Nie nadążam, nie rozumiem

Było to bardzo dawno temu, o. Błażej zastanawiał się nad sposobami zwracania się do siebie na blogu. Nie pamiętam, czy dyskusja, która się wówczas wywiązała, została rozstrzygnięta, czy doszło do jakichś ustaleń. Chciałbym dodać kilka słów od siebie.

Jestem już stary i tempo współczesnego świata nie dla mnie, pewnych rzeczy po prostu już nie rozumiem. Oczywiste np. wydawało mi się, że przy przechodzeniu na ‘ty’ pierwszy krok robi osoba starsza – w dzisiejszych czasach, jak się zdaje, zasada ta już nie obowiązuje.

Powszechne staje się zwracanie do nawet nieznanych lub oficjalnie wyżej stojących osób przez łączenie imienia z ‘pan’ lub ‘pani’. Tego nie lubię, ale toleruję: tak się rozpleniło, że trudno z tym walczyć. Miałem kiedyś studentkę, która mówiła do mnie ‘panie Marcinie’, lodowate spojrzenia z moje strony nie odnosiły skutku, w końcu – przymknąłem oko. Ale nie wyobrażam sobie, żebym ja do któregoś z moich wykładowców powiedział ‘pani Aniu’ czy ‘panie Jerzy’! Owszem, niektórzy z nich przeszli ze mną na ‘ty’, kiedy skończyłem studia, przy czym inicjatywa wyszła z ich strony. Do mnie, jako do studenta, zwracano się albo ‘panie Morawski’, albo ‘proszę pana… niech pan… czy może pan…’. Szczerze powiedziawszy, czułbym się głupio, gdyby ktoś z moich profesorów powiedział do mnie ‘panie Marcinie’. (A mieliśmy profesora, który do swoich ulubienic mówił ‘kotku’… ale to dosyć dziwny człowiek, jak kiedyś powiedziała pani Świderkówna: chyba lekko niezrównoważony.) Nigdy też nie używałem, i nie wymagano tego ode mnie, tytułów naukowych, w rozmowach z moimi wykładowcami. Ci ludzie znali swoją wartość, nie potrzebowali przypominania o niej przez powtarzanie tytułów… Owszem, w rozmowie o nich mówiło się np. ‘doktor Mańkowski’, ale – znowu – nie wyobrażam sobie powtarzania mu na zajęciach, przy każdym pytaniu, ‘panie doktorze’.

Wracając do ‘panie Marcinie’: naturalne mi się wydaje, że mówi tak do mnie ktoś, kto mnie dosyć długo zna, lub ze mną współpracuje. Taki zwrot wyraża jednak pewną zażyłość, i, moim zdaniem, nie powinien być nadużywany, bo trąci wtedy jakąś niemiłą poufałością. (W ogóle używanie czyjegoś imienia jest dla mnie szczególną sprawą; tu moje myślenie zatrzymało się kilka tysięcy lat temu.)

Zauważyłem natomiast, że w internecie modną formą jest używanie tylko inicjałów – pewnie tak szybciej, a czasu, jak wiadomo, nie ma, nie ma, nie ma… Dla mnie jest to – chamskie. Gdybym sam podpisywał się tylko inicjałami, moje imię i nazwisko byłyby nieznane – w porządku. Jeżeli jednak w blogu podane jest moje imię i nazwisko, które dodatkowo pojawia się przy każdym moim wpisie, naturalną rzeczą wydaje mi się zwracanie się do mnie przy jego użyciu.1 ‘Pan Morawski’, a jeśli już ktoś koniecznie chce, proszę bardzo, ‘pan Marcin’, przełknę jakoś. No, chyba że ktoś uważa mnie za komputerowy program, który można nazwać jakimś skrótem lub skrótowcem, albo ma specyficzny sposób postrzegania człowieka: miałem np. nauczyciela w liceum, który zwracał się do nas numerami (ja byłem trzynastką). Nie trzeba chyba nikomu przypominać, kto jeszcze w podobny sposób oznaczał ludzi…

Tu pojawia się inna jeszcze sprawa: podpisywanie się własnym nazwiskiem, zwłaszcza wtedy, kiedy się kogoś krytykuje (kiedyś już o tym pisałem). Użycie nicku, przezwiska, ksywki, jakiejś sentencji, etc., jako swojego podpisu, jest niewątpliwie wygodne, pozwala zachować anonimowość, a przede wszystkim – nie wymaga odwagi. Może dlatego jest takie popularne…

Pewnie to wszystko nudne i nie z tego świata, kogo dzisiaj obchodzą takie feudalne drobiazgi (jak mi kiedyś ktoś powiedział). Mnie obchodzą, i pewnie jeszcze kilka osób się znajdzie.

1Aczkolwiek, użycie inicjału samego imienia jest dla mnie naturalne przy korespondencji – ale prywatnej! – z bliskimi mi osobami. Mogę napisać ‘droga M.’ czy ‘drogi C.’, podpisać się ‘M.’ Publicznie jednak nigdy bym tego nie zrobił.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Marcin L. Morawski

Marcin L. Morawski na Liturgia.pl

Filolog (ale nie lingwista) o mentalności Anglosasa z czasów Bedy. Szczególnie bliska jest mu teologia Wielkiej Soboty. Miłośnik Tolkiena, angielskiej herbaty, Loreeny McKennitt i psów wszelkich ras. Uczy greki, łaciny i gockiego. Czasami coś tłumaczy, zdarza mu się i wiersz napisać. Interesuje się greką biblijną oraz średniowieczną literaturą łacińską i angielską. Członek International Society of Anglo-Saxonists, Henry Bradshaw Society.