O liturgicznej przyjemności – ad vocem

Dzięki Ojcze Marku za ten wpis! W naszym myśleniu o liturgii często jest coś dziwnego, a powiedziałbym nawet, że trochę przerażająco nieludzkiego. Takie rzeczy jak uczucia, zmysły, przyjemność itp. traktujemy podejrzliwie, jako coś niższego, gorszego, co trzeba w nieco policyjny sposób kontrolować.

Tkwi w tym swojego rodzaju platoński dualizm: ważne jest przede wszystkim to, co duchowe, intelektualne, idealne, to zaś co zmysłowe czy cielesne, no cóż, musimy to tolerować, bo inaczej się nie da, ale trzeba uważać, żeby przypadkiem nie zaciemniło nam "Misterium Chrystusa". Problem tylko polega na tym, że owo Misterium jest jak najbardziej cielesne, powiem więcej, jest o tyle duchowe, o ile cielesne.

Nie istnieje coś takiego jak doskonała, właściwie zróznoważona forma, która byłaby w stanie w adekwatny sposób objąć Tajemnicę Chrystusa. Siłą rzeczy tworzymy zawsze formy niedoskonałe i nie ma co liczyć, że kiedyś z tego etapu wyjdziemy. (Zresztą, co jest oczywiste, forma, którą za najlepszą uzna ktoś o skłonnościach bardziej ascetycznych czy kontemplacyjnych, będzie zasadniczo różna od tej, którą za najlepszą uznałby ekstrawertyk – ta subiektywność jest nie do przezwyciężenia.) Jednakże droga, którą, że tak powiem, aproksymatycznie zdążamy w kierunku Liturgii Wiecznej, musi być drogą ciała, jakkolwiek byłaby ona ciemna i zagmatwana. Liturgia jest zasadniczą przestrzenią, w której to, co cielesne, pozostając takie, coraz bardziej się oczyszcza. Żaden z aspektów bycia cielesnym, a więc także odczuwanie przyjemność, nie może być tu odrzucana, ponieważ w rzeczywistości stanowi tak samo integralny składnik człowieczeństwa jak umysł. Przesiąknięci dualistycznym intelektualizmem zbyt często o tym zapominamy… 

Ciekawe, że Platon, jakby nie było ojciec takiego podejścia, które, o czym trzeba pamiętać, znalazło w chrześcijaństwie gorliwych uczniów i propagatorów, tego poziomu cielesnego nie odrzucał, a przynajmniej włączał go w swoje ujęcie drogi do kontemplacji. Jej początkiem jest nagły moment zachwytu nad zmysłowym pięknem (dla Platona jego podstawowym obrazem było młodzieńcze męskie ciało), które budzi w duszy poczucie dojmującego braku, czy tęsknoty i każe jej poszukiwać jego pierwowzoru. Problem z ujęciem Platońskim jest taki, że dla niego ów pierwowzór nie ma już nic wspólnego z ciałem i rzeczywistością zmysłową. Zachwyt nad pięknem cielesnym ma paradoksalnie pozwolić oderwać się od poziomu piękna ciała, będącego marnością w stosunku do swojego wzorca. (Iluż teologów powieliło ten schemat?) Czy jednak tak samo powinno być w chrześcijaństwie?  


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Dekert

Tomasz Dekert na Liturgia.pl

Urodzony w 1979 r., doktor religioznawstwa UJ, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne. Autor książki „Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama” (WAM, Kraków 2007) i artykułów m.in. w „Teofilu”, „Studia Laurentiana” i „Studia Religiologica”. Mąż, ojciec czterech córek i dwóch synów.