Naśladowanie Jezusa

Każdy z nas chrześcijan ma jakieś wyobrażenie tego naśladowania. Mieć musi. Słuchając kazań niedzielnych dobre pół wieku, najczęściej słyszałem taką wykładnię słów Jezusa o braniu swego krzyża i naśladowaniu Go: godzić się na swoje codzienne dolegliwości, a cierpienia i razy losu znosić pokornie i w cichości. Czy naprawdę o tym mówi tu Jezus? 

Gdy raz modlił się na osobności, a byli z Nim uczniowie, zwrócił się do nich z zapytaniem: „Za kogo uważają mnie tłumy?” Oni odpowiedzieli: „Za Jana Chrzciciela; inni za Eliasza; jeszcze inni mówią, że któryś z dawnych proroków zmartwychwstał”. Zapytał ich: „A wy za kogo mnie uważacie?” Piotr odpowiedział: „Za Mesjasza Bożego”. Wtedy surowo im przykazał i napomniał ich, żeby nikomu o tym nie mówili.
 
I dodał: „Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszyznę, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; zostanie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie”.
 
Potem mówił do wszystkich: „Jeśli ktoś chce iść za mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa. (Łk 9. 18 – 24)
 
Gdy Piotr rozpoznaje Jego zadanie, rozpoznaje Jego tożsamość, Jezus reaguje zadziwiająco. Momentalnie odsłania przed uczniami rozumienie własnej śmierci. Zna ją uprzedzająco. To, co o niej mówi, mamy za wiedzę wlaną, wiedzę boską. A przecież jest to wiedza człowieka. Człowiek Jezus musiał wiele rozmyślać nad swoją śmiercią, nad śmiercią Jezusa Chrystusa, nad śmiercią Jezusa – Syna Bożego. Wyczytał z Pism opis śmierci Pomazańca i rozpoznał ją jako swoją własną. Niezwykła otwartość na sprawę swego końca.  
 
Musiał zaprzeć się siebie, bo żaden człowiek nie chce myśleć o swojej śmierci, chociaż każdy z nas wie, że jest nieuchronna, że jest jedynym pewnym faktem z naszej przyszłości. Ponieważ się jej lękamy, więc nie rozważamy tej jedynej pewnej dla nas sprawy. I nic o niej uprzedzająco nie wiemy.
 
Codzienne branie krzyża. Krzyż jest tu symbolem, który wyrasta pewnie z zapamiętanego obrazu ukrzyżowanego skazańca, albo kogoś wleczonego na ukrzyżowanie. Cierpienie nieuniknione i śmierć nieuchronna. Symbol losu każdego z ludzi.
 
Jeśli tak, to zachęta do codziennego brania swego krzyża jest zachętą do rozmyślania o swojej śmierci, o swoim własnym cierpieniu. Rozmyślania antycypującego i cierpienie, i śmierć, rozmyślania uporczywego, rozmyślania wbrew lękowi przed tym, o czym myślę.
 
I związana z tym obietnica. Obietnica umierania, które będzie podobne do umierania Jezusa. Umieranie, w którym skupi się cały sens mojego życia – moja godzina. Umieranie, które będzie definitywnym wyrazem tego, kim jestem, kim chciał mnie Bóg. Obietnica momentu w moim losie – Gdy koniec życia szepce do początku: „Nie stargam Cię ja – Nie! – Ja… u-wydatnię!…”.  

Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Marian Grabowski

Marian Grabowski na Liturgia.pl

Dr hab. fizyki teoretycznej, profesor zwyczajny nauk humanistycznych. Kierownik Zakładu Filozofii Chrześcijańskiej Wydziału Teologicznego UMK w Toruniu. Zajmuje się aksjologią nauki, etyką, antropologią filozoficzną. Autor m.in. książek: "Historia upadku", "Pomazaniec. Przyczynek do chrystologii filozoficznej", "Podziw i zdumienie w matematyce i fizyce".