O umarłych, którzy nie odchodzą

Pisałem już kiedyś, że 30 stycznia tego roku zmarł Bruce Mitchell, wielki filolog, oksfordzki profesor. Z jego książek i artykułów się uczyłem. Od kilkunastu tygodni do nich wracam, niektóre odkrywam na nowo, docieram też do tych, których nie znałem.

Nigdy prof. Mitchella nie spotkałem, znam go tylko z tego, co napisał. A przecież czuję, że jest mi bliski, że jest moim znajomym. Odczuwam jego humor, czytając przestrogi przed staroangielskimi horoskopami czy uwagi o „Beowulfie”, precyzję jego wypowiedzi na temat składni, pasję w wyjaśnianiu gramatyki czy pisaniu o kulturze Anglów, Sasów i Jutów. Modlę się za niego szczególnie, jak za bliską mi osobę.

Chciałem o tym napisać po Wielkanocy. Pan nasz sprawił, że napisać muszę nie tylko o nim. Chcę wspomnieć panią prezydentową Marię Kaczyńską. Również nie znałem jej osobiście, nigdy z nią nie rozmawiałem, widywałem ją tylko na ekranie telewizora. Raz tylko miałem z nią "bliższy" kontakt, kiedy stałem przy przejściu dla pieszych, a pani prezydentowa, w samochodzie, czekała na zielone światło. Spojrzałem na nią, poprawiała apaszkę na szyi, spojrzała na mnie – i się uśmiechnęła. Zastanawiałem się przez chwilę, skąd znam tę twarz – bo wiedziałem, że ją znam – i po kilkunastu sekundach doszło do mnie, że to była Maria Kaczyńska. Ten jeden uśmiech sprawił, że stała się moją znajomą, bliską mi osobą.

Nie interesuje mnie polityka, jest poza moim światem. Zupełnie mnie nie obchodzi, jakie partie reprezentowali ci, którzy zginęli pod Smoleńskiem, jakie były ich poglądy, zapatrywania, w co wierzyli lub w co nie wierzyli. Myślę po prostu o ludziach – a wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi. Czytałem dziś na zajęciach Horacego, który tyle razy wspomina o tej zadziwiającej równości wobec śmierci – wobec śmierci, dla której nie jest ważne nasze pochodzenie, wykształcenie, zdolności… Umiera człowiek – i to jest ważne. Umiera ktoś z tego samego rodzaju, co ja. Umiera ktoś, kto jest ze mną spokrewniony, bo ma tę samą naturę. I tę naturę przyjął też Chrystus. Tylko to się dla mnie liczy. Umarł człowiek, który się uśmiechał, który płakał, który kogoś i coś kochał, który był kochany, miał pasje, zainteresowania…

Dowiedziałem się, że przed domem prof. Mitchella, w Oksfordzie, rósł wielki eukaliptus – profesor pochodził z Australii. Dowiedziałem się, że jest odmiana tulipanów Maria Kaczyńska, wyhodowana specjalnie dla pani prezydentowej. Takie drobiazgi, pokazujące przecież, co lubili, co było ich codziennością, na co patrzyli.

Nasz Pan powiedział do Piotra, że bramy  świata zmarłych nie przemogą nigdy Kościoła. Do istoty bycia chrześcijaninem należy sprzeciw wobec śmierci – nie bunt, bo śmierć własną trzeba przyjąć w pokorze – ale sprzeciw wobec istnienia śmierci. Bóg nasz bowiem jest Bogiem żyjących, a nie umarłych.

Regem, cui omnia vivunt, venite, adoremus. Alelluia.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Marcin L. Morawski

Marcin L. Morawski na Liturgia.pl

Filolog (ale nie lingwista) o mentalności Anglosasa z czasów Bedy. Szczególnie bliska jest mu teologia Wielkiej Soboty. Miłośnik Tolkiena, angielskiej herbaty, Loreeny McKennitt i psów wszelkich ras. Uczy greki, łaciny i gockiego. Czasami coś tłumaczy, zdarza mu się i wiersz napisać. Interesuje się greką biblijną oraz średniowieczną literaturą łacińską i angielską. Członek International Society of Anglo-Saxonists, Henry Bradshaw Society.