Okres „jedwabnego sznura” – czyli czego dowiadujemy się ze starej kolędy

Często mówi się, że my, Polacy, możemy być dumni z naszych zwyczajów bożonarodzeniowych. Wymieniamy dzielenie się opłatkiem, choinkę, tradycyjne potrawy, śpiewanie kolęd, jak i chodzenie z nimi po domach.

Bardzo ważny jest dla nas również religijny wymiar Bożego Narodzenia, odbijający się od zsekularyzowanego charakteru tego święta, jaki widzimy w telewizyjnych czy filmowych migawkach z zachodniej Europy. Ów wymiar również podporządkowany jest tradycji: a więc naturalne jest pójście na pasterkę czy deklarowanie wstrzemięźliwości od mięsa i alkoholu w Wigilię (mimo że zostało to już dozwolone przez przepisy kościelne).

Jednak tajemnicą poliszynela jest fakt, iż wiele naszych zwyczajów bożonarodzeniowych nie pochodzi bynajmniej z dawnych czasów, lecz powstało lub wykształciło się w ciągu ostatnich stu lat. Największe przeobrażenia w doświadczaniu święta Narodzenia Pańskiego zaszły na wsi.

Jeszcze sto lat temu, gdybyśmy wyjechali na chwilę na wieś i wstąpili do któregoś z domów, by posłuchać kolędników, większość z nas nie rozpoznałaby pewno śpiewanych tam pieśni. Kolędy mówiły wprawdzie częściowo o narodzinach Jezusa Chrystusa, lecz równie często zajmowały się takimi sprawami, jak urodzaj w przyszłym roku, ilość dzieci, które mają się urodzić, zaloty do dziewcząt albo opowieści o pannie, która pije ze złotego kubka.

Jaki w tym sens? Przede wszystkim należy stwierdzić, że w kolędach ludowych, jakie dotrwały do naszych czasów, możemy mówić o falowaniu motywów chrześcijańskich i przedchrześcijańskich. Tradycja chodzenia po kolędzie wykracza daleko poza Słowiańszczyznę, niektórzy badacze twierdzą wręcz, że kiedyś była wspólna dla całej Europy. Na naszym obszarze kulturowym chodzono po chatach od dnia świętego Szczepana aż do święta Trzech Króli; równie popularne było kolędowanie w okolicach Wielkanocy. Cechę wspólną obu tych okresów stanowił fakt przełomu – przesilenia zimowego lub Nowego Roku (w tradycji ludowej rok zaczynał się na wiosnę), a więc czasu granicznego: to, co zamarło, winno się odrodzić; bogactwa, które się wyczerpały, winny zamienić się w dostatek; zima powinna ustąpić wiośnie; śmierć powinna stać się nowym życiem.

Bardzo ważny jest „zadaniowy” charakter tego myślenia. Czas przełomu był bardzo delikatnym czasem, w którym każde zaburzenie harmonii świata mogło skutkować katastrofą o charakterze kosmicznym. Natura stała przed niezwykle trudnym zadaniem odrodzenia się po zimie, a człowiek powinien jej pomagać poprzez odpowiednie zachowania oraz wypowiadane słowa. Jednym ze sposobów na to były zwyczaje kolędnicze.

Pewna kolęda, zapisana po raz pierwszy w Krakowskiem w 1840 r., rozpoczyna się od słów Hej nam, hej!:

Hej nam, hej! A na onej roli złoty płużek stoi,
a przy owym płużku cztery konie w cużku.
Na naręcznym koniu święty Szczepan siedzi,
a święty Jan im koniki wodzi.
A za onym płużkiem sam Pan Jezus chodzi.
Najświętsza Panienka śniadanko nosiła.
(…) A dajże tu, Boże, wszelakie zboże,
miedziane zdziebła, a złote kłosy.
(…) Gospodarzu, wynidź w pole,
co zobaczysz, wszystkie twoje.
A będziesz sobie chodził między kopeczkami,
a jak miesiączek między gwiazdeczkami.
Tobie Jezu chwała na wysokiej górze
i nam ludziom chwała na jedwabnym sznurze[1].

Zadaniem kolędników było „zaklęcie” rzeczywistości poprzez zwiastowanie jak największego, jak najbardziej fantastycznego urodzaju, który byłby udziałem całego świata. Dlatego też praca rolnika zostaje w tekście uświęcona przez obraz Jezusa, śś. Szczepana i Jana idących z pługiem oraz Maryi przygotowującej im śniadanie. „Płużek” jest w dodatku cały ze złota – jest to atrybut przewijający się przez wiele kolęd; jednak jego kolor może mieć pewne asocjacje ze słońcem, które w czasie Bożego Narodzenia było tak rzadkim widokiem.

Kolęda kończy się wizją pola pełnego snopków zboża niczym gwiazd na niebie i gospodarza przechadzającego się między nimi. Bardzo ważny wydaje się przy tym ostatni wers, w którym pojawia się motyw jedwabnego sznura. Jest to symbol łączności pomiędzy niebem a ziemią – więzi objawiającej się właśnie w ciągu tego uświęconego czasu Bożego Narodzenia, kiedy Bóg schodzi pomiędzy ludzi i pomaga w przetrwaniu najtrudniejszego okresu, jakim bez wątpienia była zima.

Lekcję, jaką wynosimy z odczytania starej kolędy, można podsumować w ten sposób: Boże Narodzenie zmieniło się z momentu kulminacyjnego w kalendarzu dorocznym – kiedy wszelkimi sposobami należy „pomagać”, „zachęcać” świat do odrodzenia się ze śmierci zimowej oraz liczyć na dostatni rok – w co? No właśnie, w co się ono zmieniło? W kolędach mówiących o Dobrej Nowinie Boże Narodzenie zostało wpisane w ciąg wydarzeń kosmicznych, dziejących się w czasie liniowym: od stworzenia świata, przez pojawienie się Jezusa Chrystusa, aż po dzień dzisiejszy.

Jednak takie myślenie o Bożym Narodzeniu było dla uczestników kultury ludowej nieoczywiste. Kościół długo edukował ludzi i starał się przekonać ich do swojej wizji świata – dobrze do tego celu nadawały się właśnie teksty kolęd chrześcijańskich, które oparte są na rewelacji, wieści o tym, że narodził się Jezus, który niesie dobro, i że od tej pory wszystko zmieni się na lepsze. Uczestnicy kultury ludowej łączyli ową wizję ze swoim rozumieniem momentu przesilenia zimowego, co znalazło odzwierciedlenie właśnie w kolędach.

Przeżywanie takiego święta miało już zupełnie inny charakter, jednak społeczności wiejskie jeszcze przez długi czas rozumiały je na obydwa sposoby.

[1]Polskie kolędy ludowe. Antologia, zebr. J. Bartmiński, Kraków 2002, s. 235-256 (zapis uproszczony).

 

Zobacz także