O solistkach-wokalistkach, błądzących kaznodziejach i innych klęskach żywiołowych

Co jakiś czas doświadczam klęski żywiołowej w postaci mszy dla Sekcji Rodzin Klubu Inteligencji Katolickiej. Mimo wieloletnich badań, nie udało mi się znaleźć reguły, według której wybierane są niedziele na owe msze. Zdarza się więc czasami, że na taką mszę trafiam. Widząc przed kościołem tłumek, próbuję się ewakuować do katedry warszawskiej, ale niestety, zdarza się, że Sekcja Rodzin podstępnie wkracza do kościoła dopiero 3 minuty przed rozpoczęciem mszy (kiedy jestem w kościele od 20 minut, jeśli wcześniej do niego dotrę), i na ucieczkę jest już za późno.

Tak też zdarzyło się i dzisiaj. Na czym owa klęska żywiołowa polega? Na tłumie młodych ludzi tudzież dzieci (BARDZO proszę na mnie nie napadać, droga jolaosmax), z których znaczna część traktuje mszę jak towarzyskie spotkanie. Nie śpiewają, nie odpowiadają kapłanowi, półgłosem rozmawiają, chichoczą mniej lub bardziej donośnie, przychodzą w połowie mszy i na siłę wciskają się do zapełnionych już ławek, w których siedzą z plecaczkami koleżanki i koladzy, radośnie do nich machający…

Do tego dzisiejsze kazanie… Doskonały przykład tego, co Anglicy nazywają rambling. Rozwlekłe, rozlazłe, rozproszone, ot, takie włóczenie się tu i tam, bez celu i jakiejkolwiek myśli przewodniej. Pominę już fakt, że kaznodzieja, mówiąc o przymierzu opisanym w pierwszym czytaniu, nawet nie wspomniał, iż Pan zawarł je nie tylko z Noem, ale z wszelką istotą żywą, z całym stworzeniem, jak o tym wyraźnie mówi Księga Rodzaju. Próbował błysnąć znajomością greki, kiedy tłumaczył prośbę z Modlitwy Pańskiej – "nie wódź nas na pokuszenie". Próbował. Opowiedział historię z Dziejów Apostolskich (16:16-26), o niewolnicy opętanej przez ducha pozwalającego jej przepowiadać przyszłość. Z tej opowieści wynikało, że Paweł trafił do więzienia, ponieważ uzdrowił tę kobietę – owszem, ale nie chodziło o samo uzdrowienie, tylko o to, że właściciele niewolnicy stracili źródło dochodu; do takiej wróżki ustawiały się pewnie kolejki… Tuż przed błogosławieństwem usłyszeliśmy jeszcze dowcipną historyjkę, o proboszczu egzorcyście i jego kościelnym. Bardzo na miejscu. Przypuszczam, że celebrans nie odmawiał dziś oficjum czytań, albo też nie wziął sobie do serca słów hymnu, który nawołuje do oszczędniejszego używania słów i dowcipów (utamur ergo parcius verbis et iocis).

I jeszcze solistka-psalmistka. Nie wiem, czemu coraz częściej w kościołach można usłyszeć psalmy, wykonywane z reguły przez dziewczę (rzadziej przez chłopię) o wyraźnym zacięciu popowo-jazzowym. Może traktują udział we mszy jako szansę na sukces?

Panie, Boże mój, Tobie ofiaruję tę mszę, mój w niej udział, w zjednoczeniu z Męką Pana Jezusa, na intencję Ojca Świętego i naszej fundacji, i na zadośćuczynienie za moje grzechy. Amen.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Marcin L. Morawski

Marcin L. Morawski na Liturgia.pl

Filolog (ale nie lingwista) o mentalności Anglosasa z czasów Bedy. Szczególnie bliska jest mu teologia Wielkiej Soboty. Miłośnik Tolkiena, angielskiej herbaty, Loreeny McKennitt i psów wszelkich ras. Uczy greki, łaciny i gockiego. Czasami coś tłumaczy, zdarza mu się i wiersz napisać. Interesuje się greką biblijną oraz średniowieczną literaturą łacińską i angielską. Członek International Society of Anglo-Saxonists, Henry Bradshaw Society.