Patrzeć i czytać – o znakach i treści w sztuce sakralnej

LalkaWnętrza naszych kościołów są różne, różnie się o nich mówi. Czy zachwycają? Coraz rzadziej. Dziwimy się, dlaczego jest byle jak, do tego stopnia, że forma „dewocjonalia” zaczyna w naszych głowach stawać się synonimem złego gustu i kiepskiej jakości.

Nic w tym dziwnego, bo gdy widzimy szyld z takim napisem, to prawdopodobnie poniżej ujrzymy witrynę z licznymi błyskającymi wesoło blaskiem złocistym i szklano-diamentowym przedmiotami o przeznaczeniu liturgicznym lub po prostu religijnym, religijności służącym. Zwykle – co przyznać trzeba ze smutkiem – nieładnymi.

Devotio to po łacinie między innymi poświęcenie, konsekrowanie, wierność, modlitwa i szacunek. W swym właściwym sensie więc devotio poprowadzi nas ku lepszemu zrozumieniu tego, co mamy okazję oglądać w kościołach i co podlega naszej ocenie, często niestety krytycznej. Czegoś nam brakuje, czujemy, że to nie tak powinno wyglądać i że chyba gdzieś zagubiony został sens i celowość. Że to wszystko coś powinno mówić, a nie mówi. Powtarza to, co było wcześniej, ale jak gdyby – bezmyślnie.

Zabawki w muzeum przy kościele NMP w Maastricht (Holandia)Zabawki w muzeum przy kościele NMP w Maastricht (Holandia)

A potem przychodzi konstatacja własnej bezmyślności i to, co już nic nie mówi, odrzuca się w imię prawdziwości i szczerości własnej. Szczerość i prawdziwość są bardzo ważne. Ale stając wobec zagubienia treści, warto treści szukać, a nie pominąć.

W pewnym mieście belgijskim, w pewnym klasztorze bardzo starym, choć ponownie zamieszkałym dopiero od roku, ornatu używa się tylko w niedzielę. W habitach chodzi się wtedy, gdy trzeba. A „gdy trzeba” ogranicza się do wnętrza kościoła. Nie śpiewa się części stałych mszy. Ani psalmu. Stare kościelne mury już dawno zapomniały, jak pachnie kadzidło. I pewnie trochę za nim tęsknią…

Gdzie szukać treści?

Co robić, by ją odnaleźć?

Lub – żeby zachować?

Nie będzie dla wielu zaskoczeniem, gdy powiem, że kluczem do naszych poszukiwań będzie historia. Bez historii nie istniejemy. Wyobraźmy sobie, że zapominamy o wszystkich dwudziestu wiekach chrześcijaństwa i sięgamy po Biblię. I co? Chwytamy się za głowę, bo naprawdę znalezienie analogii między tym, co oglądamy na co dzień w kościele, do którego zwykle chodzimy, ma się w swej zewnętrznej formie nijak do tego, o czym czytamy w Piśmie Świętym. A to ten sam Kościół – wciąż i niezmiennie. Dlatego potrzebujemy historii i pamięci o niej. Historia pozwala prześledzić poszukiwania, starania wielu, by było jak najpiękniej, jak najwłaściwiej; pozwala dostrzec błędy i trudności. Które wypada nam zaakceptować, bo jak wiemy, to wciąż ten sam – nasz – Kościół. Zaakceptować błędy znaczy tutaj przyjąć do wiadomości i wyciągać wnioski, by błędy też prowadziły ku lepszemu.

Dlatego wspólnie spróbujmy zakopać się w archiwach, muzeach i starych zakrystiach, odkurzyć kielichy i dalmatyki, korporały i kustodia, poduszki, kapy, obrusy, baldachimy, a przy okazji też pogryzione przez korniki ramy obrazów, fragmenty tkanin niewiadomego pochodzenia czy naczynia dziwne, dziś przecież nie używane. 

W duchu devotio, czyli szacunku dla tego, co służyło dawniej i służy obecnie modlitwie, co jest konsekrowane, czyli właśnie – poświęcone celom religijnym, pochylimy się nad tym, co stare i nad tym, co nowe. Po to, by nie umknęła treść, i by znaki, którymi Kościół do nas mówił przez wieki i chce mówić nadal – nie pozostały puste.

 

Zobacz także