„Niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa” – kilka myśli o oczywistości i wiejskim przeżywaniu liturgii

 1. Zacytowany w tytule fragment wypowiedzi Jezusa można by wyrwać z kontekstu i odnieść do sposobu przeżywania liturgii przez niejednego wiernego. Nie chodzi mi jednak o ironizowanie. Jednak aby dać temu wyraz, nie zacznę od wyjaśnień.

2. Ewangelia, mówi o tym, by zaprzeć się samego siebie, tzn. zapomnieć o sobie samym, wyzbyć się egoizmu, otworzyć na bliźniego i zwrócić ku Bogu, szukając Jego woli.

Myślę, że nieoczywistą konsekwencją „zapomnienia o sobie” jest ograniczenie w sferze samoświadomości, utrata dystansu wobec własnego działania, uczynienie siebie niejako bezwiednym. Powiem dosadniej: konsekwencją tej postawy jest „umechanicznienie” jakiejś części swojej aktywności, sprawienie, że staje się ona oczywista, niepodlegająca refleksji. Postawa ta jest przeciwieństwem autokreacji, której główne założenie stanowi świadome kształtowanie własnego „wizerunku”.

3. W tym świetle czytam słowa Jezusa „Niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa”. Jezus zdaje się mówić, iż czynienie dobra ma nie podlegać naszym rozważaniom krytycznym, nie być przez nie zapośredniczone. Ma stać się wręcz odruchem. Zejść do poziomu instynktu, zmysłu. Wola działania nie jest wtedy aktem świadomości, ale staje się wręcz reakcją fizjologiczną. Tak jak pojawienie się uczucia głodu, gdy czujemy zapach świeżego pieczywa. 

4. Bezpośredniość przeżywania wiary sprawia, że robię coś nie dlatego, że ponieważ uważam, że…, ponieważ wierzę w…, tylko dlatego, że tak trzeba. Oczywiście wrażliwość, sposób podejścia i wola działania mają swoje źródło w jakiejś kulturze, zasadzają się na tradycji, nie biorą się same z siebie, niemniej pełna asymilacja nauki czy systemu wierzeń (i wiążącego się z tymi wierzeniami sposobu postępowania) polega właśnie na wykluczeniu siebie jako widza, jako „jury” własnej osoby, własnych poczynań.

5. Przykładów można by podać mnóstwo. Ograniczę się do jednego – wymownego. W tekście socjologa Tadeusza Szawiela Religijność ludowa: perspektywy spojrzenia („Znak” 3/2008) autor stawia pytanie: „Czy postępowanie w «pewien sposób w danych okolicznościach, bo tak postępuje się zawsze» może się sprawdzić w najtrudniejszych sytuacjach?”. Odpowiedź jest opisowa: „Nechama Tec prowadziła przez ponad dziesięć lat badania nad współczuciem, samopoświęceniem i pomocą w sytuacjach ratowania Żydów przez chrześcijan w czasach Holocaustu. (…) Tec udało się (…) zidentyfikować sześć cech, które łączyły się z praktyką ratowania i pomagania Żydom. (…) trzecia cecha zidentyfikowana przez Nechamę Tec, [to] trwałe zaangażowanie na rzecz bezsilnych i potrzebujących, które ma za sobą długą historię pomagania innym oraz (czwarta cecha) traktowanie pomocy Żydom jako czegoś samo przez się zrozumiałego, co nie jest ani czymś heroicznym, ani nadzwyczajnym (…). Tec pisze, że w wypadku badanych przez nią osób istniała ciągłość między długą historią ich działań charytatywnych a chronieniem Żydów. Nasze trwałe przekonania i powtarzające się działania traktujemy i akceptujemy jako coś oczywistego, a jeżeli są oczywiste, to rzadko je analizujemy i roztrząsamy. Im bardziej trwałe są nasze wzory zachowania, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że zostaną poddane refleksji [podkr. moje]”.

6. W tym kontekście zastanawiam się nad pytaniem, jakie miejsce w naszej liturgii ma oraz powinna mieć świadomość. Teoretycznie chrześcijanin winien posiadać świadomość (podpartą np. katechizmowymi definicjami), czym jest msza św., jaka jest jej struktura; co oznaczają rozmaite gesty, do czego odsyłają słowa kolejnych modlitw, części mszy. Krótko mówiąc, winniśmy znać i ciągle zapoznawać się z anatomią liturgii, w której uczestniczymy. Jednak moje obserwacje (w kilku parafiach, do których należałem) uzmysławiają mi, że lud Boży, a między nim i ja, często niewiele wie, co się podczas mszy dzieje, dlaczego ma czynić taki, a nie inny gest itd. Nie jest moim zamiarem wyliczanie bolączek Kościoła. Moje pytanie brzmi: czy wiedza, o jakiej mówię, wpływa na „wartość” wiary, na „jakość” jej przeżywania? Czy ten, który odmawia różaniec i wie, z jakich wypowiedzi składa się „Zdrowaś Maryjo”, oraz rozważa, a nie tylko wymienia tajemnice, „lepiej”, intensywniej się modli od tego, który sobie tych rzeczy nie uświadamia, który „przyjmuje wiarę na wiarę”?

7. Będąc od niedawna mieszkańcem wsi, zauważam, że pobożność, z którą się zetknąłem, jest − wyjąwszy takie osoby jak kościelny i organista, choć też nie bez zastrzeżeń − nieomal pozbawiona świadomości intelektualnej tego, w co się wierzy; w rozmowach raczej mało kto potrafiłby mówić o „depozycie wiary”, treści wiary, drodze wiary itp. Wiara jest oczywista. Nie ma sytuacji zwątpienia. Jeśli ktoś przestaje chodzić do kościoła, przyczyna przeważnie narzuca się sama: „bo to pijaki”, „to dziewczyna z tej a tamtej rodziny”… Tego typu diagnozy niejednokrotnie brzmią jak wyrok, ale bywają też wyrazem zrozumienia i współczucia. Z kolei „zachowanie” podczas mszy, specyficzna „niedbałość” − zarówno sposobu mówienia, jak i wykonywania gestów − jest paralelna z kwestią świadomości prawd wiary. Nikt nie cyzeluje swojego sposobu poruszania, by stał się on pełen namaszczenia. To by było sztuczne. Zachowanie jest takie, jakie zostało wyniesione z domu, od pokoleń. 

8. Tu, gdzie mieszkam, sołtys np. klęka na jedno kolano, łokciem podpierając się o drugie i podczas Przemienienia charakterystycznie rozgląda się po kościele, a Credo mówi, jak większość mężczyzn − „półgębkiem”, jednak wiem i widzę, że wiara jest dla niego wartością zupełnie niepodważalną, w niej zaś ogniskuje się niepodważalność rodziny, poczucie szczególnej rangi pracy na roli i potrzeba działalności społecznej. Gdy szliśmy razem w grupie dożynkowej, w rubasznych żartach nie było jemu równego, ale trzeba go było usłyszeć, jak przemawiał na scenie w imieniu wsi. „Szczęść Boże rolnikom przy ciężkiej pracy” − tak zakończył w 2007 r. Nie było w tych słowach „waty”, sentymentalnego lub tylko oficjalnego tonu, a jedynie szczera powaga wynikająca z poczucia wzniosłości i sakralności pracy rolniczej, jej odniesienia do wiary.  Z kolei moja sąsiadka zawsze się chwali, gdy uda się jej podczas mszy usiąść w tzw. sobotach, na zewnątrz kościoła (rzadko ma okazję, ponieważ chodzi do kościoła z dziećmi, z którymi − jak każda matka − powinna zająć miejsce w pierwszych ławkach), atmosfera jest tam nieco rozluźniona i zawsze można zagadać do kogoś siedzącego obok. Ale gdy opowiada o tych, którym udziela pomocy (np. znajomym dzieci ze szkoły i ich rodzinom), zawsze podsumowuje słowami: „No i co, nie pomógłbyś takiemu?!”, i dodaje, że Jezus kazał pomagać, więc tak trzeba. Z nauczaniem Jezusa łączy też zasadę, żeby nigdy nie wyrażać się o nikim źle − i jest w tym niebywale konsekwentna. A moja żona właśnie jej „zazdrości” prostoty wiary nieposiadającej skrupułów.

9. Uważam, że nie można po sposobie klękania lub odmawiania modlitw ocenić jakości czy głębi wiary. Nie można narzucać chłopskiej „odmianie” chrześcijaństwa (nie w znaczeniu pejoratywnym!) własnych kryteriów, nieadekwatnych do tejże pobożności.

10. Trzeba oczywiście odróżnić religijność ludności wiejskiej (mówię o wsi małopolskiej, ale z pewnością nie tylko w odniesieniu do niej tak jest) od miejskiej, której zdawkowy udział w liturgii wiąże się przeważnie z jakością wiary. Np. miałem okazję uczestniczyć w jednej z zagłębiowskich parafii w „zbiorowym chrzcie”. Podczas mszy chrzczono ok. 20-30 niemowlaków. Proboszcz występował w roli ponurego wodzireja: stojąc z boku prezbiterium, instruował lud Boży, jak w poszczególnych momentach liturgii ma się zachować. Jego narracja nie dawała jednak pożądanego efektu − ludzie zachowywali się jak wyrzuceni znienacka na środek sceny, co stwarzało efekt komiczny. Patrzono po sobie, kto kiedy klęka, wstaje. Istna „gąbrowiczowska szopka”, nijak nie przystająca do tego, co zastałem na wsi. 

11. „Niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa”. Metaforycznie odnosząc te słowa do sposobu przeżywania liturgii, odnajduję ich realizację w tzw. pobożności ludowej. Pobożności, wobec której pozostaję na zewnątrz, wychowany w duchu przeświadczenia, że liturgię trzeba „ograć” sobą, świadomie włączając ciało, ruchy (ze znajomością ich symboliki), że uczestnicząc w niej, wchodzę w inny czas, inną przestrzeń.

12. Niemniej jako chrześcijanin należący do tych, którzy starają się swoją wiarę kształtować świadomie, muszę przyznać, że jestem też świadomy swojego uwikłania w działania, których mój radar racjonalności nie wychwytuje, które należą do sfery „nieświadomości”. (Czuję to np. w konfrontacji z przyjaciółmi niebędącymi chrześcijanami, w ich reakcjach na mój sposób bycia, który okazuje się specyficznym odzwierciedleniem wiary, postawy człowieka religijnego, chrześcijańskiej kultury, w obrębie której wzrosłem.) Zdecydowanie cenię sobie tę niewiedzę. Myślę nawet, że ta sfera może najmocniej stanowić o mnie jako chrześcijaninie. Kto wie, może to ona pozwala mi na zapominanie o sobie, na czynienie dobra bez poczucia dumy, bez smakowania zasług. 

 

 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Mateusz Czarnecki

Absolwent Polonistyki UJ, zajmuje się redakcją książek. Mąż wspaniałej żony i tato czterech córek. Mieszka na wsi polskiej.