O liturgicznej wyprawie na południe Polski

W ubiegłym tygodniu (14-17 maja) miałem przyjemność zrobić małe tournée na trasie Lublin – Kraków – Cieszyn – Bielsko-Biała – Warszawa – Lublin. Powodem były dwie konferencje dotyczące spraw liturgicznych, jedna w Krakowie ("Ex oriente lux"), druga w Cieszynie (prezentacja "Mszału wrocławskiego").

Etap pierwszy: „Ex oriente lux” – Kraków, 14 maja

W Krakowie wziąłem udział w konferencji o relacjach Wschodu i Zachodu „Ex oriente lux” na akademii Ignatianum. Tutaj można przeczytać o konferencji:

http://www.ignatianum.edu.pl/nauka/konferencje/ex-oriente-lux–relacje-wschodu-i-zachodu-na-przestrzeni-wiekow/o-konferencji

A na tej stronie jest m.in. link do dokładnego jej programu:

http://www.ignatianum.edu.pl/nauka/konferencje/ex-oriente-lux–relacje-wschodu-i-zachodu-na-przestrzeni-wiekow/pliki-do-pobrania

Program konferencji był, jak widać, bardzo szeroki, z całym wachlarzem zagadnień. Ja byłem tylko na części liturgicznej w czwartek po południu. Udział w tej konferencji zaproponowała mi jeszcze w lutym pani dr hab. Anna Zhyrkova z Ignatianum, organizator konferencji. Miałem tam swoje wystąpienie nt. wartości wschodniej liturgii z perspektywy rzymskiego katolika. Wskazałem na kilka zagadnień związanych zarówno z teologią liturgii jak i z praktyką celebracji, gdzie Zachód może się czegoś nauczyć od Wschodu. Podkreśliłem na koniec, że Zachód w swoim stosunku do Wschodu powinien unikać trzech błędnych postaw: alienacji („to są obce sobie tradycje, nie mamy sobie nawzajem nic do powiedzenia”), aroganckiego poczucia wyższości („my mamy pełnię, tradycja Wschodu jest zepsuta”) oraz kompleksu niższości („my na Zachodzie zatraciliśmy pierwotnego ducha liturgii, wszystkiego powinniśmy uczyć się od Wschodu, który robi wszystko lepiej”). Wystrzegając się ślepego imitowania, możemy w wielu istotnych sprawach przyjąć świadectwo wschodniej liturgii jako komplementarne wobec naszej tradycji, w innych z kolei możemy je przyjąć jako inspirację do lepszego zgłębiania źródeł naszej tradycji łacińskiej. Wysłuchałem jeszcze paru innych referatów, w tym bardzo ciekawego wykładu greckiego filozofa Sotirisa Mitralexisa, zachęcającego do otwarcia dyskusji w prawosławiu nt. rewizji praktyki wyświęcania na biskupów wyłącznie celibatariuszy.

Etap drugi: „Mszał wrocławski” – Cieszyn, 15 maja

Po Mszy świętej, śniadaniu i porannej kawie w miłym towarzystwie w Kolegium Jezuitów, pojechałem ekspresowym autobusem do Cieszyna, żeby w tamtejszej Książnicy Cieszyńskiej  (biblioteka publiczna) wziąć udział w prezentacji przechowywanego tam Missale Vratislaviense (Mszału wrocławskiego), wydrukowanego w Krakowie w 1505 roku, niezwykle cennego poloniku liturgicznego.
O całej sprawie można przeczytać poniżej, w tekście pani Jolanty Sztuchlik (kierownik działu zbiorów specjalnych Książnicy Cieszyńskiej), organizatorki tej sesji. Zachęcam zwłaszcza do uważnej lektury opisu samego Mszału wrocławskiego i historii jego identyfikacji przez Autorkę, co opisuje ona w dalszej części tekstu:

http://www.kc-cieszyn.pl/index.php/news,191/

Mszał wrocławski to jeden z diecezjalnych mszałów przedtrydenckich. Jest to więc jeszcze świadectwo liturgicznej różnorodności, oczywiście w ramach obrządku rzymskiego, istniejącego wówczas w wielości swych szczegółowych wariantów diecezjalnych i zakonnych.

Sesję otworzył o godzinie 17 występ chóru „Gloria” z parafii w Goleszowie. Potem po zagajeniu przez dyrektora Książnicy, p. Krzysztofa Szelonga, były trzy prelekcje. Najpierw była moja prelekcja wprowadzająca, na temat pochodzenia mszału jako księgi liturgicznej i historii mszałów w obrządku rzymskim do XVI wieku. Chodziło o zarysowanie tła dla części zasadniczej, jaką była potem prezentacja samego Mszału wrocławskiego. W drugiej prelekcji pani Jolanta Sztuchlik opowiedziała o pierwszych drukowanych mszałach na ziemiach polskich i o tym jak udało się jej najpierw odrzucić dotychczasową błędną identyfikację księgi jako Mszału gnieźnieńskiego z 1555 r., a następnie zidentyfikować ją jako Mszał wrocławski z 1505 r., czyli najstarszy mszał wydrukowany na ziemiach polskich. Księga jest uszkodzona, nie ma m.in. karty tytułowej, dlatego identyfikacja nie była oczywista, dojście do prawdy wymagało wręcz swoistego śledztwa. Kiedy potem po wszystkich prelekcjach były głosy z sali, widać było że wszyscy byli pod wrażeniem tej historii identyfikacji księgi. Wszyscy mogli się przekonać, że praca historyka, bibliotekarza czy archiwisty, która laikowi może się jawić jako nudne grzebanie się w starociach, jest tak naprawdę fascynująca i ma w sobie coś z pracy detektywa lub oficera śledczego. Mnie z kolei przypomniała się książka Nienackiego „Niesamowity dwór”, gdy Pan Samochodzik tłumaczy koleżance Wierzchoń i koledze Bigosowi, że do rozwiązywania zagadek historycznych konieczny jest duży zasób wiedzy. Prelekcja pani Sztuchlik była znakomitą ilustracją tej maksymy Pana Samochodzika – wielu przecież oglądało znaczek na literze „K” w wyrazie „Kyrie” i omijało go nie zwracając na niego większej uwagi, podczas gdy jest to znak krakowskiej drukarni Hallera i Hochfedera, stanowiący koronny dowód na to, że dotychczasowa identyfikacja księgi jako Mszału gnieźnieńskiego (wydrukowanego nie w Krakowie a w Moguncji) musiała być błędna. No ale żeby to odkryć trzeba było odpowiedniej wiedzy i kompetencji. Potem była jeszcze prelekcja pani Łucji Brzeżyckiej, zajmującej się konserwacją księgi. Księga bowiem przy bliższych oględzinach okazała się być w złym stanie, pilnie wymagającym konserwacji. Dlatego księgi nie można było pokazać w całości, część kart została zdjęta i jest w tej chwili w renowacji. Po ostatniej prelekcji i głosach z sali można było podejść do stołu i zobaczyć księgę z bliska. Ten konkretny egzemplarz Mszału wrocławskiego jest z innego jeszcze powodu ważny dla ziemi cieszyńskiej. Są w nim bowiem naniesione pewne odręczne zapiski z końca XVI i z XVII w., świadczące o tym, że był on przechowywany w parafii Strumień, o czym również można przeczytać w zalinkowanym powyżej tekście pani Sztuchlik.

Ponieważ przyszedłem do Książnicy wcześniej, mogłem jeszcze przed sesją trochę popatrzeć na księgę, oczywiście trzymając łapy przy sobie, niczego samemu nie dotykając i bardzo uważając, żeby nie zrobić czegoś à la Jaś Fasola z obrazem Matka Whistlera. Pani Jolanta pokazała mi karty z fragmentami ordinarium missae, z czego mogłem się zorientować, że co do modlitw i formuł jest to ordinarium bardzo bliskie temu z Mszału Piusa V, natomiast rubryki są jeszcze bardzo zwięzłe i skąpe. Wiadomo, że w rubrykach nieco późniejszych polskich mszałów przedtrydenckich zaznaczył się już wpływ Ceremoniału Jana Burkharda, ale Mszał wrocławski z 1505 r. jest jeszcze na to zbyt wczesny. Patrząc na formularze niedziel po Pięćdziesiątnicy, zobaczyłem, że niedziele te są nazywane „niedzielami po Najświętszej Trójcy”, a w formularzach mszy o świętych zobaczyłem typową dla mszałów przedtrydenckich obfitość sekwencji przed Ewangelią. Renowacja tego mszału potrwa jeszcze czas jakiś, ale mam nadzieję, że gdy już zostanie ukończona, będę mógł trochę ten mszał postudiować, interesuje mnie zwłaszcza ordinarium missae i jego dokładne porównanie z Mszałem Piusa V.

Tutaj znalazłem krótką fotorelację z sesji w Książnicy:

http://www.beskidzka24.pl/artykul,ratuja_500-letni_mszal,32868.html

Sesja skończyła się po godzinie 19, a że wieczór był pogodny, pozwoliłem sobie jeszcze na trochę turystyki i pospacerowałem po mieście, zwłaszcza że w przepięknym Cieszynie byłem pierwszy raz w życiu. Książnica Cieszyńska zarezerwowała dla mnie nocleg w pensjonacie na Górze Zamkowej. Na szczęście odległości między dworcem autobusowym, Książnicą, pensjonatem i rynkiem są tak niewielkie, że wszędzie mogłem poruszać się pieszo. Spacerując po mieście zobaczyłem parę interesujących muzeów, ale na zwiedzanie było już za późno, to zostanie na następny raz.

W sobotę rano poszedłem na Mszę świętą do kościoła św. Marii Magdaleny koło rynku i tam zetknąłem się z kolejnym wydarzeniem z cyklu „Wielkanoc i eschatologia”. Okazało się, że proboszcz tej parafii parę dni wcześniej zmarł w trakcie odbywania camino do Santiago de Compostela. Rozmawiając z wikarym, zakrystianinem i panią czytającą Lekcję mogłem współodczuwać z przeżywanym przez nich szokiem, gdyż była to śmierć tak samo nagła, jak wspominanego we wcześniejszych blogowych wpisach mego współbrata ks. Piotrka Smolińskiego.

Etap trzeci: Bielsko-Biała i Warszawa, 16-17 maja

Po Mszy świętej i śniadaniu w Cieszynie, pojechałem z kolei do Bielska-Białej, skąd po południu miałem bezpośredni pociąg do Warszawy, gdzie nie czekały mnie już żadne gościnne występy, tylko odwiedziny u Rodziców, i to w imieniny mego Taty. W Bielsku zostawiłem bagaż na dworcu i z kupionym planem miasta w ręku oddałem się na kilka godzin turystyce i zwiedzaniu kolejnego pięknego miasta, do którego trafiłem również po raz pierwszy w życiu. Nawiasem mówiąc, przypomniałem sobie, jak to dawno, dawno temu, kiedy miałem 17 lat, bardzo marzyłem o odwiedzeniu Bielska-Białej, mając po temu pewien baaardzo konkretny powód, po wakacjach nad morzem 😉 no ale na marzeniach się wtedy skończyło, a powód, powiedzmy, po pewnym czasie przestał być aktualny. Nieoczekiwanie po wielu latach okazja do odwiedzenia Bielska nasunęła się sama po drodze z Cieszyna, na spokojnie i bez związku z dawnymi młodzieńczymi zawirowaniami sercowymi 🙂  A Pan Bóg niech ma ją w opiece i błogosławi, gdziekolwiek dzisiaj żyje.

Bielska zupełnie dotąd nie znałem, spodziewałem się miasta przede wszystkim przemysłowego i muszę powiedzieć, że jestem pod dużym wrażeniem, to naprawdę bardzo ładne miasto. Niestety, nie mogłem zrealizować głównego punktu planu, jakim było zwiedzenie Muzeum Historycznego Bielska-Białej w Zamku Sułkowskich, gdyż pechowo tego dnia miało ono zostać otwarte dopiero wieczorem w ramach Nocy Muzeów, zadowoliłem się więc Muzeum Techniki i Włókiennictwa w Starej Fabryce. Potem nawiedziłem katedrę, pochodziłem po części staromiejskiej, w rynku zjadłem na obiad chyba najlepsze fish & chips w swoim życiu, na pewno lepsze niż te które jadałem kiedyś w londyńskich pubach. Potem już trzeba było iść na dworzec. Ponieważ jednak mam nadzieję na przyszłość na ponowny wypad do Cieszyna dla postudiowania Mszału wrocławskiego, może więc będzie jeszcze okazja na zwiedzenie Zamku Sułkowskich w Bielsku-Białej. Pociąg EIC „Klimczok” z lokomotywą EP09 na czele sprawnie przewiózł mnie do Warszawy, a w niedzielę wieczorem powróciłem do Lublina, zamykając czterodniowe tournée.

 

 

P.S. W autobusie Kraków-Cieszyn siedząca nieopodal mnie pewna pasażerka czytała książkę Wojciecha Sumlińskiego „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego”, głośno dzieląc się wrażeniami z lektury ze współpasażerką z sąsiedniego miejsca i mówiąc, że „O tych sprawach trzeba mówić głośno”. Jestem tego samego zdania, stąd mój niedawny wpis blogowy z 4 maja „Moje lektury: Wojciech Sumliński” i jeśli ktoś z czytających obecny wpis jeszcze tamtego wpisu nie widział, to dobrze zrobi jeśli zajrzy, a jeszcze lepiej jeśli kupi i przeczyta samą książkę.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Maciej Zachara MIC

Maciej Zachara MIC na Liturgia.pl

Urodzony w 1966 r. w Warszawie. Marianin. Rocznik święceń 1992. Absolwent Papieskiego Instytutu Liturgicznego na rzymskim "Anselmianum". W latach 2000-2010 wykładał liturgikę w WSD Księży Marianów w Lublinie, gdzie pełnił również posługę ojca duchownego (2005-2017). W latach 2010-2017 wykładał teologię liturgii w Kolegium OO. Dominikanów w Krakowie. Obecnie pracuje duszpastersko w parafii Niepokalanego Poczęcia NMP przy ul. Bazylianówka w Lublinie. Ponadto jest prezbiterem wspólnoty neokatechumenalnej na lubelskiej Poczekajce, a także odprawia Mszę św. w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego w rektoralnym kościele Niepokalanego Poczęcia NMP przy ul. Staszica w Lublinie....