O prowadzeniu sporów między duchownymi i laikami jak też między uczonymi i nieuczonymi w świętej teologii.

Wypowiedź tą zainspirowały dyskusja po ostatnim wpisem p. Tomasza Dekerta a także rozważania p. Marcina Morawskiego o wartości i użyteczności Internetu.

Ostatni Sobór Powszechny przyniósł (?) wielkie dowartościowanie świeckich.

Podobno przestali być wielkim niemową. Mieli się aktywnie włączać w życie kościoła: w liturgię, w ewangelizację, w prowadzenie doczesnych sprawa Kościoła. Uczona elita duchowieństwa pouczała w rozmaitych publikacjach prostych plebanów, że kapralskie metody zarządzania parafią nie będą już dziś skuteczne.  I nie bez racji. Nie będę przywoływał przykładów literackich sprzed stu albo i więcej lat. Mój ojciec, niespełna pół wieku temu, trafiwszy bezpośrednio po studiach do odległego miasteczka na tzw. ziemiach wyzyskanych, hen pod granicą z obwodem kaliningradzkim, był, nie licząc miejscowego proboszcza, pierwszym jego mieszkańcem mającym wyższe wykształcenie. Dziś w swojej parafii widzę na niedzielnej mszy całe mnóstwo lekarzy, inżynierów (z tego fachu rekrutują się jej nadzwyczajni szafarze Komunii św.), prawników, nauczycieli a nawet dyplomowanych muzyków, w tym wykładowcę z katedry muzyki kościelnej na pobliskiej Akademii Muzycznej.  Niewątpliwie więc z poziomem wykształcenia wiernych muszą się duszpasterze liczyć. Nie przez to, aby się im podporządkowywać, ale przez to np., żeby przyłożyć się do przygotowania kazania.
Myślę sobie jednak, że i ci kapłani przynależący do wyżej wspomnianej  elity, angażując się w swoja działalność naukową czy publicystyczną nie powinni popadać w ekskluzywizm, w zamykanie się w wąskim kręgu wtajemniczonych, do którego świeckich dopuszcza się tylko jeżeli ochoczo podejmą role potakiwaczy. I tutaj nie chodzi już tylko o sam poziom formalnego wykształcenia, ale o niesłychaną dostępność do źródeł wiedzy jaką daje Internet. Jeżeli uczeni duchowni zamiast uprawiać naukę , zajmą się uprawianiem ideologii czy publicystyki muszą się liczyć z tym, że ich tezy zostaną surowo zweryfikowane. A wtedy reakcję bywają różne. We wpisie p. Tomasza Dekerta pojawił się wątek polemiki między o. Blazą SI, a Piotrem Ochwałem alias Dextimusem. Czego by krytycznie nie mówić o KNO (myślę, że Dex powinien sobie często czytywać ten fragment Księgi Rodzaju, który mówi o pijaństwie Noego), tutaj akurat mamy rzucone przezeń na forum internetowym diecezji tarnowskiej pytanie o sposób pogodzenia decyzji uznającej ważność sakramentalną assyryjskiej anafory Adeusza i Mariego nie zawierającej tzw. narratio institutionis, z dogmatem mówiącym, że formą sakramentu eucharystii są słowa z ostatniej wieczerzy.  O. Blaza sam, nie wywołany stanął do pojedynku i mówiąc szczerze nie popisał się. Co interpretacji kanonu 927 i kluczowego słowa „nefas” poległ całkowicie. Co do reszty wdał się w dość nieprecyzyjne rozważania, które gdyby potraktować konsekwentnie musiałyby ostatecznie doprowadzić do wniosku, że i w Kościele istotna jest „prawda etapu”. Przy tak chwiejnej argumentacji Dextimus nie oparł się pokusie skoczenia do gardła. Mnie jednak szkoda, że ani o. Blaza, ani inny kapłan nie podjął się próby wyjaśnienia, tej pozornej, jak wierzę sprzeczności.  Kiedyś czytałem gdzieś, że zasada ecclesia suplet działa nie tylko w odniesieniu do braku jurysdykcji, ale i do pewnych braków formy czy materii sakramentu. Chodziło tam bardziej o święcenia, gdyż jak wiadomo, w kościele łacińskim panowało dość długo przekonanie, że ich materią jest wręczenie właściwych przedmiotów liturgicznych a nie włożenie rąk, jest więc możliwe, że wielu otrzymało święcenia bez tego ostatniego. Podobno podczas święceń Dom  Guerangera  biskup włożył nań ręce wskutek jego usilnego żądania.  W dekrecie rzymskim dostrzegam rozumowanie idące trochę w tym kierunku, ale też nie do końca. Ktoś mi pomoże? Czy o. Łukasz nie obrazi się jeśli go wywołam osobiście?
Ja osobiście też spotkałem się z bardzo nieprzyjemnymi reakcjami ze strony bardzo głośnego i uznanego kapłana, profesora KUL.  Jakiś czas temu, w reakcji na rzymskie polecenie skorygowania tłumaczeń formuły pro multis w tekstach modlitw eucharystycznych, w Tygodniku Powszechnym, osławiony ostatnio występem w TVN 24 Artur Sporniak wzniósł gorący protest wsparty autorytetem owego profesora. Poszperałem trochę po sieci i uznałem, że Panowie maja niewiele racji. W przypływie ekumenicznych uczuć opublikowałem więc w sieci dość spory artykuł. Link do artykułu wysłałem księdzu profesorowi. Z otwartą przyłbicą, z imieniem i nazwiskiem, z krótką informacją co robię, czym się zajmuję zawodowo. No i się zaczęło. Prawie żadnej argumentacji merytorycznej (ta która była, łatwo dawała się zbyć), za to pełno argumentów ad personam, włącznie z zarzutem, że to ja pisuję na profesora donosy „do najwyższej hierarchii” .  Ostateczni drugi swój mail zakończył okrzykiem „komu odpowiada KNW, niech się jej trzyma”.

Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Piotr Chrzanowski

Z wykształcenia inżynier mechanik, od dłuższego czasu z zawodu dyrektor. Mieszka pod Bydgoszczą. Mąż z ponad dwudziestoletnim stażem i ojciec dwóch synów w wieku licealnym.