O psach Pańskich i fajerwerkach

Chodzi, oczywiście, o domini-kanów. I o brak cenzury u tychże. I o fajerwerki, o których w oktawę Narodzenia Pańskiego pisał czcigodny Brat Dyrektor. I skoro to jest blog na portalu liturgicznym, to wypada, żebym i o liturgii coś w końcu napisał.

Wyznam, że na mszy w kościołach dominkańskich bywam sporadycznie, niemniej jednak zdarzyło mi się uczestniczyć i w liturgii dni powszednich, i w uroczystych celebracjach. Siłą rzeczy, moje doświadczenia są ograniczone do klasztorów warszawskich, chociaż kilkakrotne wizyty w Krakowie też pozwoliły mi się przypatrzeć owej chwalonej przez wszystkich liturgii "u dominikanów". Z góry więc uprzedzam, że moje opinie nie są – ze statystycznego punktu widzenia – całkowicie obiektywne, i proszę na mnie nie napadać od razu z widłami, kijami baseballowymi, mieczami świetlnymi etc., etc. Piszę, co widziałem, i co sobie przy tym myślałem.

W warszawskich klasztorach nie podobają mi się szaty liturgiczne. Ornaty są nieładne, i kolorystycznie, i tkaninowo. Poza tym, często się zdarza, że tylko główny celebrans ma ornat, a reszta stuły w kolorze nieokreślonym, za to we wzory, które kiedyś mi się kojarzyły z Williamem Morrisem, dopóki co bystrzejsza znajoma nie uświadomiła mi, że to raczej wzory z pasów kontuszowych. W Krakowie, przynajmniej na Wielkanoc, mieli całkiem przyzwoite ornaty, i w większych ilościach. Widać bogatszy klasztor.

Nie podoba mi się też – u niektórych przynajmniej braci kaznodziejów – sposób rozkładania rąk. Wiem, że to kwestia względna, obecnie mszał dokładnie nie określa tego gestu, i często dochodzi tu do głosu temperament danego księdza. Ale dosyć często u dominikanów widziałem dłonie rozłożone/wzniesione w geście, który sprawiał wrażenie "trzymaj się ode mnie z daleka", z rozcapierzonymi palcami. Co więcej, niektórzy próbowali mi wmówić, że rozkładają ręce w geście orantów z katakumbowych malowideł. Obejrzałem sporo takich malowideł, ale widać mówimy o jakichś innych freskach, bo takiego gestu, jaki widuję u P.T. OP – nie widziałem.

Skoro już wspomniałem o temperamencie, to warto zwrócić uwagę na sposób poruszania się. Często przy ołtarzu widuję młodych celebransów (np. moich dawnych uczniów), którzy poruszają się albo bardzo szybko, albo bardzo niechlujnie. (Albo i tak, i tak.) Niechlujnie, to znaczy w stylu, który mi się kojarzy z jakimś "kolesiem dresiarzem", czy może z koszykarzem na boisku. Chodzi o kołysanie się na boki i chodzenie na przedniej części stopy, trochę jak na palcach – nazywa się to jakoś fachowo, mówiono mi o tym na lekcjach wf, ale nie pamiętam – że tak właśnie koszykarze biegają. Taki trochę młodzieżowy chód, ale chyba niekoniecznie odpowiedni przy ołtarzu.

Dalej: bardzo, bardzo rzadko się zdarza, żeby celebrans (i koncelebransi) pochylali się na słowa "Jezu Chryste" w Gloria czy zakończeniu kolekty, albo na "i za sprawą Ducha Świętego" w Credo. Kilka razy specjalnie obserwowałem (i w rezultacie sam się nie pochylałem, parce mihi, Domine).

Przy koncelebrze nie podoba mi się jeszcze jedna rzecz: łamanie Chleba. Chór lub lud śpiewa (lub recytuje) "Baranku Boży", celebrans łamie Hostię, a potem obchodzi kolejno koncelebransów, rozdając im połówki Hostii. Agnus Dei już się skończyło (chociaż można ten śpiew przedłużyć, jeśli łamanie Chleba trwa dłużej), a tymczasem trwa rozdawanie Hostii. I potem coś, czego zdecydowanie nie lubię: każdy z koncelebransów ukazuje ludowi swoją partykułę, a główny celebrans mówi "Oto Baranek Boży". Potem każdy spożywa Ciało Pańskie na swoim miejscu, ale do kielicha już podchodzą do ołtarza. Czy nie byłoby sensowniej, gdyby tylko główny celebrans ukazywał Hostię, a koncelebransi podchodzili do ołtarza już po "Oto Baranek Boży" i tam przyjmowali Ciało i Krew Pańską?

Jak wspomniałem na początku, widziałem u dominikanów i liturgie powszednie, i uroczyste. Te ostatnie są rzeczywiście przygotowane, zwłaszcza od strony muzycznej, i, jak rozumiem, to jest to, co ludzi przyciąga i zachwyca. Jest dobrze wyszkolona schola, która pomaga się modlić nawet wtedy, jeśli ktoś nie potrafi włączyć się w śpiew (bo np., jak piszący te słowa, bywa u dominikanów sporadycznie). Jest piękna procesja na wejście, jest kadzidło, nawet homilia się dobra zdarzy. Ale msze w dni powszednie, takie np. poranne czy o 12, znajdują się na przeciwnym biegunie. I nie chodzi mi tu o brak scholi czy okadzenia, ale o częsty pośpiech i – jeśli tak można powiedzieć na podstawie tego, co widać – jakby znudzenie celebransów. O brak posługujących, w rezultacie czego czytanie i psalm są wykonywane przez celebransa, któremu często chyba nie zależy na tym, aby Słowo dotarło do ludzi. Mam wrażenie, że owszem, dominikanie dbają o liturgię, ale od wielkiego dzwonu; na co dzień zaś – może być byle jak. Fajerwerki od święta, w dni powszednie tylko niewypały.

Przyczepić się jeszcze mogę do różnych drobiazgów, jak np. brak okadzenia ołtarza przy nieszporach (nie jest obowiązkowe, fakt, ale jednak…); dziwne ustawienie świec względem ołtarza (tzn. strasznie daleko stoją i na Służewcu, i na Freta; w Krakowie na szczęście nie pamiętam); żenujące kazania typu "było ich czech: biały, czarny i czekoladowy" (chodziło o Mędrców ze Wschodu); różne dodatki do "Oto Baranek Boży" (chociaż to nie tylko u dominikanów się zdarza)… Pamiętam, jak w Krakowie przeżyłem szok, kiedy w Wielką Sobotę, wczesnym popłudniem, ołtarz był już nakryty obrusem i ozdobiony kwiatami. O nonszalanckim przesypywaniu Hostii po Komunii już kiedyś pisałem (i to też nie jest tylko dominikańska przypadłość).

Więcej fajerwerków i niewypałów nie pamiętam, za czepianie się bardzo przepraszam, i na wszelki wypadek pożegnam się z czytelnikami, gdyby jednak inkwizycja, pardon, cenzura działała, i jutro mnie tu nie wpuszczono.

A tak w ogóle, już pozadominikansko, to się zastanawiam, kiedy dotrze do nas wzór z Watykanu, i krzyż będzie stał na środku ołtarza, a nie z boku. Pewnie już nie dożyję…


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Marcin L. Morawski

Marcin L. Morawski na Liturgia.pl

Filolog (ale nie lingwista) o mentalności Anglosasa z czasów Bedy. Szczególnie bliska jest mu teologia Wielkiej Soboty. Miłośnik Tolkiena, angielskiej herbaty, Loreeny McKennitt i psów wszelkich ras. Uczy greki, łaciny i gockiego. Czasami coś tłumaczy, zdarza mu się i wiersz napisać. Interesuje się greką biblijną oraz średniowieczną literaturą łacińską i angielską. Członek International Society of Anglo-Saxonists, Henry Bradshaw Society.