnie inny smak niż analogiczne sytuacje w środowisku „teoretyków”. Zawsze łatwiej porozumieć się z tym, kto jest bliżej rzeczywistości. Konfrontacje zaś z „ekspertami” od liturgii, albo apologetami reformy, sprowadzają się zazwyczaj w praktyce do zderzenia z jakąś formą zideologizowanego dyskursu, co uniemożliwia prawdziwy i owocny dialog. Z kolei konfrontacja z praktykami może rozbić się o brak odpowiednich narzędzi opisu – właściwie rozumianych słów (za czym może, choć nie musi stać również brak wspólnego logosu-rozumienia). Z jednej strony zadufanie intelektualisty, z drugiej – niewiedza „egzystencjalisty”…

Mimo zapowiedzi dyskusja nie dotknęła praktycznie tematu „zakorzeniania nowego rytu”, ponieważ Tomasz Grabowski zdecydował się ją pokierować na inne tory. Poniekąd wynikało to pewnie z jego „wrodzonej” dominikańskiej przekory, lecz w dużej mierze, jak mniemam, ze znużenia bezowocną logomachią liturgistów. Dało to ciekawy efekt: świadome pozbycie się protezy oklepanych narracji odkryło zarazem ich nieskuteczność: gdy punktem wyjścia uczynimy doświadczenie liturgii – tak zrozumiałem intencję Tomasza – szybko okazuje się, że nie potrafimy o nim adekwatnie mówić, ponieważ słowa będące w aktualnym obiegu establishmentu liturgistów… nie nadają się do tego. Jak zmierzyć owocność liturgii? Co jest miarą doświadczenia? Jaka jest relacja między estetyką a etyką? Gdzie natura, a gdzie łaska? Cóż to „źródło i szczyt”? A co znaczy, że „liturgia jest dziełem Chrystusa”? Itd. Tak więc reforma, która miała doprowadzić do głębszego uczestnictwa doprowadziła nas do sytuacji, w której samo uczestnictwo przestało być powszechnie zrozumiałe. Oto więc pierwszy i podstawowy wniosek z dyskusji – aby w ogóle podejść do kwestii liturgicznej w duchu mądrego rozumienia, to znaczy w duchu prawdziwej i zdrowej teologii, musimy zacząć od jakichś prolegomenów, musimy dopiero odtworzyć organon katolickiego myślenia! Z pewnością lekarstwem nie jest tu ani ucieczka w indywidualizm własnych przeżyć, ani w sztuczny kolektywizm kolejnej narracyjnej protezy. Rozwiązanie podsuwa analiza – na którą już zabrakło czasu w Jarosławiu – tytułowego problemu spotkania. Cdn…

 

Zobacz także

Tomasz Dekert

Tomasz Dekert na Liturgia.pl

Urodzony w 1979 r., doktor religioznawstwa UJ, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne. Autor książki „Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama” (WAM, Kraków 2007) i artykułów m.in. w „Teofilu”, „Studia Laurentiana” i „Studia Religiologica”. Mąż, ojciec czterech córek i dwóch synów.