Niezobowiązujący

Chodził z marsem na czole. Tam i sam, dlatego spotykało się go często, wręcz codziennie.

Facet z torbą przewieszoną przez ramię. Torba prawie u kolan, więc on lekko przechylony na bok. Czarne, długawe włosy, łysiejący od czubka głowy, długa broda − filozoficzny typ. Zawsze w jasnoniebieskich dżinsach i katanie, które z czasem traciły wyjściowy kolor.

Często stał pod jadłodajnią „U Stasi”, prosząc o złotówkę na obiad. Z niewiadomych przyczyn nigdy nie pijany. Wiedział, gdzie stać, bo nie był to obskurny bar mleczny.

Mówił jasno. Nie żebrał, tylko zwracał się z prośbą. Bez narzucania, choć konsekwentnie. Głupio było ciągle mu odmawiać. Poza tym należał do ludzi niezobowiązujących.

Gdy uzbierał kilka złotych, kupował zupę, pierogi. Wedle zasad płacił przy wyjściu.

Wiódł dialogi z samym sobą − w tonie polemicznym. Roztrząsał jakieś sytuacje, więc nikt mu nie przerywał.

Chudł też, bladł i marniał. Przez jakiś czas z rozbitą głową. Potem mniej mówił, a więcej mamrotał, ale nadal trzeźwo, jakby rzeczowo. A potem to już go chyba nie było.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Mateusz Czarnecki

Absolwent Polonistyki UJ, zajmuje się redakcją książek. Mąż wspaniałej żony i tato czterech córek. Mieszka na wsi polskiej.