O szaleństwie wojny

Tytuł wpisu nawiązuje do niedawnych słów papieża Franciszka. Chcę tu opowiedzieć o pewnym niedawnym spotkaniu, jakie miałem, a które mi unaoczniło jeden z absurdów wojny, stawiającej naprzeciw siebie przypadkowych ludzi, którzy nic przeciwko sobie nie mają.

Do moich obowiązków ojca duchownego mariańskiego seminarium należy m.in. prowadzenie miesięcznego przygotowania kandydatów do wieczystych ślubów zakonnych (tzw. nowicjat wieczysty). W tym roku do ślubów wieczystych przygotowywało się dwóch seminarzystów z naszego seminarium w Lublinie, ale poproszono nas także o przyjęcie do nowicjatu wieczystego jednego mariańskiego seminarzysty z Ukrainy, tak by mógł on przeżyć swoje przygotowanie nie w pojedynkę a z innymi współbraćmi.

Walerego z Ukrainy wcześniej nie znałem. Jest to tzw. późne powołanie, ma on już ponad 50 lat. Za młodu oczywiście musiał odsłużyć wojsko w Armii Czerwonej. Był to akurat 1980 rok, Walery służył w wojskach pancernych i, jak opowiadał, byli szykowani do interwencji zbrojnej w Polsce. Jak wiemy dzisiaj, interwencja sowiecka nie groziła nam w 1981 roku, natomiast rok wcześniej jak najbardziej. Bardzo niewiele zabrakło, by mój dzisiejszy współbrat zakonny Walery wjechał jesienią 1980 roku do Polski w sowieckim czołgu jako agresor.

W 1980 roku miałem 14 lat i dzięki rodzinie byłem już odpowiednio uświadomiony politycznie. Mogłoby się zdarzyć, że z Walerym spotkalibyśmy się na warszawskiej ulicy. Dla mnie byłby on tylko anonimowym krasnoarmiejcem. Patrzyłbym na niego ze strachem, połączonym z nienawiścią i pogardą. I pamiętajmy jeszcze o nastrojach społecznych. O ile jesień 1981 to był czas społecznej apatii i zmęczenia (te nastroje były intensywnie wzbudzane przez władze w ramach przygotowań do stanu wojennego), o tyle jesień 1980 roku to był czas entuzjazmu na fali solidarnościowej odnowy. W takim kontekście sowiecka interwencja byłaby tym większym szokiem i bardzo możliwe, że wzbudzałaby akty oddolnego spontanicznego oporu. Kto wie, czy Walery nie oberwałby kamieniem albo czy by nie został potraktowany butelką z benzyną? Oberwałby raczej nie ode mnie, byłem na to zbyt bojaźliwy, ale wtedy cieszyłbym się z tego.

I tego samego człowieka, ówczesnego czerwonoarmistę, ja dziś spotykam jako dobrego, życzliwego i skromnego człowieka oraz jako mego zakonnego współbrata, z którym łączy mnie wspólne mariańskie powołanie. Mogłem mu też trochę pomagać w jego formacji do ślubów wieczystych.

Jeszcze jedno wspomnienie z sierpnia 1980 roku, które mi przyszło na pamięć przy okazji tego spotkania z Walerym. Wracaliśmy z rodziną do Warszawy z wakacji na działce w Wildze. Po drodze stanęliśmy przed przejazdem kolejowym na strategicznie ważnej linii kolejowej Skierniewice – Pilawa – Łuków, omijającej Warszawę od południa. Akurat przejeżdżał jakiś sowiecki transport wojskowy. W otwartych drzwiach jednego z wagonów towarowych siedziało trzech młodych czerwonoarmistów, jeden był skośnooki, inny z kolei wyglądał na Gruzina (był bardzo podobny do Griszy/Pressa z „Czterech pancernych”). Gruzin był roześmiany od ucha do ucha i radośnie nam pomachał. Siedzący za kierownicą mój dziadek (dawny AK-owiec, po wojnie odsiedział łagry w Workucie) aż się zatrząsł, a ja odruchowo machnąłem pogardliwie ręką w stronę Gruzina. Ale komu właściwie tak machnąłem? Nie wiem. Ten człowiek miał swoje imię i nazwisko, swoją historię życia. Kim jest dzisiaj? Czy żyje? Nie wiem nic. Zrobiłem pogardliwy gest wobec kogoś, o kim nie wiem zupełnie nic.

W tych dniach minęła 75. rocznica śmierci mego dziadka ze strony ojca, kpt. Tadeusza Zachary, oficera sztabowego 15 DP w Armii „Pomorze”, który zginął po bitwie nad Bzurą w czasie przebijania się przez Puszczę Kampinoską do Warszawy. Wiem z opowiadań rodzinnych, że kiedy żegnał się w domu, jadąc przed wojną do sztabu dywizji, powiedział takie słowa: „Przyjdą jacyś ludzie, których nie znam, do których nic nie mam i będziemy do siebie strzelali”. Absurd, który dostrzegał zawodowy oficer.

Antoine de Saint-Exupéry zginął w 1944 r. w czasie lotu zwiadowczego. Pilot Luftwaffe, który go zestrzelił, był miłośnikiem jego książek i był przerażony, jak się dowiedział, że być może zabił swego idola. Mówił: „Nigdy bym nie otworzył ognia, gdybym wiedział, że on jest w tamtym samolocie”. Również jego koledzy piloci z Luftwaffe powiedzieli mu: „Módl się, żeby się nie okazało, że to ty go zestrzeliłeś”.

Zaznaczam na koniec, że nie jestem pacyfistą. Pacyfizm to lewacka ideologia w służbie bardzo brudnych interesów, nie mająca nic wspólnego z Chrystusowym pokojem. G.K. Chesterton mówił: „Żołnierz idzie walczyć nie z nienawiści do tych, co stoją naprzeciw niego, ale z miłości do tych, którzy są za jego plecami”. Ale jednak ten absurd wojny pozostaje absurdem.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Maciej Zachara MIC

Maciej Zachara MIC na Liturgia.pl

Urodzony w 1966 r. w Warszawie. Marianin. Rocznik święceń 1992. Absolwent Papieskiego Instytutu Liturgicznego na rzymskim "Anselmianum". W latach 2000-2010 wykładał liturgikę w WSD Księży Marianów w Lublinie, gdzie pełnił również posługę ojca duchownego (2005-2017). W latach 2010-2017 wykładał teologię liturgii w Kolegium OO. Dominikanów w Krakowie. Obecnie pracuje duszpastersko w parafii Niepokalanego Poczęcia NMP przy ul. Bazylianówka w Lublinie. Ponadto jest prezbiterem wspólnoty neokatechumenalnej na lubelskiej Poczekajce, a także odprawia Mszę św. w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego w rektoralnym kościele Niepokalanego Poczęcia NMP przy ul. Staszica w Lublinie....