O Francji, Polsce, mniszkach i mnichach.

Od zaskakującego pytania „na co Opatrzności taki Ruch Palikota, skoro nie potrafi ani zabić, ani wzmocnić?” zadanego przez Pawła Milcarka na jego profilu na FB rozwinęła się dyskusja o znaczeniu monastycyzmu w życiu kościołów lokalnych, którą podsumował ze swojej strony Tomasz Rowiński na stronach Christianitas.

I ja chciałbym dorzucić kilka słów. Zacznę od tego, że i dla mnie doskwierającym brakiem życia kościelnego w Polsce, jest fakt, że „nie istnieje w Polsce ani jeden mniszy klasztoru z prawdziwego zdarzenia, ani jedno silne opactwa, w którym toczy się życie wyłącznie dla Królestwa. Znaki tej wyłączności są proste. Jest to odłączenie, życie Bogiem w jego czasie, którego znakiem będzie cykl liturgiczny połączony z cyklem pracy według pór roku. Drugim znakiem jest równoczesne z “odłączeniem” bycie na górze. Dokonuje się to przez “wysoką” liturgię, pełną, nieustanną niemal, która sama w sobie jest niczym miasto “położone na górze”. Ona tworzy czas Boży dla tych, którzy “na dole” orzą coraz twardszą ziemię.&rdquo

Nie rozumiem jednak dlaczego autor, zastrzegł się, że owszem są klasztory żeńskie, że nie chce wyjść na mizogina, ale mniszki to drugi zakon i same z siebie zapewniają tylko officium divinum, ale w kwestii służby ołtarza zależą od zakonu pierwszego. Trzeba tu wyraźnie odróżnić pomiędzy klasztorem a opactwem. W Polsce są klasztory mniszek, ale nie ma opactw. A to opactwo zapewnia tą „wysoką” liturgię, niezależnie od płci jego mieszkańców. Mniszki w Polsce to głównie karmelitanki bose, klaryski, dominikanki. To żeńskie gałęzie zakonów żebraczych gdzie od początku liturgię postrzegano jednak inaczej. Chyba nie popełnię nadużycia, jeśli powiem, że nie przywiązywano do niej aż takiej wagi jak w zgromadzeniach żyjących wg reguły św. Benedykta. Dzisiaj sytuację dodatkowo komplikuje posoborowa reforma liturgiczna. Paweł Milcarek w swojej „Historii psałterza” nic o tym nie wspomina, ale chyba to nie jego zaniedbanie a reformatorów. Wydaje się bowiem, że podczas obu XX-wiecznych reform psałterza rzymskiego, nie brano pod uwagę, że tenże psałterz był podstawą modlitwy chórowej, klarysek od samego początku, a karmelitanek, jeśli się nie mylę, od reformy św. Teresy z Avila. Jeśli bowiem nawet przyjąć, a osobiście skłaniam się ku tej tezie, że księżom należało ciężaru brewiarza odjąć, zastanawia, że reformatorzy zdawali się nie brać pod uwagę, że ta pełniejsza, „cięższa” wersja psałterza służyła tez mniszkom. Jakkolwiek takie np. karmelitanki spędzają na modlitwie około 8 godzin dziennie to jednak nie sądzę, aby liturgia, posoborowe oficjum i eucharystia, zajmowała im więcej niż połowę tego czasu. Jednym słowem modlitwa polskich mniszek, to, by znowu użyć formuły T. Rowińskiego, liturgia „niska”, tak jak w podawanych przez niego za przykład Monastycznych Wspólnotach Jerozolimskich, od kilku lat goszczących w Warszawie. Oczywiście są w Polsce klasztory benedyktynek, mające prawny status opactw. Ich przetrwanie (choć te kresowe po ostatniej wojnie musiały się przenieść, to ciągłość wspólnoty została zachowana), to owoc reformy monastycznej rozpoczętej w XVI w., w Chełmnie nad Wisłą przez ksienię Magdalenę Mortęską. To fragment historii duchowej Polski, bliski mi choćby z racji geograficznych, niestety mocno zapoznany. Dzisiaj jednak klasztory benedyktynek, choć posługują się nieco bardziej rozbudowanym psałterzem, w układzie dwutygodniowym, nie różnią się specjalnie od klasztorów innych mniszek, które często nie mają budynku kościelnego z prawdziwego zdarzenia, dysponują jedynie mała kaplicą. Choć polskie benedyktynki mieszkają w starych opactwach, zbudowanych zgodnie z tradycyjnym układem, np. Żarnowiec, Sierpc czy Staniątki, nie zarządzają budynkiem kościoła. Ten należy do parafii. Siostry swoje nabożeństw odprawiają w kapitularzu.

Liturgie mniszek są więc często niedostępne dla wiernych z zewnątrz lub dostępne w bardzo ograniczonym zakresie, tylko podczas Mszy. Nie wspominając już o całym szeregu innych utrudnień. Klasztory sa często w środku większych miast, nie dysponują rozbudowana częścią gościnną, a już z pewnością nie ma w nich możliwości np. wakacyjnego goszczenia rodzin.

Sytuację Polski Tomasz Rowiński porównuje z Francją. Zostawmy na boku prowokacyjne stwierdzenie, że to kraj bardziej katolicki niż Polska. Wrócę do tej kwestii, a na razie zajmijmy się uzupełnieniem obrazu Francji monastycznej. Właśnie w kontekście opactw żeńskich. Te wymienione w omawianym tekście to klasztory mnichów. Rzeczywiście miejsca nadzwyczajne. Np. takie Randol, pierwsza fundacja Fontgombault. Zbudowana na skale, dosłownie ale i w przenośni, w latach największej posoborowej zawieruchy, w początku lat 70-tych, w wierności Kościołowi, Regule i duchowi liturgii. Owszem widać ślady „ducha” dziejów. Np. ołtarz główny jest umieszczony z czoła prezbiterium, ale na jego kamiennej podstawie wykute sa cytaty z Psalmów. Ściślej osiem cytatów, po jednym z każdej godziny kanonicznej. Tak jakby w skale chciano zakotwiczyć wierność integralnemu oficjum benedyktyńskiemu w czasach, gdy niemal wszystkie opactwa reguły porzucały prymę, często przy tym odchodząc daleko od tygodniowego rozkładu psałterza. Klasztor powstał opodal górskiej wioski, całkowicie opuszczonej. Mnisi zdołali wykupić większość zabudowań i z pomocą wielu przyjaciół odnowić domy na tyle, że dziś stanowią doskonałą bazę dla pobytu całych rodzin, nawet, a raczej przede wszystkim tych z licznym potomstwem, które mogą się tam cieszyć nieskażoną przyrodą i, niemal, niebiańską liturgią.

We Francji nie brak też jednak licznych opactwa mniszek, niekiedy w siostrzanym układzie z opactwem męskim: Solesmes, Kergonan, Barroux. Wydaję się jednak, że i te pojedyncze Jouques, Rosans nie maja kłopotów ze znalezieniem kapelanów sprawujących dla nich Mszę w duchu benedyktyńskim. Wszędzie w tych wymienionych miejscach liturgia jest łacińska i gregoriańska, w najważniejszych elementach – laudesy, msza, nieszpory dostępna dla gości z zewnątrz, celebrowana w kościele opackim. W tych wymienionych oficjum brewiarzowe jest sprawowane w sposób integralny, choć mszały bywają różne. Aby spełnić wymóg z Reguły dotyczący przyjmowania gości i żeńskie opactwa mają domy gościnne. Zarówno tzw. zewnętrzne jak i wewnętrzne. To drugie jest o tyle ważne, że pobyt tam umożliwia zawsze pełniejsze uczestnictwo w życiu klasztoru. Z oczywistych względów dla kobiet taki pobyt nie jest możliwy w klasztorach męskich.

Czy ten rozkwit uprawnia jednak do stwierdzenia, że Francja jest bardziej katolicka niż Polska? Zaznaczę dla porządku, że T. Rowiński cytuje to tylko jako opinie jednego ze znajomych. Sam stwierdza jednak, że sytuacja dowodzi kiepskiego stanu polskiego kościoła. Choć jak wspomniałem na początku i mnie czegoś brakuje, to jednak od tak ostrego sądu bym się powstrzymał. Może dlatego, że „poprawiaczy” w naszym kościele lokalnym nie brak, może dlatego, że intensywna odnowa i wzrost monastycyzmu we Francji w okresie ostatnich dwóch stuleci jednak nie powstrzymały procesu sekularyzacji, ale bardziej dlatego, że czasem myślę iż rzecz ma głębsze korzenie i może dotyczy czegoś niezbyt precyzyjnie określanego jako charakter narodowy? Otóż sądzę, że Polacy nigdy nie mieli nadmiernych skłonności do monastycyzmu benedyktyńskiego. W XVIII w. opactw benedyktynów było w Polsce bodaj dziewięć, sześć w Koronie (Tyniec, Sieciechów, Lubiń, Mogilno, Św. Krzyż i Płock, w tym okresie przeniesione do Pułtuska) i trzy na Litwie (Stare Troki, Nieśwież i Horodyszcze). W tym czasie Kongregacja Saint- Maur liczyła we Francji ponad pięćdziesiąt opactw, a jak doliczyć lotaryńską (osobną, bo powstałą jeszcze przed przyłączeniem tej krainy do królestwa Francji) kongregację Saint – Vanne, to doliczymy się siedemdziesięciu kilku. Różnica jest olbrzymia. Chyba nieco lepiej było u cystersów, nie znalazłem tu dokładniejszych danych, ale to jednak we Francji, w La Trappe zrodziła się reforma tego zakonu, która odnowiła gorliwość i przywróciła pierwotne cysterskie ideały. A ponadto pozwoliła mu zachować ciągłość przez okres tzw. wielkiej rewolucji.

A u nas, cóż chyba zawsze popularniejsze były zakony żebracze, by wspomnieć choćby karmelitę, księdza Marka czy po księdza Robaka, bernardyna, bohaterów wielkie literatury romantycznej.

Wróćmy do czasów współczesnych. Ja wiem, że opactwa nie buduje się ot tak: alleluja i do przodu.

Mała dygresja. Solesmes mając bodaj dwóch mnichów z Litwy, w klika lat zaledwie zdecydowało się na fundacje klasztoru na Żmudzi, w Palendriai. W rok później, w 1999 roku, Fontgombault wysłało grupę kilkunastu mnichów fundatorów do Oklahomy. Tylko to było grubo ponad 20 lat potem, jak pierwszy Amerykanin rozpoczął postulat. Przez ten czas było ich całkiem sporo. Nie wszyscy złożyli śluby wieczyste. Tych drugich było jednak na tyle dużo, że stanowili zdecydowaną większość założycieli klasztoru w Clear Creek. Dzisiaj jest samodzielnym opactwem i powoli kończy budowę kościoła opackiego i ma wcale liczne powołania. W Palendriai budynki opactwa zbudowano bardzo szybko. W ciągu czterech lat wszystko było gotowe i dokonano poświęcenia kościoła. Tylko liczebność wspólnoty nie rosła w tym samym tempie (inna rzecz, że na niedzielnej mszy konwentualnej, kościół był pełen, czego jako żywo w żadnym z opactw francuskich nie widziałem).

Przyjrzyjmy się naszemu eklezjalnemu mainstreamowi. Niecałe dwadzieścia lat temu, może pierwsza wschodząca medialna gwiazda wśród duchowieństwa, dominikanin Michał Zioło, rzucił wszystko i wstąpił do trapistów (dziś jest w Aiguebelle). Dość regularnie pisał o swoich doświadczeniach w miesięczniku „W drodze”. Nic mi nie wiadomo, żeby ktoś poszedł w jego ślady.

A cóż powiedzieć o polskim światku tradycjonalistycznym, w którym kręcę się już trzynasty rok, czyli tyle ile ukazuje się pismo Christianitas? Od początku pojawiały się tam teksty o monastycyzmie ilustrowane pięknymi zdjęciami z benedyktyńskich opactw, pielęgnujących dawniejszą formę liturgii. Pomimo to – nie marzmy o fundacji w Polsce. W żadnym z tych opactw nie ma choćby jednego mnicha Polaka. Więcej – chyba się nie mylę, że żaden Polak nawet nie odbył postulatu! Z drugiej strony już po Summorum Pontificum, czyli ledwie pięć lat temu liturgię dawniejszą zaczęło przyjmować oparte na duchowości franciszkańskiej zgromadzenie Franciszkanów Niepokalanej i proszę, już ma kilka polskich powołań. Bo coś jest w tym, że duszę sarmacka bardziej ciągnie do duchowości mendykanckiej.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Piotr Chrzanowski

Z wykształcenia inżynier mechanik, od dłuższego czasu z zawodu dyrektor. Mieszka pod Bydgoszczą. Mąż z ponad dwudziestoletnim stażem i ojciec dwóch synów w wieku licealnym.