Nowe bukłaki dla Ewangelii i liturgii

Młode wino należy lać do nowych bukłaków (Mk 2,22)

Pozwoliłem sobie rozpocząć od jednego z moich ulubionych wersetów Pisma, nad którym od dłuższego czasu zastanawiam się, przy którym nawracam, zdumiewam się. Niniejszą recenzję (a może raczej esej) poświęcić chcę bowiem nie tylko czasopismu zatytułowanemu „Christianitas”, lecz również pewnemu zjawisku, które mnie również zdumiewa i zastanawia.

„Religia – kultura – społeczeństwo”. Pod takim sztandarem załoga „Christianitas” już od ponad dziesięciu lat próbuje zmieniać rzeczywistość. Próbuje zmieniać religię, kulturę i społeczeństwo. Choć słowo „zmieniać” nie jest tu najwłaściwsze. Redakcja woli posługiwać się terminem tradere, przekazywać. Każdy, kto zetknął się z tym czasopismem i tworzącym je środowiskiem, ma chyba wrażenie, iż najodpowiedniejszą „szufladką”, w której należałoby je umieścić, jest „konserwatyzm”. Inni określają ich mianem „tradycjonalistów”. Szanując wolę Redakcji i równocześnie rozumiejąc argumenty, na które się powołują, osobiście opowiadam się za tym drugim określeniem – „tradycjonaliści”. Czy to brzmi dumnie? Czy wraz z tym słowem nie przychodzi nam na myśl grupka starszawych panów, ewentualnie babć mówiących drżącym głosem: „tradycja rzecz święta”, dla których istniejące argumenty można wyliczyć na dwóch palcach: „zawsze tak było” i „nigdy tak nie było”?

Poniższy tekst będzie się składał z dwóch części. Pierwszą część chciałbym poświęcić szacie graficznej „Christianitas” – okazją ku temu jest radykalna zmiana wyglądu czasopisma, przygotowana z okazji jego dziesięciolecia. W drugiej części chciałbym się podzielić swoją refleksją na temat pisma i tworzącego je środowiska. Zacznijmy zatem od szaty graficznej.

„Christianitas” – moim zdaniem – od samego początku wyróżniała się wyglądem spośród innych czasopism o religijnym charakterze. Niewielki format, błyszcząca okładka, świetne reprodukcje i zdjęcia, charakterystyczna czcionka. Od pierwszego numeru „Christianitas” zachwycała mnie (i zapewne nie tylko mnie) swoją estetyką. Było to zasługą Pawła Kuli oraz Redakcji, którzy, przywiązując wiele uwagi do szaty graficznej, przekuwali w czyn słowa Akwinaty verum et bonum et pulchrum convertuntur. Poprzez piękno również przecież można mówić o Bogu. Zdają się o tym zapominać twórcy „Frondy” i „Czterdzieści i Cztery. Magazyn Apokaliptyczny” (o czym pisałem w poprzedniej recenzji), których czasopisma prezentują raczej „antyestetykę”, odpychającą duchowo – choć z pewnością przyciągającą wzrok. „Christianitas” nigdy, moim zdaniem, nie szukała tanich chwytów marketingowych – co kojarzy mi się z wieloma okładkami „Frondy” – lecz zachwycała i przyciągała pięknem, harmonią w każdym numerze, od okładki po ostatnią stronę.

Z tego właśnie powodu ze smutkiem przyjąłem radykalną zmianę szaty graficznej, dokonaną przez Zofię Herbich. Czyżbym i ja był konserwatystą i tradycjonalistą? Pierwszy rzut oka na okładkę sprawił, że poczułem nagle dotkliwy brak błyszczących, barwnych opraw „dawnej” „Christianitas”. Jednak wraz z upływem czasu i wzrostem ilości przeczytanych przeze mnie stron, smutek zmienił się w podziw i zauroczenie nową formą. Prawdą jest, że surowa i nieco broszurowa okładka nadal nie dorównuje w moich oczach poprzednim. Zaczynam jednak (a przynajmniej tak mi się wydaje) rozumieć intencję Zofii Herbich, która w pewien sposób uszlachetniła okładkę, przydając jej surowej patyny. Wnętrze numeru 43. powoli zaczyna przyćmiewać mi dawną szatę (która nadal pozostaje dla mnie niedoścignionym wzorem dla wielu innych „czasopism katolickich”). Pierwszą zmianą, którą zauważyłem i doceniłem, była rezygnacja z przypisów końcowych (bardzo niewygodne rozwiązanie) na rzecz adnotacji obecnych na każdej stronie – teraz przypisy znajdują się na marginesach tekstu. W ten sposób „Christianitas”, chyba jako pierwsza w Polsce, uzyskała tak charakterystyczny, poręczny element – gratuluję! Zakończę moją ocenę nowej szaty graficznej krótkim wnioskiem: „surowe piękno” – wydaje mi się, że ten epitet najlepiej określa obecny wygląd „Christianitas”. Oczywiście, czytelnikom zajmie nieco czasu przyzwyczajenie się do nowego, nie mówiąc o nieuniknionym nerwowym poszukiwaniu lakierowanej okładki pomiędzy dziesiątkami innych pozycji ułożonymi na półkach księgarń. Myślę jednak, że było warto. Konserwatyzm i tradycjonalizm, tak bliskie środowisku „Christianitas”, nie polegają przecież na kurczowym trzymaniu się tego, co stare i sprawdzone.

I tu pozwolę sobie przejść do drugiej części niniejszego tekstu – bardzo ogólnej, choć zarazem osobistej refleksji nad fenomenem czasopisma i środowiska „Christianitas”. Od wielu lat sięgam po kolejne numery: nieregularnie niestety, za to stosunkowo często. „Christianitas” była jednym z tych mediów, które poszerzały moje horyzonty i rozumienie Kościoła. Zabierając głos w trzech sztandarowych dla siebie obszarach: religii, kultury i społeczeństwa, wskazywała mi jeszcze jeden sposób interpretowania rzeczywistości, odnoszenia się do aktualnych zagadnień politycznych, tematów teologicznych, kwestii liturgicznych. I mimo że nigdy nie utożsamiałem się z optyką środowiska „Christianitas”, ani w kwestiach społeczno-kulturowych (sami twórcy kwartalnika określają się tu mianem „chrześcijańsko-narodowych konserwatystów”), ani w ich zamiłowaniu do liturgii w formie nadzwyczajnej, muszę i chcę określić się mianem swoistego „wolnego słuchacza” „Christianitas”. Liczne artykuły, dyskusje, nawet polityczna aktywność Marka Jurka – mimo tego, że niejednokrotnie rodziły we mnie wewnętrzną polemikę – uczyły mnie myślenia, otwartości na inne spojrzenie, umiejętności życia zgodnie z zasadą in necessariis unitas, in dubiis libertas, in omnibus caritas.

I na tym właśnie polega ta wartość „Christianitas”, która nie zmieniła się pomimo upływu dziesięciu lat od pierwszego wydanego numeru. Będąc daleko od uwielbienia dla mszału Jana XXIII, zapędów do jak najszybszej zmiany ustawowego kompromisu w sprawie aborcji, czy oskarżania pokartezjańskiej filozofii o spowodowanie upadku „cywilizacji chrześcijańskiej”, wciąż chętnie wracam do lektury „Christianitas”. W każdym kolejnym numerze znajduję coś prowokującego mnie do myślenia, dostarczającego mi nowych argumentów w prowadzonych przeze mnie dyskusjach, czy po prostu pozwalającego przyjemnie spędzić kilka godzin nad artykułami. Wspomnianych nieco wyżej pseudoargumentów licznych „tradycjonalistów” („bo zawsze tak było”, „bo nigdy tak nie było”) nie znajdziemy w żadnym numerze. Każda, nawet najbardziej ryzykowna teza, jest uargumentowana, ugruntowana w dokumentach Kościoła, filozofii tomistycznej, często w Biblii. Czasopismo niezmiennie od dziesięciu lat utrzymuje niezwykle wysoki poziom intelektualny.

Nie bez znaczenia dla mnie pozostaje także otwartość „Christianitas”. Z jednej strony, podejmowana tematyka – jak mi się wydaje – nie jest w żaden sposób cenzurowana, a wachlarz tematów jest naprawdę szeroki. Z drugiej strony wydaje mi się, że środowisku omawianego czasopisma obce jest to, co niekiedy nazywa się wojną międzypokoleniową. Paweł Milcarek, szef zespołu, potrafił się wycofać w momencie, w którym uznał, że środowisko dorobiło się już godnych go następców. Piotr Kaznowski, którego jestem prawie rówieśnikiem, został obecnie redaktorem naczelnym bardzo ważnego i opiniotwórczego czasopisma w Polsce, podczas gdy jego blisko trzydziestoletni koledzy z „Tygodnika Powszechnego”, „Newsweeka”, „Niedzieli” czy „Naszego Dziennika” mogą co najwyżej marzyć o własnym biurku w redakcji.

To wszystko – i o wiele, wiele więcej – pozwala mi myśleć o „Christianitas” w kontekście zacytowanych na początku słów Jezusa: „Młode wino należy lać do nowych bukłaków”. I w niczym nie przeszkadza mi to, że za nowe bukłaki dla „młodego wina” ewangelii Jezusa Chrystusa uważam przede wszystkim dokumenty i optykę przyjętą przez ojców Soboru Watykańskiego II. Od kilku lat mam nieodparte wrażenie, że również „Christianitas” jest „nowym bukłakiem”, zarówno dla ewangelii, jak i dla nadzwyczajnej formy rytu rzymskiego czy średniowiecznej Christianitas. Życzyłbym sobie, by wszyscy „tradycjonaliści” i „katolicko-narodowi konserwatyści” potrafili być tak roztropni i otwarci, jak „młodzi duchem” (a niekiedy również ciałem) autorzy „Christianitas”.

Ad maiorem Dei gloriam et ad multos annos!

Sebastian Gałecki

Autor Sebastian Mateusz Gałecki (ur. 1982) – filozof, doktorant Międzywydz. Instytutu Bioetyki Uniwersytetu Papieskiego w Krakowie, stypendysta National Institute for Newman Studies w Pittsburghu, teolog-amator, chrześcijanin, poczukiwacz pytań i odpowiedzi.

 

Zobacz także