O sztuce debatowania

Dziś wpis nietypowy, o zupełnie innych sprawach niż zwykle. Przedmiotem wpisu jest pewna aktualna debata wokół niedawnych głośnych książek Piotra Zychowicza i Rafała Ziemkiewicza. Na końcu – może trochę za zasadzie „słoń a sprawa polska” – odnoszę się jednak także do liturgii.

Chodzi oczywiście o książki „Pakt Ribbentrop – Beck” i „Obłęd’44” Zychowicza oraz o „Jakie piękne samobójstwo” Ziemkiewicza. Od „zawsze” interesuję się historią, więc te pozycje, jak też toczona wokół nich debata, nie mogły nie zwrócić mojej uwagi.
Nie chcę tu recenzować samych książek, nie o to mi chodzi. W największym skrócie powiem, że zły byłem na Zychowicza, który wg mnie w swoich książkach podjął bardzo ważne tematy (czy należało w 1938/1939 odrzucać ofertę Hitlera a w 1944 wywoływać Powstanie Warszawskie) i całkowicie położył sprawę sposobem potraktowania tych problemów. W pierwszej książce bez sensu wdał się w strasznie naiwną historię alternatywną, kreśląc idylliczną wizję Polski jako europejskiego mocarstwa na gruzach ZSRS i III Rzeszy (nie wiem, może i była taka szansa, żeby historia potoczyła się akurat wg Zychowiczowego scenariusza, ale chyba najwyżej jedna na milion), a w drugiej utopił problem w zbyt felietonowym języku i zbyt oskarżycielskim tonie, w moim odczuciu zdradzającym brak szacunku dla ludzi o których pisze. Z tych powodów książek tych nie kupiłem, poprzestając na lekturze w empiku. Przestraszyłem się więc, kiedy Ziemkiewicz zapowiedział, że jego książka będzie jeszcze ostrzejsza i czekałem na nią trochę z góry uprzedzony. Jednak „Jakie piękne samobójstwo” to zupełnie inna jakość. To bez porównania poważniejsza i lepiej napisana książka, przy całej typowo Ziemkiewiczowej pasji publicystycznej, dająca do myślenia i stanowiąca dobry punkt wyjścia do rzeczowej dyskusji. Zgadzam się z tymi, którzy uważają, że jest to jedna z najlepszych publicystycznych książek Rafała Ziemkiewicza. Oczywiście nie przyjmuję jej bezkrytycznie, niektóre tezy są ryzykowne, niektóre dyskusyjne, czasem też autor podaje jako bezsporne fakty rzeczy nie do końca sprawdzone (np. kwestia agenturalności dyr. Kobylańskiego; Ziemkiewicz powtarza to chyba za ś.p. prof. Pawłem Wieczorkiewiczem, tymczasem o ile jest niemal pewne, że Sowiety miały przed wojną swoją agenturę w polskim MSZ, o tyle wcale nie jest udowodnione, że był to akurat Kobylański).

Tyle o samych książkach. Wpis dotyczy jednak bardziej dyskusji wokół książek. Chcę  zwrócić uwagę przede wszystkim na sposoby prowadzenia dyskusji i wypunktować trzy charakterystyczne zjawiska.

1. Meritum sprawy a emocje. Tu warto zwrócić uwagę np. na publicystykę dra Piotra Gontarczyka, którego ważnym zajęciem stało się od jakiegoś czasu bardzo emocjonalne komentowanie książek Zychowicza. Najnowszym bardzo wymownym tego przykładem jest tekst „W oparach obłędu” w 36 numerze „wSieci”. Skomentuję ten tekst porzekadłem: „Wart Pac pałaca a pałac Paca”. Jak Zychowicz utopił poważną problematykę w niepoważnym do niej podejściu, tak Gontarczyk utopił merytoryczną i uzasadnioną krytykę w emocjach.  W jego polemicznych tekstach jest takie nagromadzenie emocjonalnych sformułowań, bez przerwy czytamy o „cyrku”, „szambie”, „bluzgach”, „umysłowej mizerii”, „rewizjonistycznym szaleństwie”, „intelektualnej tandecie” aż w pewnym momencie ma się już dość czytania i chce się powiedzieć: „Facet, weź trochę ochłoń. Na drugi raz najpierw łyknij neospasminę albo wypij szklankę zimnej wody, a potem siądź do pisania”. Jego ostatni tekst można by równie dobrze zatytułować „W szponach obsesji”, bo trudno nie odnieść wrażenia, że Gontarczyk na punkcie Zychowicza po prostu wpadł w jakąś obsesję. I tak przy okazji, w swym ostatnim tekście dr Gontarczyk postanowił w pewnym momencie chyba dla dodania własnemu tekstowi powagi posłużyć się znanym przysłowiem po łacinie (właściwie po co po łacinie?), ale coś mu nie wyszło. Do historycznych „rewizjonistów” zwrócił się bowiem z zawołaniem: „Medici curate sum”. Panie doktorze, jak już brać się za łacinę, to przynajmniej poprawnie! Napisał Pan bowiem: „Lekarze leczcie jestem”. To zapewne miało być: „Medice, cura te ipsum” (Lekarzu, lecz się sam) albo „Medici, curate vos ipsos” (to samo w liczbie mnogiej). Może należało wypić drugą szklankę zimnej wody i spokojnie sprawdzić cytat?

2. Adwersarz w dyskusji czy wróg? Piotr Gontarczyk zajął się Zychowiczem, a przeciw Ziemkiewiczowi wytoczył armaty Wojciech Wencel, który dwa felietony w tygodniku „wSieci”, w maju i w sierpniu, poświęcił książce „Jakie piękne samobójstwo” (w tym sierpniowym z 33 nru, zatytułowanym „Pogrzeb Ziemniaka”, nawiązał też do tekstów Ziemkiewicza z „Do rzeczy”). Wencel rozprawia się z książką Ziemkiewicza ostro i efektownie, sęk w tym, że tak naprawdę nie formułuje ani jednego adekwatnego i dającego się obronić zarzutu. Zwalcza nie tezy Ziemkiewicza, a jedynie ich żałosne karykatury, które sam stworzył. Wbrew twierdzeniom Wencla, Ziemkiewicz ani nie odrzuca z zasady idei walki zbrojnej za Ojczyznę, ani nie kreuje nowego „panteonu bohaterów” składającego się z samych zdrajców i kolaborantów, nie porównuje Piłsudskiego do Wałęsy, nie twierdzi że sanacja była wyzuta z polskości itd. itd. Jak to możliwe, żeby znany człowiek pióra miał takie problemy z czytaniem w miarę prostych tekstów ze zrozumieniem? Wyjaśnienie przynosi sierpniowy felieton „Pogrzeb Ziemniaka”, gdzie Wencel stwierdza, że Ziemkiewicz, a także Zychowicz i Sławomir Cenckiewicz, zajmują się „opluwaniem duszy polskiej”. No i w tym momencie wszystko jasne. Polski publicysta opluwający polską duszę nie jest już adwersarzem w merytorycznym sporze, tylko po prostu wrogiem, i to wrogiem najgorszego gatunku, bo zdrajcą i renegatem, kimś bez porównania gorszym od wroga zewnętrznego. Taki wróg staje się niejako „wyjęty spod prawa”, z nim się nie rozmawia i nie dyskutuje, w niego wali się na odlew, nie przejmując się takimi akademickimi subtelnościami jak zasady rzetelnej dyskusji. Przykład tego mamy również w 36 numerze „wSieci”, w Wenclowym felietonie „Łuk zamiast pałacu”, gdzie Ziemkiewicz (wprawdzie nie wymieniony po nazwisku, ale aluzja do jego tekstu z „Do rzeczy” jest aż nadto czytelna) zostaje wprost nazwany głupcem, nie myślącym po polsku. Żeby było jasne: nie ma dla mnie żadnego problemu, że Wencel spiera się z Ziemkiewiczem, problem w tym, że sam Wencel zamienia ten spór w rodzaj bezwzględnej wojny plemiennej. Jego własna, romantyczno-mistyczna wizja polskości okazuje się jedyną możliwą i kto jej nie podziela, tym samym wyklucza się z grona polskich patriotów i przechodzi na „ciemną stronę mocy”. Dla mnie z kolei spór Wencla z Ziemkiewiczem to spór dwóch szczerych polskich patriotów, z których każdy ma coś ważnego do powiedzenia a jednocześnie żaden nie ma monopolu na patriotyzm. We wstępie do „Polactwa” Ziemkiewicz napisał tak (cytuję z pamięci): „Piszę, ponieważ obchodzi mnie mój kraj i to jak on wygląda. A wygląda tak, że rzygać się chce. I wiem dlaczego. I o tym jest ta książka”. Właściwie jest to motto wszystkich jego książek publicystycznych, z ostatnią włącznie. Tak na marginesie, w tymże „Polactwie” (czyli 10 lat temu) zostały niejako „w pigułce” sformułowane już wszystkie zasadnicze tezy książki „Jakie piękne samobójstwo”, tyle że bardzo skrótowo, w ramach dygresji i wątków pobocznych. Jest tu jednak pełna ciągłość poglądów. Dlaczego więc Wojciech Wencel zaatakował Ziemkiewicza dopiero teraz, zamiast robić to co najmniej od 10 lat, nie wiadomo.

3. „Komu to służy?” czyli „Stary niedźwiedź mocno śpi, my się go boimy…”. Jeden z ważniejszych argumentów wysuwanych przeciw historycznym „rewizjonistom” brzmi: „Nie mówmy o tych sprawach w taki sposób, bo to jest na rękę propagandystom w Moskwie” (albo: w Berlinie, albo: w „Gazecie Wyborczej” i tvn-nie, zależnie od kontekstu). Zarzut ten wysuwają różne osoby, m.in. prof. Andrzej Nowak, np. tutaj: http://www.youtube.com/watch?v=rq0MJA1avBg  Oczywiście pod względem kultury prowadzenia polemiki  prof. Nowak to absolutna klasa mistrzowska, co widać także w zalinkowanym filmiku, i mógłby on być wzorem dla każdego dyskutanta, ale muszę powiedzieć, że tego konkretnego argumentu nie jestem w stanie zrozumieć. Przecież antypolska propaganda Moskwy (lub jakakolwiek inna) zaistniała bez naszych „rewizjonistów” i bez najmniejszej ich pomocy ukuła już na nasz temat wiele kłamliwych propagandowych tez. Dlaczego granice naszych własnych debat ma wyznaczać strach przed czyjąś opinią? Dlaczego mamy sami się prewencyjnie cenzurować z obawy, że ktoś może zrobić z tego jakiś użytek? Jakbyśmy grali w „Stary niedźwiedź mocno śpi” i bali się, że jeśli o czymś będziemy rozmawiać, niedźwiedź się obudzi i nas zje. Nasze debaty nie obudzą niedźwiedzia, bo on już od dawna nie śpi, a jego apetyt też nie zależy od tego o czym rozmawiamy. Pamiętam taką starą piosenkę „Moja litania” (1980 r.), autorstwa barda Leszka Wójtowicza, fragment refrenu był taki: „Chcę tylko domu w twoich granicach / bez lokatorów stukających w ściany / gdy ktoś chce trochę głośniej zaśpiewać / o sprawach, które wszyscy znamy”.

Trzecia sprawa to kwestia doboru argumentu, ale dwie pierwsze dotyczą jakości dyskusji. Nie chodziło mi przy tym absolutnie o personalia, a o zjawiska. Nie mam nic przeciwko Piotrowi Gontarczykowi czy Wojciechowi Wenclowi, żadnego z nich nie znam osobiście, przywołałem ich teksty, ponieważ są to klarowne i aktualne przykłady opisywanych zjawisk. Naprawdę przykro, że to psucie debaty ma miejsce niejako w ramach jednej rodziny, niby po tej samej „prawicowej” czy „niepodległościowej” stronie. Nie chodzi mi o jakąś fałszywą jedność, debaty i spory są ożywcze i potrzebne, ale właśnie: debaty i spory a nie wojny. Na ironię zakrawa fakt, że ostatni atak Wencla na Ziemkiewicza nastąpił w felietonie dotyczącym petycji ws. postawienia w Warszawie łuku triumfalnego upamiętniającego Bitwę Warszawską. Tę ze wszech miar słuszną petycję zgodnie podpisali zarówno Wencel jak i Ziemkiewicz. Po kiego czorta toczyć wojnę z kimś, kto w sprawach zasadniczych stoi po tej samej stronie?

***

Tyle o dyskusji historycznej. Dlaczego postanowiłem te uwagi umieścić w ramach bloga liturgicznego? Ano dlatego, że dokładnie te same zjawiska można zauważyć także w sporach o liturgię, choćby w kwestii stosunku do liturgii tradycyjnej. I tu sprawa jest o wiele poważniejsza, bo tamta debata dotyczy spraw wprawdzie ważnych, ale tylko doczesnych, tu zaś chodzi o sprawy nadprzyrodzone i najświętsze, o samą Eucharystię, będącą sakramentem jedności Kościoła. A tu też po różnych stronach debaty zdarza się topienie meritum w emocjach, przekręcanie tez adwersarzy, wzajemne insynuowanie sobie złych intencji czy odmawianie prawa do nazywania się katolikami: z jednej strony są zacofańcy albo „wrogowie Kościoła”, którzy kontestują reformę liturgiczną, z drugiej moderniści, którzy zaakceptowali „masońską” i heretycką reformę liturgii. Mniejsza, gdyby chodziło tylko o jakichś nagrzanych internautów, ale tu popisują się także sędziwi księża z tytułami profesorskimi. Niejeden stateczny profesor, z którym miło się rozmawia, gdy tylko nagle dotknie się tematu liturgii „trydenckiej”, reaguje jak bohater „Upiornego twista” Wiesława Gołasa: „Twarz mi blednie, włos mi rzednie, psują mi się zęby przednie”. Zdarza się też autocenzura zakazująca powiedzieć lub zrobić czegoś, z czego druga strona mogłaby ewentualnie zrobić jakiś użytek: jakiś czas temu, przy okazji jednego mego wystąpienia, gdzie mówiłem m.in. o kwestii „orientacji” w tradycji liturgicznej, jeden ze współbraci przestrzegał mnie: „Nie mów czegoś co mogłoby dawać wiatr w żagle lefebrystom”,  odpowiedziałem, że powiem to co sam uważam za stosowne.
I analogicznie jak w tamtym sporze, jest to szkodliwa wojna w rodzinie i tak naprawdę po tej samej stronie. Napalonym uczestnikom tych wojen z obu stron barykady warto zadedykować zakończenie „Toastu” C.S. Lewisa.

Ale żeby skończyć optymistycznym akcentem, jutro kierunek Kraków, na VII edycję „Mysterium Fascinans”, jedno z miejsc, gdzie wspomniana wojna jest zażegnywana w zarodku.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Maciej Zachara MIC

Maciej Zachara MIC na Liturgia.pl

Urodzony w 1966 r. w Warszawie. Marianin. Rocznik święceń 1992. Absolwent Papieskiego Instytutu Liturgicznego na rzymskim "Anselmianum". W latach 2000-2010 wykładał liturgikę w WSD Księży Marianów w Lublinie, gdzie pełnił również posługę ojca duchownego (2005-2017). W latach 2010-2017 wykładał teologię liturgii w Kolegium OO. Dominikanów w Krakowie. Obecnie pracuje duszpastersko w parafii Niepokalanego Poczęcia NMP przy ul. Bazylianówka w Lublinie. Ponadto jest prezbiterem wspólnoty neokatechumenalnej na lubelskiej Poczekajce, a także odprawia Mszę św. w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego w rektoralnym kościele Niepokalanego Poczęcia NMP przy ul. Staszica w Lublinie....