Niepojęta Trójco II – między tradycją a nowością

Nowy tom śpiewnika cechuje się w mojej ocenie doskonałą proporcją pomiędzy tym, co tradycyjne, a tym, co nowe. Można wręcz rzec, że jest to jeden z nielicznych przypadków, gdy jedno do drugiego wzorcowo prowadzi.

Mija już kilkadziesiąt lat od czasu, gdy wypełniając postulaty Ojców Soboru wyrażone w Konstytucji o Świętej Liturgii, dokonano w Kościele szeregu reform zarówno w formach jak i strukturach celebracji poszczególnych sakramentów i sakramentaliów. Niestety, mimo tych dziesięcioleci, jakie minęły, wiele słusznych zaleceń i nakazów nigdy nie znalazło odzwierciedlenia w życiu poszczególnych wspólnot parafialnych. Sporo z nich zapomniano, część źle zinterpretowano w bliżej nieokreślonym duchu dowolności uzasadnianej zwrotem-wytrychem: „duch soboru”. Wszystkie te elementy w świecie zachodnim ukazują generalnie obraz smutny. Jest on skutkiem kreowania i wprowadzania w życie nieautentycznej, całkowicie ego- i antropocentrycznej wizji nowej liturgii.

Współczesny świat – z jednej strony wysoce rozwinięty i technologicznie zaawansowany – staje się jednak coraz bardziej byle jaki. Staje się światem, w którym dominują atrapy i miraże, pozornie dobrze udające rzeczywistość. Codziennością stały się w naszych polskich kościołach tandetne szaty liturgiczne, sztuczne, z wprasowanymi wizerunkami osób nie będących nawet błogosławionymi, atrapy świec (w tym najbardziej karygodne plastikowe olejowonaftowe paschały), obrazy nie będące już nawet reprodukcjami, lecz zwykłymi plakatami i fotografiami, czy w końcu wyświetlacze tekstów liturgicznych rodem z kolejowego dworca głównego oraz zdalnie pilotem sterowany „organo-organista”.

Choć na wielu z tych zachwaszczonych pól podejmuje się obecnie nieśmiałe próby działań, mających prowadzić do normalizacji sytuacji, to istnieje dziedzina życia liturgicznego Kościoła w Polsce, która z racji tego, że wymaga osób wysoce kompetentnych, i to już na szczeblu parafii, ciągle jest bardzo zaniedbana. Jest nią muzyka kościelna, której poświęcono jedną z bardzo wczesnych (1967r.) instrukcji nieistniejącej już Świętej Kongregacji Obrzedów – Musicam Sacram. Istotnym powodem jest małostkowość, która sprawia, że nie zatrudnia się ludzi dobrze wykształconych, a w konsekwencji oczekujących godnego wynagrodzenia, zamiast nich przyjmując przeszkolonych w różnego rodzaju szkółkach organistowskich (a i to często nawet nie) kiepskich i tanich muzyków. Mamy więc pierwszą, nieliczną grupę muzyków wykształconych muzycznie na poziomie uniwersyteckim, którzy często z kolei są mocno na bakier ze znajomością liturgii, co uwidacznia się np. w dobrze repertuaru, i drugą, nieco liczniejszą, mających pewne pojęcie o liturgii (lecz również bez rewelacji), ale muzycznie naprędce „przyszkalanych” do zawodu organistów. Wobec takiej sytuacji, coraz większą rzadkością są ludzie mający solidne wykształcenie i zdolności zarówno muzyczne, jak i liturgiczne. Wynikiem tego jest, w odniesieniu do muzyki kościelnej, brak osób, które w poczuciu obowiązku wynikającego z realizacji osobistego powołania, w pokorze wobec nauczania Kościoła, czyniłyby starania, by święta Liturgia była sprawowana nie tylko w sposób ważny – ale również godny, piękny, autentyczny i dostojny.

W dziedzinie muzyki kościelnej taką pożądaną działalnością pochwalić się może Dominikański Ośrodek Liturgiczny, który wydał kilka lat temu pozycję „Niepojęta Trójco – Śpiewnik Liturgiczny”. Spotkał się on z licznymi i różnymi opiniami, od pełnych entuzjazmu pochwał, po zdecydowaną krytykę (wśród tych ostatnich znalazł się także mój własny tekst). Wszystkie one stały się podstawą długiej i publicznej dyskusji, jaka toczyła się na forach internetowych, w grupach dyskusyjnych i w niejednej zakrystii. Napisałem wtedy, w odpowiedzi na ripostę Agnieszki Myszewskiej-Dekert do mojego artykułu z „Anamnesis”, że nie jestem (…) „potępicielem” idei Śpiewnika, jego samego, ani działań DOL. (…) Moja krytyka wad służy w moim zamyśle temu, by zostały one poprawione (…). Cieszę się więc bardzo, że dzisiaj ten sam Ośrodek, nie tracąc zapału do pracy, zamierza przekazać nam II tom tegoż śpiewnika, który dowodzi, iż wyciągnięto bardzo wiele wniosków z tego, co stało się poprzednim razem.

Nowy tom śpiewnika cechuje się w mojej ocenie doskonałą proporcją pomiędzy tym, co tradycyjne, a tym, co nowe. Można wręcz rzec, że jest to jeden z nielicznych przypadków, gdy jedno do drugiego wzorcowo prowadzi. Znajdziemy tu bowiem zarówno chorał – jedyny własny śpiew Kościoła rzymskiego, dzisiaj zaniedbany i zapomniany, jak też pokaźny zbiór nowych utworów liturgicznych, które częstokroć wypełniają istniejące dotąd braki w dotychczasowych opracowaniach (chociażby melodia Męki Pańskiej wg. św. Jana na Liturgię Wielkiego Piątku).

Całość klasycznie otwierają propozycje części stałych – od dwóch tradycyjnych chorałowych śpiewów na pokropienie począwszy, przez szereg mszy gregoriańskich oraz podobną ilość nowych kompozycji, a skończywszy na całej mszy łacińskiej ku czci świętego Dominika. Już na pierwszy rzut oka widać, że Niepojęta Trójco jest śpiewnikiem, który będzie wymagający również dla osób mających dużą wiedzę liturgiczną. Rubryki bowiem nie dość, że są po łacinie, to wymieniają klasy świąt charakterystyczne dla nadzwyczajnej formy rytu rzymskiego. Cieszy to wszystko, gdyż ukazuje łączność między tymi dwoma formami. Osobiście podoba mi się również bardzo użycie notacji neumatycznej w jednej z propozycji polskiego tłumaczenia Gloria. Wbrew zastrzeżeniom, jakie miały do tego niektóre osoby, z którymi rozmawiałem o śpiewniku, trzeba powiedzieć, że takie postępowanie ma przecież swoje źródło w samym Mszale Rzymskim dla diecezji polskich, w którym nie tylko prefacje, ale i orędzie wielkanocne, oraz modlitwa poświęcenia wody w Wigilię Paschalną, choć są podane po polsku, to jednak z towarzyszeniem zapisu neumatycznego. Podobnie zresztą jest w przypadku modlitw błogosławieństwa nowożeńców, jakiego udziela się zwykle po Modlitwie Pańskiej. Propozycje melodyki do tych tekstów najnowsze wydanie stosownego rytuału podaje w tymże właśnie zapisie.

Ciekawostką kończącą pierwszy rozdział śpiewnika jest „ludowa msza” Boże Lud Twój, którą kiedyś, w co gorzej liturgicznie formowanych parafiach, wierni śpiewali, zwrotka po zwrotce, w miejsce określonych części stałych, które w całości (i prawidłowo) odmawiał jedynie sam kapłan z asystą. Choć postępowanie to miało swoją tradycję (której resztki niestety dzisiaj niekiedy widać, gdy ten czy ów „mądry” ksiądz, w okolicy Bożego Narodzenia, intonuje na mszy wraz z magicznym gestem rąk Gloria in excelcis Deo, po czym zamiast kontynuować ten czcigodny hymn zaczyna od razu Gdy się Chrysus rodzi), to jednak jest ona mocno niezgodna z duchem liturgii – i tej dawnej, i obecnej – gdyż wyłącza rzeczywisty udział wiernych. Obecnie powszechnie wykorzystuje się ze wspomnianej mszy zwrotkę na przygotowanie darów: Z rąk kapłańskich. Współcześnie poza nią do zastosowania nadają się jeszcze pierwsza zwrotka – na wejście, oraz zwrotki na komunię i na zakończenie (choć ta już tak nie do końca…). W śpiewniku została ta msza umieszczona zapewne z chęci zachowania jej całej treści historycznej. I słusznie – trzeba jednak zdawać sobie sprawę, jak można jej wybrane części współcześnie używać.

W rozdziale poświęconym psalmom responsoryjnym pewne kontrowersje będzie jak zawsze budziła ich wielogłosowość. Faktem jest, że miejscem wykonywania psalmu jest ambona lub „inne odpowiednie miejsce” (por. OWMR nr 61), które z kolei powinno być w miarę możliwości w prezbiterium tak umieszczone, aby umożliwiało uczestnikom liturgii widzenie wykonującego śpiew (nie powinien to nigdy być to chór, nie powinno miejsce, gdzie stoi cała schola czy komentator, nie wypada by był to kontuar; a najlepiej właśnie by była to ambona – dokładnie ta, z której wykonuje się czytania). Często jednak zarzuca się, że nie pomieści jednak ona wielu osób aby móc wykonywać psalm w wielogłosie. Same Wskazania Episkopatu Polski po ogłoszeniu nowego wydania Ogólnego wprowadzenia do Mszału Rzymskiego, podają (por. nr 14), że psalm powinna wykonywać jedna osoba (psałterzysta). Wydaje się jednak, że partie chóru – jeśli to tylko mormorando – mogą być traktowane jako akompaniament i wykonywane z miejsca, w którym znajduje się zespół śpiewaczy. Rozsądek podpowiada jednak, że jeśli ktoś będzie chciał tak te części liturgii wykonać (a więc w wielogłosie), musi przede wszystkim pamiętać, że wymagają one bezwzględnie świetnego przygotowania i bardzo dobrego warsztatu muzycznego. W przypadku psalmu responsoryjnego, jak w rzadko którym przypadku, lepiej by był wyrecytowany i dobrze (wyraźnie) słyszany przez wiernych, niż pięknie zaśpiewany, lecz w sposób taki, że słów zrozumieć się nie da. Ortodoksyjne spełnienie tego warunku wydaje się być jedyną sytuacją, w której te kompozycje (skądinąd piękne) można wykonać w wielogłosie. Może też dzięki tym wymogom nie spowszednieją i będą używane jedynie podczas dużych świąt?

Bardzo pozytywnie odebrałem umieszczenie w śpiewniku rozdziału zawierającego sekwencje liturgiczne. Niestety – co wzbudzało i nadal wzbudza moją dezaprobatę – Kościół w Polsce ograniczył się do jedynie dwóch obowiązkowych sekwencji: na Wielką Noc oraz Pięćdziesiątnicę. Bardzo dobrze, że pokazano i zachęcono przez ten śpiewnik do korzystania również z innych pozostawionych ad libitum sekwencji – bardzo wymownej sekwencji Dies irae z liturgii funeralnej (w tym na 2 XI), sekwencji na wspomnienie Matki Bożej Bolesnej Stabat Mater (która z kolei bardzo dobrze wpisuje się w polską pobożność maryjno-pasyjną) czy na Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa (zapomniany już i rzadko praktykowany ze względu na swoją długość Lauda Sion Salvatorem). Co szczególnie cenne, zaproponowano nie tylko polskie propozycje wykonania tychże śpiewów, ale również klasyczne melodie gregoriańskie.

Niemniej się ucieszyłem, gdy zapoznałem się z rozdziałem poświęconym pieśniom ku czci Matki Najświętszej. Wśród nich znajduje się „komplet” gregoriańskich antyfon na poszczególne okresy roku liturgicznego: adwentowo-bożonarodzeniowa Alma redemptoris Mater, wielkopostne Ave Regina Coelorum, wielkanocna Regina Coeli i w końcu, przepisana na per annum,piękna antyfona Salve Regina. Zwłaszcza gdy słyszę tę ostatnią, ogarnia mnie smutek, gdyż ta często niegdyś śpiewana w okresie zwykłym antyfona zniknęła dziś z polskich kościołów. Nie pomogło to, że ma ona polskojęzyczną wersję, z melodią analogiczną do gregoriańskiej. Dzisiaj niestety można ją usłyszeć już tylko na cmentarzach i to niestety w wykonaniu wołającym zazwyczaj o pomstę do nieba. Dobrze by było, aby wszystkie cztery – czy to w oryginale łacińskim, czy w polskiej wersji językowej – ponownie zajęły należne im miejsce w liturgii właściwych im okresów. Ich obecność w śpiewniku z pewnością temu sprzyja.

Mówiąc o chorale w omawianym śpiewniku trzeba też wspomnieć o pewnym ważnym szczególe. Otóż umieszczone w nim śpiewy chorałowe zostały w zdecydowanej większości zaczerpnięte ze skarbca muzyki charakterystycznej dla rytu dominikańskiego. Są więc one w wielu miejscach nieco odmienne od klasycznego chorału, jaki możemy spotkać w GradualeKyriale Romanum czy też w Graduale Simplex. Jest to istotny dowód na to, że dominikańskie środowisko pragnie nie zatracić własnej, głęboko zakorzenionej w tradycji tożsamości.

Skutkiem powyższego jest też zapewne umieszczenie w śpiewniku propozycji Wielkanocnego orędzia, którego słowa zaczerpnięto z obowiązującego wydania Mszału Rzymskiego, zaś melodię z mszału dominikańskiego (i wierzę tu na słowo autorom). Choć mam wątpliwości na temat prawnych aspektów jego zastosowania, to jednak jest to bardzo znacząca zmiana w porównaniu z Exsultetem proponowanym w pierwszym tomie, na którego temat już się uprzednio wypowiedziałem. Tutaj trudno powiedzieć, czy prawnie usankcjonowany tekst z melodią, również zgodną z prawem, lecz nie w połączeniu z tym właśnie tekstem, są aby na pewno wystarczające dla umożliwienia zastosowania takiej „hybrydy” w Liturgii. Z pewnością mają jednak umocowanie w tradycji i w pełni prawidłową treść.

Reasumując, chciałbym bardzo polecić nowo wydawany śpiewnik wszystkim wspólnotom liturgicznym, którym nieobca jest troska o Świętą Liturgię. Dla wielu zespołów śpiewnik ten będzie z pewnością wyzwaniem ze względu na często mocno tradycyjny, chorałowy repertuar. Życzę wszystkim, by odkryli piękno śpiewu chorałowego Kościoła, choć wiem, że nie jest to łatwe. Na pocieszenie i zachętę powiem jednak, że cenne jest tylko to, co wymaga pracy i przychodzi niełatwo. Warto podjąć ten trud.

Na koniec pozwolę sobie jeszcze podziękować Dominikańskiemu Ośrodkowi Liturgicznemu za przekazanie mi przed drukiem i wydaniem egzemplarza śpiewnika, na podstawie którego mogłem przekazać pewne uwagi autorom oraz opracować niniejszą recenzję. Mam też nadzieję, że niedługo będzie trzeba czekać na kolejne wydanie I tomu Śpiewnika – zrewidowane i poprawione.

Łukasz Wolański

Z archiwum autoraŁukasz Wolański – ur. 1985, autor arytkułu Śpiewnik liturgiczny „Niepojęta Trójco” – krótka analiza krytyczna, Biuletyn Komisji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów Episkopatu Polski „Anamnesis” 54(2008), s. 91-98, mieszka w Legnicy.

 

Niepojęta Trójco II

 

Zobacz także

Łukasz Wolański

Łukasz Wolański na Liturgia.pl

Chemik-biotechnolog. Pasjonat teologii, liturgista-praktyk. Czas dzieli między Legnicę i Wrocław. Szczęśliwie żonaty.