Pieśń liturgiczna od podszewki

Nie ma na świecie muzyki, która byłaby mi bliższa niż pieśni dominikańskie. Są modlitwą, są piękne, modlę się nimi od wielu lat. Być może warto byłoby wspólnie zastanowić się nad tym, co jest w nich najlepsze, a na co należałoby uważać pod kątem dalszej twórczości.

Jakie ich cechy sprawiają, że dobrze służą liturgii, a jakie mogą budzić kontrowersje. (Pod hasłem „pieśni dominikańskie” rozumiem pieśni tworzone przez kompozytorów związanych z dominikanami, a zwłaszcza te spośród nich, które na stałe wchodzą do repertuaru scholi dominikańskich.) Próba dokonania takiej oceny nie będzie łatwa, gdyż większość kryteriów jest mocno subiektywna.
 
Przepiękne teksty, melodie i harmonie, prostota i co za tym idzie – łatwość w śpiewaniu wspólnie z wiernymi oraz duży potencjał modlitewny są tym, co – moim zdaniem – jest w naszych pieśniach najcenniejsze.
 
Napisanie dobrej pieśni to wielkie wyzwanie, gdyż kryteriów, jakie powinny być spełnione, żeby muzyka miała potencjał liturgiczny, jest całkiem sporo: poczynając od poddania się twórcy działaniu Ducha Świętego podczas komponowania, a kończąc na dopasowaniu skali sopranu do możliwości wiernych.
 
Wydaje mi się, że elementem, który wywołuje najwięcej kontrowersji, jest styl. Pojawia się pytanie: jakie style muzyczne są dobrym tworzywem dla pieśni liturgicznych, a jakie złym? Niezwykle cenna wydaje mi się koncepcja Andre Gouzesa OP, od której „wszystko” się zaczęło: czerpanie z muzyki dawnej, prawosławia, pieśni ludowej, chorału gregoriańskiego.
 
Natomiast ostatnimi czasy w niektórych pieśniach dominikańskich pojawiły się drobne nawiązania do cech muzyki rozrywkowej i filmowej. Chodzi o pewne zwroty melodyczne, o harmonię, o rytmy synkopowane. Nie jest to częste zjawisko, ale zastanawiam się, czy to tylko taki etap, czy jakaś nowa tendencja. A jeśli jest to rzeczywiście nowa tendencja, to czy prowadzi ona w dobrym kierunku.
 
Nie jest to takie oczywiste. Z jednej strony przykład muzyki Gospel pokazuje, że pieśń religijna o cechach muzyki rozrywkowej może dobrze służyć liturgii. Z drugiej strony, jeśli „synkopa” w liturgii jest tradycją, to ma zupełnie inny wydźwięk niż „synkopa – intruz” w pieśni dominikańskiej. Tutaj wszelkie podobieństwa do rozrywki czy muzyki filmowej budzą (przynajmniej w moim odczuciu) skojarzenia z kulturą masową, brakiem głębi emocjonalno–duchowej, tanim chwytem, właśnie dlatego, że radykalnie odcinają się stylistycznie od tradycji.
 
Może warto byłoby zrezygnować z tego tropu na rzecz poszukiwania bardziej szlachetnych połączeń wyżej wspomnianych źródeł muzycznych (np. chorału gregoriańskiego) z indywidualnym językiem poszczególnych kompozytorów.
 
Następne ważne pytanie: czy istnieje potrzeba poszukiwań nowego języka muzycznego w pieśniach? Obecnie większość pieśni pisana jest w regularnym czterogłosie, harmonii dur-moll, opartej na prostych funkcjach, w regularnym metrum. Ma to swoje dobre i złe strony (więcej dobrych). Dobre: jest to naprawdę świetna i sprawdzona formuła. Prostota zachęca ludzi do śpiewu, słysząc nową pieśń czujemy się bezpiecznie jak w domu i łatwo przyswajamy nowy tekst. Osiągamy pozytywny stan jedności stylistycznej większości pieśni podczas liturgii.
 
Natomiast wadą takiego rozwiązania jest to, że może pojawić się znużenie schematem w melodii, w opóźnieniach, zaczyna brakować charakterystyczności i indywidualnego potraktowania każdego tekstu.
 
Pozostaje jeszcze kwestia charakteru pieśni. Większość z nich jest radosna, ale bardzo spokojna. Brakuje mi w repertuarze dominikańskim śpiewu, który byłby odpowiedzią na potrzebę wyrażenia radości ogarniającej całą duszę i ciało. Są takie pieśni, ale nie ma ich zbyt wiele. Każdy, kto próbował skomponować taką muzykę wie, że jest to najtrudniejsze zadanie: napisać radosną, prostą, niebanalną, nietandetną, porywającą do uwielbienia Pana Boga całą duszą i ciałem pieśń. Byłoby wspaniale, gdyby powstało ich więcej.
 
Mam wrażenie, że sposób pisania pieśni dominikańskich cały czas ewoluuje razem z ich twórcami, każdym z osobna, ale też w jakimś stopniu razem. Jestem ciekawa, jaki będzie kierunek kolejnych mikro-zwrotów w poszukiwaniu nowych środków wyrazu. Mam nadzieję, że nie w stronę skomplikowanej harmonii, zawiłych technik polifonicznych albo muzyki rozrywkowej, ale raczej łączenia prostoty i piękna, szlachetnego brzmienia i łatwości wykonania, a nade wszystko podporządkowania muzyki słowu.

Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Urszula Rogala

Urszula Rogala na Liturgia.pl

Absolwentka Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie (specjalność: kompozycja). Komponuje utwory solowe, kameralne, chóralne i orkiestrowe, a także muzykę filmową i liturgiczną. Jej kompozycje były wielokrotnie wykonywane w kraju i za granicą, między innymi podczas paru edycji Uczniowskiego Forum Muzycznego (m.in. w Studiu Koncertowym Polskiego Radia im. W. Lutosławskiego), podczas cyklu koncertów symfonicznych w ramach projektu Nova Hereditas, na wielu koncertach w Akademii Muzycznej im. F. Chopina, a także podczas koncertu członków orkiestry Opéra Royal de Wallonie (Belgia). Od wielu lat śpiewa i dyryguje w scholach parafii oo. Dominikanów na Służewie w...