O „śmietniczku” raz jeszcze

To jest postscriptum do mojego wpisu z 29 października 2016. Chciałem to napisać zaraz w listopadzie, ale wtedy akurat nastąpiła długa przerwa w funkcjonowaniu strony, a potem już o tym zapomniałem. Ponieważ przypomniałem sobie o tym dość nagle teraz, piszę o tym zanim znów zapomnę. Mój wpis miał bowiem nieoczekiwany i pouczający ciąg dalszy. Traktuję to jako studium przypadku.

Przypomnę w paru zdaniach o co chodziło w samym wpisie. Napisałem wtedy, że pod wpływem Mszy „trydenckiej” przyjąłem zwyczaj strząsania okruszyn Ciała Pańskiego z pateny do kielicha przed spożyciem Krwi Pańskiej (a nie po Komunii wiernych, podczas puryfikacji naczyń), co pewien szacowny liturgista z tytułem profesorskim był łaskaw kiedyś określić publicznie jako „robienie z kielicha mszalnego śmietniczka”. Ja natomiast uznałem, że tego rodzaju „robienie śmietniczka” jest czymś ze wszech miar stosownym i choć generalnie bardzo przestrzegam zasady, by nie przenosić do jednej formy liturgii elementów właściwych dla drugiej, to dla tej jednej sprawy robię wyjątek.

Okazało się potem, że mój wpis, dla mnie najnieoczekiwaniej w świecie, spowodował internetową burzę. Ja bym zresztą w ogóle nawet się o tym nie dowiedział, ale po paru dniach napisał do mnie pewien nie znany mi osobiście internauta, który, jak się okazało, zalinkował mój wpis u siebie na fejsbuku. No i wtedy „wybuchła wielka wojna i okrutna wrzawa„, że posłużę się słowami z pewnej zabawnej piosenki dla dzieci, czyli odezwali się polemiści. Internauta ów wkleił w swego maila fejsbukowe komentarze, żebym mógł je przeczytać. Przypomniawszy sobie teraz o sprawie, przeczytałem sobie tamtą korespondencję jeszcze raz (na ogół nie kasuję starych maili). Lektura była bardzo ciekawa i pouczająca. Dowiedziałem się, że takie oczyszczanie pateny przed spożyciem Krwi Pańskiej jest podważaniem dzieła Soboru i papieży, podważaniem prymatu papieża oraz lekceważeniem wiedzy i pobożności tych, co układali zreformowane obrzędy. Na koniec zaczęło już pobrzmiewać groźnie: „możemy nie przestrzegać prawa, ale musimy liczyć się z konsekwencjami„. Po namyśle zdziwiłem się, że nie padł zarzut grzechu przeciwko Duchowi Świętemu, a powinien, bo przecież podważyłem Sobór zwołany pod natchnieniem Ducha Świętego, no ale w warunkach bojowych można nie dostrzec wszystkich implikacji. W dyskusji odezwali się też ci, co postanowili mnie bronić, ale to była typowa niedźwiedzia przysługa, bo obrona poszła (zupełnie bez sensu) po linii kwestionowania kompetencji Consilium i, jakżeby inaczej, uczciwości mons. Bugniniego. Przysławszy mi to wszystko internauta pytał czy mógłbym się jakoś do tego ustosunkować. Wyłożyłem więc co o tym myślę, a internauta potem mnie zawiadomił, że zamieścił na fb moją odpowiedź i że ona zakończyła już dyskusję (swoją drogą, myślałem, że piszę odpowiedź prywatną tylko na jego użytek, ale mniejsza o to).

W sumie chwilowa burza w szklance wody, ale też epizod stanowiący pole do paru obserwacji.

Obserwacja pierwsza, pozytywna. W sumie jest coś dobrego w tym, że sprawy liturgiczne budzą żywą reakcję. Byłoby gorzej, gdyby po zalinkowaniu tego tekstu na fb jedyną reakcją było wzruszenie ramion i pytanie: „No ale o co w ogóle chodzi?

Obserwacja druga. Ta sytuacja unaocznia fundamentalną słabość dyskusji internetowych jako takich. Oto zaczynają niby dialogować ze sobą ludzie nie znający się nawzajem i nie mający ze sobą żadnej relacji. Nie mając ze sobą rzeczywistego kontaktu, bardzo łatwo zaczynają czytać wypowiedzi dyskutanta przez pryzmat swoich idei, a czasem zwykłych uprzedzeń, bardzo łatwo też uruchamiają się emocje. W efekcie coś co na początku miało być rzeczową dyskusją, niepostrzeżenie zamienia się w naparzankę chłopców z naszej ulicy (i dziewczyn czasami też) czy może wręcz w bijatykę w piaskownicy, tylko zamiast wiaderek i foremek w powietrzu fruwają dokumenty Kościoła, mszały, kielichy i monstrancje. Nie jestem ulepiony z innej gliny i sam chyba też bym się tego nie ustrzegł, więc od takich internetowych naparzanek trzymam się z daleka. Oczywiście to zdarza się nader często także „w realu”, gdy dyskutanci są wobec siebie twarzą w twarz, ale o wiele łatwiej o to w przestrzeni wirtualnej.

Obserwacja trzecia. Czytając tamtą dyskusję, nie mogłem wyjść z podziwu nad tym, jak monstrualne zarzuty można postawić z powodu tak drobnego „naruszenia” mszalnej rubryki, nie tylko nie powodującego żadnego zamieszania, ale wręcz chyba niezauważalnego dla nikogo w kościele w tym momencie liturgii. Można by pomyśleć, że skoro owi internauci wykazali się taką czujnością w tym przypadku, to z jaką dopiero gorliwością muszą reagować przy rzeczywistych nadużyciach liturgicznych? Poziom liturgii w ich parafiach musi być więc chyba idealny albo nawet jeszcze lepszy. To oczywiście żart. Mogę się oczywiście mylić, ale przypuszczam, że tym co faktycznie spowodowało wytoczenie dział kalibru ciężkiego, było hasło „Msza trydencka”, które się w moim wpisie pojawiło. Myślę, że reakcja mogła być trochę na zasadzie: „Uwaga, Trydent znów atakuje! Trzeba dać słuszny odpór„. Inaczej nie potrafię pojąć tak groteskowych zarzutów, jak kwestionowanie prymatu papieża. W dyskusji trzeba pamiętać, że jak się stosuje argumenty przestrzelone i nieadekwatne do sytuacji, wpada się po prostu w śmieszność i „pali się” to co rozsądnego i sensownego miało się do powiedzenia. W tym przypadku pewien polemista strzelając z ciężkiego działa spalił swój rozsądny głos na temat sensowności rubryki nowego Mszału o puryfikacji pateny, czego ja podważać wcale nie mam zamiaru. Uznaję jedynie, że rubryka „trydencka” jest jeszcze sensowniejsza, więc ją na swój użytek przyjąłem.

I tu obserwacja czwarta. Wg rozpowszechnionego stereotypu „tradycjonaliści” to jakby z definicji ludzie kłótliwi, czepiający się innych, legaliści, przewrażliwieni na punkcie najdrobniejszych nawet przepisów. Jak wyszło w tym przypadku – co koń jest, każdy widzi. Popis legalizmu w imię Soboru i reformy liturgii. Oczywiście nie zamierzam teraz odwracać tego stereotypu, raczej chcę na tym przykładzie pokazać jego bezzasadność. Niezbyt mądre postawy przytrafiają się niektórym zarówno po stronie „trydenckiej” jak „posoborowej” i nie mają one związku z formą liturgii jako taką.

Na koniec jeszcze jedno w kwestii przepisów. Jestem jak najbardziej za ich zachowywaniem. Kocham zdanie św. Stanisława od Jezusa i Maryi Papczyńskiego, założyciela marianów, że prawa i obrzędy Świętego Kościoła Rzymskiego należy zachować ze względu na miłość Boga (Norma vitae II). Kościół w swojej mądrości potrafi jednak uznać względny charakter swoich własnych przepisów. Kodeks Prawa Kanonicznego kończy się stwierdzeniem, że najwyższym prawem w Kościele jest zbawienie dusz. Konstytucje mego zgromadzenia zakonnego (a więc prawo regulujące życie całej mojej zakonnej wspólnoty) pod sam koniec zawierają paragraf informujący, że „Konstytucje same z siebie nie obowiązują pod grzechem”. Przepis nie jest świętością samą w sobie, ale stoi na straży wyższego dobra. Przepisy o puryfikacji stoją na straży czci wobec Najświętszego Sakramentu. Moja maleńka modyfikacja w duchu rubryki „trydenckiej” jest motywowana dokładnie tym samym i tylko tym. Inni moi bracia w kapłaństwie wprowadzają z pobożności cały szereg innych drobnych gestów, jak znak krzyża partykułą Ciała Pańskiego przy łączeniu Postaci, znak krzyża Hostią i kielichem przed spożyciem konsekrowanych Postaci, żegnanie się trzema palcami jak w liturgii wschodniej, na słowa „Oto wielka tajemnica wiary” wskazywanie na konsekrowane Postacie, na „Pokój Pański niech zawsze będzie z wami” wskazanie najpierw na Postacie eucharystyczne potem na lud (na znak, że pokój pochodzi od Chrystusa) itd. itd. – sam tego wszystkiego nie robię i nie popieram, ale żeby kogokolwiek z tego powodu oskarżać o Bóg wie co?

Wszystkim kościelnym bojownikom o przepisy polecam do lektury esej „Toast” C.S. Lewisa, będący swego rodzaju postscriptum do słynnych „Listów starego diabła do młodego”. Ważne jest zwłaszcza zakończenie, ale żeby je zrozumieć, trzeba przeczytać całość. Uważam, że jest to lektura obowiązkowa dla wszelkiej maści bojowników, obojętnie czy „trydenckich” czy „posoborowych” czy jakichkolwiek jeszcze innych.

 

P.S. Jeszcze na wszelki wypadek małe dopowiedzenie. Ten wpis posłałem do zamieszczenia na stronie jeszcze wczoraj, zanim ukazał się wpis o. Tomasza Grabowskiego. Od wczoraj mój wpis czekał „w poczekalni” na swoją kolejkę do zamieszczenia. Zaznaczam to na wszelki wypadek, żeby ktoś nie pomyślał, że mój wpis jest formą jakiejś pośredniej polemicznej reakcji wobec o. Tomasza w kwestii przepisów liturgicznych. Z jego stanowiskiem zgadzam się całkowicie, sam zresztą kiedyś pisałem o tym pseudoargumencie „Pan Jezus się nie obrazi”.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Maciej Zachara MIC

Maciej Zachara MIC na Liturgia.pl

Marianin. Rocznik 1966. Absolwent Papieskiego Instytutu Liturgicznego na rzymskim "Anselmianum". Ojciec duchowny Seminarium Księży Marianów w Lublinie. Prezbiter wspólnoty neokatechumenalnej na lubelskiej Poczekajce. Odprawia Mszę św. w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego w kościele Niepokalanego Poczęcia NMP przy ul. Staszica w Lublinie. Stała współpraca z miesięcznikiem "Oremus". Szczególne zainteresowania: historia liturgii chrztu i bierzmowania, rozwój obrzędów Mszy świętej, wzajemna relacja Mszałów Pawła VI i Piusa V.