Perspektywa

Przed domem mam północ, a wokół inne strony świata. Wszystko w miarę swojskie, chociaż czasem trąci nieskończonością. Nie kusi mnie ta nieskończoność. Ani wielkie podróże. Nie lubię globtroterstwa. Ale bardziej od podróży nie znoszę podróżników. Od turystki ‒ turystów.

Podróże kształcą, zmieniają. To wielka przygoda przybyć do dżungli lub do kurortu. Dżungla to nie kurort, ale mniejsza o to. Można tam obejrzeć fantastycznie odmiennych ludzi. Ich zwyczaje godne programu telewizyjnego i lektury na dobranoc. Turystyczna ciekawość świata jest obrzydliwa jak łakomstwo. Turyści‒truiści. Podróżnicy. Pod różnymi pozorami i z najrozmaitszych pobudek podbijający świat. Ta ich nieważka wszędobylskość i nieumiarkowanie w przestrzeni. Kolonizatorzy z ducha, niosący w oczach ekspansję, której sami nie widzą, ich pacyfistyczna obecność z daleka huczy wojną.

Na północ ode mnie jest Morze Bałtyckie. Największe ze znanych mi mórz. Za morzem są nasi sąsiedzi. Czy są rzeczywiście nasi? I czy sąsiedzi? Nawet swoi bywają nie nasi, ba, sam też od czasu do czasu jestem jakiś nieswój. Skąd więc mniemanie, że tamci są nasi? Odseparowani morzem, granicami. Czy separację można jeszcze nazwać sąsiadowaniem? Tu i ówdzie granice zostały otwarte. Otwarte, nie otwarte, zmienne czy niezmienne, kurczowo trzymają się map. Jasno wyznaczają strefy sąsiedzkiej obcości. Administracyjne podziały, umowy, konwencje. Pewniejsze od prawd objawionych. I o niebo ważniejsze.

Tak jak i waluta. Kapryśna bogini. Waluta, Waluta. Wystarczy kilka razy powtórzyć. Składamy jej ofiary, by była stabilna. Taki nasz rodzimy bałwan. Wielki, pożądany. „Waluta, Walucie”. Ale nieegzotyczny. Niegodzien literatury podróżniczej. „Tubylcy oddają hołd słupkom, które pokazują kurs Walutowy”. Jaki jest kurs euro, dolara? Kurs na mieliznę. Dryf w stronę chaosu.

To bardzo stabilny i konsekwentny kurs. (Ile jeszcze potrwa?) Nic nowego. Ameryki nie odkryłem. I mam nadzieję, że nigdy nie odkryję. Marzę o tym, by jeszcze choć raz Ameryka została nieodkryta.

Na moment bądźmy nierozsądni. Przyjmijmy na chwilę, na jedną naszą współczesną doczesność, to, jak jest: ład świata zależy od giełdy, od tego jak stoją finanse. Ale nawet moja mała córka wie, że finanse nie stoją, bo nie mają nóg. Finanse to bajka o kopciuszku i złej macosze. Widmo nędzy i bogactwa, miraż sprawiedliwości, której nikt nigdy nie widział. A w rzeczywistości to strach na wróble. Mimo iż cenniejsi jesteśmy niż wiele wróbli, boimy się go i na chwilę, na jeden moment musimy się bać.

Zaraz przed drzwiami, nad podwórkiem, zaczynają się przestworza. Sklepienie niebieskie, z tak rzadkiej materii, że na jego stworzenie potrzeba było całego kosmosu, by pozostało szczelne i nie wyciekła z niego historia wszechświata.

Łuny samolotów, huczą i dymią jak smok. Najwięcej ich widzę na zachodzie. Pod gasnące światło dnia. Na zachodzie jest cywilizacja zachodnia. Wielka kultura, która i mnie udzieliła głosu. Ze swojej gliny ulepiła wyobraźnię. Linie lotnicze rysują wykresy: rosnący dobrobyt ‒ spadająca demografia. Przy czym demografia to kultura, w której rodzą się ludzie, narody liczne jak piasek na brzegu morza. Na pustyni.

Właściwie na północ i na południe, a nawet na wschód też mamy zachód, tyle że trochę inaczej zachodzący. W Szwecji wytwarzają tradycyjne środki do impregnacji drewna. Naturalne. W Szwecji naturalny jest materiał budowlany, lecz odrzuca się prawo naturalne. Naturalna jest smoła drzewna, ale nie płeć.

Wschód jest na prawo ‒ niby jak zawsze. Białoruś ‒ jezioro o smolistej, zamulonej toni. Rezerwat natury, która nie wie, że jest naturalna, skansen dwudziestego wieku. Sowiecka bieda i carski przepych ‒ tężejący w oddali, w powietrzu od wschodu. Widmo nędzy i mocarstwa. Przestrzeń o kołchoźniczym rozmachu.

Wschód. Co słychać na giełdzie papierów wartościowych i nieruchomości? Nic pewnego. Same wahania. Dlatego trzeba przejść do czynów. Pierwsza zasada ekspansji: nieruchomość jest ruchoma. Spiszmy to na papierze i przypieczętujmy wojskiem. Wartości są umowne jak granice. Więc papiery też mogą być wartościowe. Z papieru sporządźmy sturublówkę. Ze sturublówki zróbmy statek origiami. Daleki wschód uczyńmy bliskim. Bliski wschód ‒ naszym wschodem. Wypłyńmy. Jaki jest kurs rubla? Kurs na zachód. Czyli wszędzie. W stronę naszych wysp szczęśliwych. Raf koralowych, na których można się rozbić raz na zawsze.

Na południu jest inny klimat. Ludzie są tam chyba bardziej przyzwyczajeni do demonów południa. Chociaż to demony wszystkich stron świata. Najpierw Czechy i Słowacja. „Tutaj” położone za górami. Mniej zrujnowane po wojnach, za to bardziej zsekularyzowane niż my. Taki stereotyp. Rześki stereotyp ‒ z Czechami i Słowacją uzupełniamy się. W swoim cieniu jesteśmy nawzajem bezpieczni. Dalej na południe rośnie temperatura, zmienia się szata roślinna. Stroje kąpielowe nad morzem kwitną okrągły rok. Jak na zdjęciach. Czerwone wino Egeru, Croatia, Bulgarija, ciepłe kąpieliska, uśmiechnięte hotele. Dziewicze Karpaty i burdele miejscowego wyrobu. Dary biura podróży. Urlopowa bryza, zew wakacyjnych wycieczek.

Jednak od zorganizowanych wyjazdów zagranicznych bardziej nienawidzę samych wyjazdowiczów. Dokarmiających nadbrzeżne miasta i z rozkoszą podglądających ludzi w zaułkach, których nie zaznaczono na mapie. Turystyka. Trutka na szczury lądowe, ochłap dla wilków morskich. Sposób na ciekawość i na nudę. Miękka kolonizacja.

W myśl twardej zasady: nikt nie ma złych zamiarów. Chodzi o to, by poznać inność. Zobaczyć cuda natury i architektury. Zrozumieć świat i oczywiście pomóc mu w zrozumieniu. Świat jest dla wszystkich. Azja dla Ameryki Północnej, Afryka dla Europy. Bierzemy sporo, ale hojnie zwracamy. To przecież logiczne ‒ każda konkwista ma swoją rekonkwistę.

Przed moim domem rozlega się widok na północ. Pełnia księżyca odpodabnia zieleń trawy. Zwierzęta drzemią niespokojnie. Ja spokojnie nie śpię. U stóp kładzie się ziemia. Patrzę naokoło z jej perspektywy, kręcę głową. Jak wróbel. Cenniejsi jesteśmy niż wiele wróbli. I choćbyśmy się stali liczni jak ziarnka piasku albo też gdyby chciano nas wytracić do nogi, nasza cena nie będzie mniejsza. Zostaliśmy już odkupieni. Za cenę krwi. Wiem, bo wierzę. Cóż to jest wiara? Nawet moja mała córka wie, że i bez odpowiedzi to oczywiste.

Oprócz stron świata mam jeszcze przed domem pory roku. Wiosna, lato, jesień, zima ‒ wszystkie razem są jak Ewangelie: nawet jeśli znane na pamięć, to nieujarzmione i wracające wbrew oczekiwaniom. Pory roku. Zaczyna się jesień. Dni przechodzą świętymi z kalendarza. Co dzień ‒ to święci. Jakby męczenników było więcej niż dni.

Potem zima i przedwiośnie. Z dalekich krajów wrócą ptaki, zatańczą nam anomalia pogodowe. Tradycyjnie świat zagęści się i będzie nie do poznania. Zakończy się cykl, rozpocznie. Więc zobaczę wszystko na nowo.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Mateusz Czarnecki

Absolwent Polonistyki UJ, zajmuje się redakcją książek. Mąż wspaniałej żony i tato czterech córek. Mieszka na wsi polskiej.