Pamela

Dziś moje tu wspomnienie Pameli Anderson. Chyba na wystawce gazet w sklepie widziałem niedawno jej zdjęcie. Właściwie nic o niej nie wiem. Ale to nieistotne. Pamela jest kimś, o kim nie mogę nie wspomnieć. Nie ma potrzeby mówić, kto to jest. Szczęśliwi, którzy o niej w ogóle nie słyszeli.

Skąd wiem o tej bladolicej istocie − nie pomnę. Jarmarcznej wiedzy nabywa się mimochodem i natychmiast staje się ona oczywista. Pewno wystarczyło zobaczyć miny szkolnych znajomków, którzy o niej napomykali, by domyślić się, czym to to pachnie. Krzyżyk, który na niej już wtedy postawiłem, miał wrócić do mnie bumerangiem. Także teraz, kiedy piszę te słowa.

Pamela pojawiła się więc w mojej jaźni jako kolejny fantom rzeczywistości pospolitej bujdy i przesytu. I czysto mechanicznie wsiąkła w moją pamięć medialną, gdzie trafia wszystko, czego nigdy nie chciałbym widzieć ni wiedzieć.

Trudno było ją traktować jako człowieka we właściwym sensie. To naturalne. Gdy ją pokazywano, to w tym pokazywaniu ona sama była elementem ubocznym. Ot, jedna z alegorii powierzchowności. Zresztą, nawet jeśli gdzieś-kiedyś zetknąłem się z jej własną wypowiedzią, nie ma wątpliwości, że była banalna jak nylonowy worek.

„Pamela Anderson” − te słowa oznaczały cały hałaśliwy orszak rozpasanych zachwytów wokół postaci o nieco przeinaczonej damskiej sylwetce. Wiązkę syntetycznych cech atrakcyjnych. Synonim taniego bogactwa i nudnego prestiżu.

Dosyć mi było, że w któreś wakacje spędzane w Krakowie każdy słup ogłoszeń zastałem ciasno oklejony plakatami zapowiadającymi film z jej udziałem. O matko! Krzykliwy makijaż, wyraz twarzy, jakby chciała kokietować wołu, i  pistolet w ręku, czy właściwie mówiąc − spluwa, czyhająca na mnie zaraz za rogiem, gdziekolwiek bym skręcał. Biedna moja pamięć.

Na tym wrzuconym do świadomości obrazku się nie skończyło. Ale rzecz zaskakująca: Pamela niespodziewanie wychynęła z mojego pamięciowego zsypu, a bezpośrednim powodem tego wydostania się był − noworodek.

Otóż krótko przed półmetkiem licealnych nauk moja koleżanka z klasy powiła córeczkę. Dosyć nieoczekiwane wówczas pojawienie się dzidziusia − tak dla znajomych, jak i, nieco wcześniej, dla nieznającej męża dziewczyny − na szczęście nie miało posmaku sensacji lub skandalu i szybko przestało budzić jakiekolwiek pytania. Zwłaszcza wobec nieodpartego faktu narodzin małej dziewczynki. Ale jej imię?

Nie, żaden z argumentów mamy nie był w stanie uzasadnić tego wyboru. Nikomu, rzecz jasna, nie przychodziło do głowy, by podważać matczyną decyzję. Niemniej kilka razy, gdy z zalęknieniem trzymałem to dzieciątko na rękach, jakoś głupio było mi zwracać się do niego: „Pamelko”.

W końcu przeszedłem nad tym, przełamałem się, przełknąłem. Imię to imię. A niech to wszyscy święci.

Ale, ale! Pamelę Anderson zapamiętałem też z rozmowy z tamtych lat. Między przyjaciółmi, w górach, przy posiłku. Pojawiła się w niej samorzutnie. Jako symbol sromotnej upadłości i żałosnego wszeteczeństwa. Kilkakrotnie przywoływana przez współbiesiadników, w końcu utkwiła mi w pamięci zdaniem jednego z nich: „Mimo wszystko gdybym zimą w górach znalazł wycieńczoną Pamelę Anderson, to oczywiste, że bym jej pomógł”.

I właśnie ostatnio zobaczyłem zdjęcie podpisane jej imieniem. Nie poznałbym: podobna do wszystkich naraz z kolorowej krainy gazet i programów, tylko − pewnie − nie do siebie. Błyszczące oblicze na kredowym papierze. Pamela Anderson.

A jednak mój apatyczny odbiór antenowo-kioskowego świata na chwilę został wytrącony ze zwykłej w takich sytuacjach bierności. Przecież to ona − patronka Pamelki! Tej, co dziś liczy sobie już − ho, ho − kilkanaście lat!

I która została bohaterką jednego dobrego zdania z dawnej rozmowy! Wtedy gdy niepostrzeżenie splotła się z myślą o miłosiernym Samarytaninie!

Z pewnością moja mimowolna życzliwość i krztyna bezinteresownej wdzięczności względem tej przesławnej modelki nie ma żadnego sensu. Ale to nieistotne, to nieistotne.

Szczęść wam Boże, pani Pamelo, szczęść wam Boże!


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Mateusz Czarnecki

Absolwent Polonistyki UJ, zajmuje się redakcją książek. Mąż wspaniałej żony i tato czterech córek. Mieszka na wsi polskiej.