Nieliturgicznie w 99%, czyli o wiatrach i studentach dnia dzisiejszego

Jadąc metrem, myślałem o kwiatach, ale poczekają na wpis jeszcze dwa dni. Będzie o językach (ale niespodzianka...) i o studentach.

Kiedy bracia w nowicjacie pisali sprawdzian z czasowników łacińskich, przeglądałem jakiś liturgiczny śpiewnik, stworzony najwyraźniej ad hoc z kserówek z innych śpiewników. (I to jest ów 1% liturgiczny w niniejszym wpisie.) Uwagę moją przykuła mikroskopijna celtycka mandala, z wpisanymi w nią triquetrami, umieszczona przy jednej z pieśni. Niestety, zajęty jednocześnie czujnym inwigilowaniem piszących braci, z wrażenia nie zapamiętałem, jaka to była pieśń, i z jakiego śpiewnika pochodzić mogła. Może ktoś pomoże?

Po sprawdzianie zajęliśmy się nader interesującymi ćwiczeniami gramatycznymi, jak też lekturą rozmówek łacińskich z 10. wieku; obawiam się jednak, że dla większości czytelników ćwiczenia owe, polegające na rozpoznawaniu form gramatycznych, okazać by się mogły nad wyraz nudne, mimo iż przy ich okazji pojawiały się różne ciekawe wyrazy, jak np. nazwy rozmaitych trunków, i próby ludowej etymologii słowa ‘adwent’.

Łacinę zatem zostawmy i przejdźmy do gockiego. Zajęcia z tego języka odbywają się tylko i wyłącznie dzięki samozaparciu i dobrej woli czworga studentów z grupy początkowej, i dwóch, wspominanych już tutaj, studentek z grupy zaawansowanej. Z przyczyn nie do końca dla mnie jasnych, fundacja, która miała organizować kursy językowe, zrezygnowała z gockiego w tym roku. Dowiedziałem się o tym od jednej ze studentek, która z uporem wyciągała informacje od milczących władz fundacji. Dowiedziała się, między innymi, że kurs greki biblijnej będzie się odbywał, natomiast gocki ewentualnie może się zacząć w październiku 2010. Okazało się jednak, że studenci nie mają zamiaru czekać na rok 2010 i fundację, fundującą im już nie po raz pierwszy niespodzianki, i chcą się uczyć języka Wulfili. Zatem zorganizowaliśmy je całkowicie samodzielnie (na co ponoć fundacja nawet wyraziła zgodę [sic!], o czym poinformowała mnie znowu wytrwała studentka), udało się nam znaleźć salę, i mężnie uczymy się gockiego. Mężnie, ponieważ sala jest wielkości łazienki z bloku z lat sześćdziesiątych i jest dosyć duszna.

A skoro już o powietrzu mowa, to prześladowały mnie dzisiaj wiatry. Łacińskie i gockie. Na łacinie mieliśmy pomyślny wiatr z historii o św. Brendanie, na gockim wiatry z nieba (windos us himina), do których próbowaliśmy dopasować przymiotniki. Rzecz w tym, że przymiotników znają studenci jeszcze niewiele, więc ostatecznie skończyliśmy poetycko ze smutnymi wiatrami i smutnymi ptakami na niebie.

Aby jednak nie kończyć smutno, i nawiązać chociaż na 0.5% do adwentowej liturgii, dwa fragmenty z gockiego przekładu Ewangelii:
Fagino, anstai audahafta, Frauja miþ þus; þiuþido þu in qinom – tak mówi anioł do Maryi, w scenie zwiastowania.

A prorok Izajasz, z którego cytat pojawia się w trzecim rozdziale Ewangaelii według Łukasza, głosi: Jah gasaíhwiþ all leike nasein Gudis.

I na koniec – podziękowanie dla moich uczniów, i braci z nowicjatu, i miłośników gockiego, za to, że dzięki nim mogę się nieszpornie cieszyć z tego mijającego dnia.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Marcin L. Morawski

Marcin L. Morawski na Liturgia.pl

Filolog (ale nie lingwista) o mentalności Anglosasa z czasów Bedy. Szczególnie bliska jest mu teologia Wielkiej Soboty. Miłośnik Tolkiena, angielskiej herbaty, Loreeny McKennitt i psów wszelkich ras. Uczy greki, łaciny i gockiego. Czasami coś tłumaczy, zdarza mu się i wiersz napisać. Interesuje się greką biblijną oraz średniowieczną literaturą łacińską i angielską. Członek International Society of Anglo-Saxonists, Henry Bradshaw Society.