Nie ma komży – jest przeżycie!

Całkowicie abstrahując od tego co wydarzyło się w ostatnich dniach w Rio de Janeiro i od różnych ocen papieskich Mszy i innych celebracji zauważyć można bardzo niepokojące zjawisko. Jedno to utożsamienie ze sobą złamanie prawa (szczególnie liturgicznego) z okazywaniem miłości, ale o tym pisał niedawno Tomasz Dekert. Ja sam lepiej tego nie ujmę.

Drugim zjawiskiem jest przeciwstawianie zewnętrznych oznak np. stroju liturgicznego wewnętrznemu przeżyciu osób przyjmujących sakrament. Nawet czasami wprost mówi się jedynie o ważności i skuteczności obrzędu eliminując po drodze wszystko to co stanowi całą „otoczkę”. W drodze eliminacji jako niepotrzebne uznaje się określone postawy, gesty, szaty liturgiczne, a czasami wręcz słowa.

Jako jeden z argumentów podnoszony jest przykład samego Chrystusa, który „przecież zniósł jakiekolwiek prawo”. Wydaje mi się, że jest to próba stworzenia z Jezusa wielkiego reformatora ludzkości i rewolucjonisty. Jezus z Nazaretu jako wzór doskonałego człowieka, który prawo zastąpił miłością. Ta miłość często, w przekonaniu osób, które takie tezy głoszą, przyjmuje formę bardzo doraźną i ogranicza się jedynie do sfery przetrwania oraz zaspokojenia podstawowych potrzeb. Jezus zatem jawi się jako ten, który uwalnia od ucisku silniejszych, karmi głodnych, ratuje jawnogrzesznicę i karci uczniów za niedopuszczenie do Niego dzieci. Jednakże to uproszczona (o ile nieprawdziwa) postać Chrystusa. Jako częsty przykład dla takiego zobrazowania Jezusa służy gest wypędzenia bankierów w świątyni. Przecież Jezus wymyka się schematom, wywraca stoły kupców – istny Rewolucjonista. Zapomina się jednak, że pobudki Chrystusa były głębsze. Jezus nie tyle robi coś przeciwko przyjętym zwyczajom, ale przywraca pewne prawo –  „Mój dom będzie przez wszystkie narody nazywany domem modlitwy”. Zatem Jezus jest Tym, który przywraca porządek i prawo.

Drugi argument to znowu próba „ataku” z Pismem Świętym w dłoni. I tak słychać: „Wiara rodzi się z tego, co się słyszy, a tym co się słyszy jest słowo Chrystusa”, „Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego”, „Nie każdy, który Mi mówi: „Panie, Panie” etc. Jeżeli jednak rozmawiamy o np. braku komży u kapłana podczas spowiedzi to cytaty powyrywane z kontekstu (sitz im leben) żadnej tezy nie obalą lub nie obronią. Paradoksalnie, mówiąc żartobliwie, każdą wymyśloną bzdurę w ten sposób można popodpierać cytatami z Pisma Świętego. Pismo Święte czyta się z Kościołem i w Kościele. Zatem bzdurą jest usprawiedliwianie jakiegoś nieposłuszeństwa prawu liturgicznemu, które ustalił Kościół z Pismem Świętym w ręku, które przecież zostało napisane przez ludzi Kościoła. Żadna to egzegeza, a jedynie ćwiczenie sprawnościowe kto znajdzie więcej cytatów. Argument o braku ornatu przez Jezusa w czasie Ostatniej Wieczerzy przemilczę.

Wreszcie trzeci argument – niepodważalny dla zwolenników usprawiedliwiania każdego nieposłuszeństwa Kościołowi – serce i klimat. „Najważniejsze jest to co w sercu”, „Po co kielich, ornat itp. kiedy spotykam się z Jezusem!”, „Najważniejsze jest moje uczucie” – grzmią z mocą, której nie powstydziłby się niejeden kaznodzieja na miarę Jana Kapistrana.  Argument jest jednak słaby na tyle na ile z początku chociaż wydaje się rozsądny. Kościół przecież przez wieki wypracował i „obudował” teologicznie wiele zwyczajów np. pod stułę zawsze zakładamy komżę, ponieważ komża oznacza czystość serca i jest odwołaniem do Chrztu. Z drugiej strony jeśli „liczy się klimat” to skąd ten „klimat” pochodzi? Zawsze pochodził on z pewnych gestów, słów, stroju liturgicznego. Jednak mam wrażenie, że znaczenie słowa „klimat” jest różnie pojmowane.

Co zatem robić? Sytuacja i dyskusje są o tyle smutne, że często przeradzają się w personalne wycieczki. Zastanawiające jest także to, że zwolennikami tych trzech sposobów „wytłumaczenia sobie” sytuacji, które są ewidentnym złamaniem prawa, okazują się także księża. Tutaj wcale nie chodzi o przerost formy nad treścią. Nikt nie mówi o tym, że w czasie wojny na polu bitwy lub w momencie wypadku samochodowego ksiądz nie może wyspowiadać, bo nie ma komży. Proste i logiczne. Słuchając jednak argumentów osób broniących rzeczy ewidentnie złych (które wynikają z niewiedzy, niechlujstwa i nie wiem czego jeszcze) można odnieść wrażenie, że mamy stan permanentnej wojny.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Paweł Beyga

Student Papieskiego Wydziału Teologicznego we Wrocławiu. Od kilku lat katolik chodzący na starą mszę, ale nie tradycjonalista ekstremalny. Pasjonat teologii liturgii.