Osąd muzyki, osąd sztuki – czy to możliwe, czy to mi potrzebne?

Co jakiś czas pojawia się w różnych dyskusjach problem nieomylnych kryteriów obiektywnego piękna w muzyce (że niby nie istnieją!), a także kryteriów moralnej oceny muzyki (że niby muzyka jest moralnie obojętna!).

Przypominam tu mój dawny wpis, w którym chciałem się z tym problemem na swój sposób zmierzyć. Miłej lektury!

 

Któregoś dnia Bartolucci znalazł w pewnym kolorowym czasopiśmie mały artykulik p. A. Stelmacha, a w nim przeczytał zdanie o Hugonie Świętowiktorowym, który uważał że:

„Każda forma ma walor estetyczny w takim stopniu, w jakim – bezpośrednio lub pośrednio – kieruje ludzką myśl ku Nieskończoności, Doskonałości, Ideałowi. Dana rzecz jest piękna nie tyle przez to, że się nam podoba, ale przede wszystkim dlatego, że wskazuje na Boga. Prawdziwe piękno symbolizuje dobro; w konsekwencji prawdziwa sztuka symbolizuje moralność, czyli zgodność czynów ludzkich z porządkiem ustanowionym przez Stwórcę.”

– Zaraz odezwą się głosy, żeś zwolennikiem poglądu, że prawdziwe piękno nie może się podobać. – kwaśno skwitował ten cytat Lwie Ucho, a na to Bartolucciemu, ni z tego, ni z owego, przypomniała się relacja jednej z uczennic Chopina o swoim mistrzu, że:

„Chopin zdobywał uznanie dla swoich poglądów wcale nie pragnąc przekonywać.”

– Właśnie, czyli nie był przekonujący! – Lwie Ucho złośliwie raczył kontynuować swoją zabawę. Bartolucci zaś nie dawał za wygraną:

„Szczytem jest prostota. Po przezwyciężeniu wszelkich trudności, przegraniu tysięcy nut, dochodzi się do czarującej prostoty, stanowiącej najwyższy szczyt sztuki. Kto chce osiągnąć to od razu, nigdy do tego nie dojdzie, nie można zaczynać od końca. Nie jest to bynajmniej łatwe, trzeba studiować wiele, bardzo wiele, żeby dojść do tego celu”.

„Gdy jego młody i utalentowany uczeń Filtsch opanował był już pod jego okiem Koncert e-moll (op. 11), Chopin zabronił mu ćwiczenia na fortepianie, a do wykonywania tego utworu zalecił przygotować się przez post, modlitwę i odpowiednią lekturę…”

– A na koniec kazał mu grać klęcząc, he he. Tak właśnie odpowiedzą twoi dyskutanci. Daj spokój!

Bartolucci, widząc, że nic nie osiągnie harcując chopinianami, sięgnął po cięższą artylerię – encyklikę Sługi Bożego Piusa XII Musicae Sacrae Disciplina:

„Muzyka sakralna podlega tym samym prawom zasadniczym, które rządzą wszystkimi rodzajami sztuki religijnej a nawet – sztuki w ogóle, jako takiej. Niektórzy artyści, poważnie obrażając pobożność chrześcijańską, ośmielali się w ostatnich czasach wprowadzać do świątyń Bożych utwory pozbawione wszelkiego natchnienia religijnego i całkowicie sprzeczne ze zdrowymi zasadami samej sztuki. Politowania godne to stanowisko swoje usiłują oni usprawiedliwić osobliwymi wywodami, upierając się przy twierdzeniu, że wynika ono z natury i charakteru sztuki. Twierdzą mianowicie, że natchnienie, kierujące artystą, jest rzekomo niezależne – wskutek czego nie wolno go poddawać prawom i normom obcym sztuce, zarówno religijnym, jak i moralnym, gdyż miałoby to doprowadzić do podkopania godności sztuki, do zahamowania i skrępowania działalności artysty, kierowanego świętym natchnieniem.”

„Takim sposobem argumentowania porusza się sprawę niewątpliwie ważną i trudną, wiążącą się z wszelkimi przejawami sztuki i działalnością każdego artysty. Nie można jednak sprawy tej rozstrzygać na podstawie rozważenia jej wyłącznie z punktu widzenia sztuki i estetyki, lecz należy ją rozwiązać na podstawie zasady najwyższej: ostatecznego celu wszechrzeczy. Jest to bowiem święte i nienaruszalne prawo wytyczne dla każdego człowieka i wszelkiej działalności ludzkiej. Człowiek bowiem jest stworzony i skierowany do swego celu ostatecznego, którym jest Bóg. Jest to prawo oparte o samą naturą i nieskończoną doskonałość Bożą, a jest ono tak ścisłe i tak konieczne, że sam Bóg nie może w nim uczynić żadnego wyjątku To zaś odwieczne i niewzruszalne prawo stanowi, że zarówno sam człowiek, jak i jego czyny powinny uwidaczniać, ku większemu uwielbieniu i chwale Bożej, nieskończone doskonałości Boga i w miarę możności – naśladować Go. Dlatego też człowiek, którego przeznaczeniem jest osiągnięciem tego chwalebnego celu, powinien dostosować się do tego pierwowzoru swego i ku niemu kierować wszelkie władze swego ducha i ciała, naginając je ku ostatecznemu celowi, do którego dąży. W świetle tych zasad sztukę i jej utwory należy osądzać według tego czy jest zgodna i znajduje się w całkowitej harmonii z ostatecznym celem człowieka, gdyż bezsprzecznie sztukę należy zaliczyć do najszlachetniejszych przejawów ducha ludzkiego, jako wyrażenie za pomocą ludzkich środków nieskończonego piękna Boga i jako odbicie Jego obrazu.”

„Z tego powodu owo powiedzenie: „Sztuka dla sztuki” przy pomocy którego mylnie się twierdzi – bez liczenia się z wrodzonym każdemu stworzeniu celem – jakoby sztuka nie podlegała żadnym innym prawom, jak tylko tym, które z niej samej wypływają, to należy wiedzieć, że albo w ogóle nie ma sensu, albo ciężko obraża Boga, który jest Stwórcą i celem ostatecznym wszystkiego. Wolność zaś tworzenia dzieł przez jakiegokolwiek artystę nie jest bynajmniej jakimś ślepym instynktem, kierowanym jedynie dowolnością i jakąś tylko żądzą nowości – gdy przeto poddana jest prawu Bożemu, nie niszczeje, ani nie doznaje skrępowania, lecz raczej doskonali się i uszlachetnia.”

– … … – (to mówi Lwie Ucho, ale tylko dla potrzeb tego wpisu – żeby się już powoli kończył. W rzeczywistości powiedział: „No właśnie”).

A korzystając z milczenia Lwiego Ucha, Bartolucci ni z tego, ni z owego, znowu zacytował Chopina:

„Koncerty nie są nigdy prawdziwą muzyką i na pewno nie usłyszy się na nich tego, co najpiękniejsze w sztuce.”

– I dlatego właśnie nie chodzę na koncerty! – krzyknął z dołu Brat Horhe. Przyjaciele spojrzeli na siebie znacząco, obaj wiedzieli przecież z własnego doświadczenia, że na koncerty nie chodzi się dla przyjemności;)

***

A czy Ty, Łaskawy Czytelniku, wczytując się w nieśmiertelne frazy spisane ręką ojca świętego Piusa XII dostrzegasz, że i Twa aktywność w jakiejkolwiek dziedzinie, gdy zapomnisz o celu wrodzonym każdemu stworzeniu, może okazać się w ogóle bez sensu, albo ciężko obrażać Boga?

***

P.S.: W dodatku według mnie, katolicką racją stanu jest obrona przekonania, że w każdej dziedzinie ludzkiej działalności istnieją obiektywne kryteria oceny jej samej, a także jej przejawów – czy są dobre, prawdziwe i piękne. A to, że czasem trudno nam te kryteria zdefiniować powinno nas pobudzić do wytrwalszego wysiłku, a nie zniechęcić lub – co gorsza – sprawić, że zaczniemy lansować pogląd jakoby nie istniały.

 

Literatura:

A. Stelmach: Poprzez symbol ku Bogu. W: Polonia Christiana nr 16 (5/2010), s. 96.

J. J. Eigeldinger: Fryderyk Chopin. Warszawa 2008

Pius XII: Encyklika Musicae Sacrae Disciplina, 1955

(http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/pius_xii/encykliki/musicae_sacrae_25121955.html )

 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.
Osąd muzyki, osąd sztuki – czy to możliwe, czy to mi potrzebne?

Zobacz także

Bartosz Izbicki

Bartosz Izbicki na Liturgia.pl

Miłośnik wypowiedzi Msgr Domenico Bartolucciego, przyjaciel Jakóba (zwanego czasem Lwie Ucho) i Brata Horhe, z którymi przeżywa moc przygód