Po festiwalu „Pieśń naszych korzeni” w Jarosławiu

W niedzielę, 28 VIII 2005 r., w Jarosławiu zakończył się XIII Międzynarodowy Festiwal „Pieśń naszych korzeni”. W tym roku chyba jeszcze istotniejsze niż w poprzednich latach okazały się liturgia i religijne poszukiwania w muzyce. Szkoda by było, aby całe bogactwo tego, co się tam wydarzyło, zostało tak naprawdę przeoczone, rozmyło się we wspomnieniach, lub pozostało jedynie między osobami na Festiwalu obecnymi.

Właściwie większość tego, co się co roku dzieje w Jarosławiu, zasługuje na głębszą refleksję, na upowszechnienie – i nie myślę tu tylko o naprawdę pięknej muzyce, ale też o tym, co wydarza się „pomiędzy koncertami”, w ramach debaty o tradycji i przeszłości. Przez kilka lat byłam wręcz uczulona na to słowo – „debata” – w odniesieniu do Jarosławia, wydawało mi się, że jest ono przykładane tam na wyrost, żeby nadać głębszy sens wspólnemu spotykaniu się na koncertach. Teraz widzę, że jarosławski festiwal rzeczywiście jest czasem głębokiej refleksji nad tradycją – tą częścią przeszłości, którą chcemy zachowywać i którą czynimy naszą teraźniejszością. I jest też czasem, w którym organizatorzy nie boją się zadawać pytań o naszą kulturę, przede wszystkim przez stykanie ze sobą różnych tradycji. A także czasem, w którym okazuje się, jak wiele – wbrew pozorom – tradycje te mają ze sobą wspólnego.

Można chyba wręcz powiedzieć (choć pewno nie wszyscy uczestnicy zgodziliby się ze mną), że tak naprawdę głównym bohaterem tego Festiwalu był chorał. I to nie tylko gregoriański. Aż trzy koncerty poświęcone były śpiewowi Liturgii Godzin: nieszpory na Wigilię Zaśnięcia Maryi Panny w wykonaniu Ojców Studytów i zespołu Majsternia Pisni (czyli „Pracownia Pieśni”) z Lwowa, koncert Kantiki i Voci Unite, a wreszcie występ chóru Byzantion z Rumunii, z gościnnym udziałem Likurgosa Angelopulosa.

Rozpoczynające Festiwal nieszpory, odprawione w grekokatolickiej kontrkatedrze przez Ojców Studytów i Majsternia Pisni pod przewodnictwem arcybiskupa Jana Martyniaka, metropolity warszawsko-przemyskiego, były pierwszą greckokatolicką liturgią w historii Festiwalu (co prawda, liturgia w obrządku wschodnim pojawiała się już w Jarosławiu – choćby dwa lata temu odbyły się nieszpory prawosławne). Szkoda tylko, że chyba większość obecnych nie była tak naprawdę w stanie docenić piękna liturgii, ani w pełni w niej uczestniczyć – dla ludzi, którzy przyszli tak naprawdę na koncert, udział w nieszporach ograniczał się do wstawania i siadania w mniej więcej odpowiednich momentach, tak naprawdę bez świadomości tego, co się naprawdę w danym momencie liturgii dzieje. Nie zmienia to jednak faktu, że piękno muzyki, zwłaszcza autentyczność w niej obecna, były dostępne dla wszystkich. To nie był po prostu koncert – to była prawdziwa modlitwa i nie dziwi końcowy komentarz abpa Martyniaka, że radością napełnia perspektywa, iż w niebie będziemy słuchać właśnie takich śpiewów. Odmienność – w uproszczeniu – wschodniej i zachodniej perspektywy w patrzeniu na muzykę, modlitwę śpiewem, ujawniła się też w trakcie seminarium z zespołem z Lwowa. Dla Majsternia Pisni naturalne i oczywiste było tłumaczenie kwestii czysto muzycznych (jak np. 8 tonów) przez odwołanie do wyjaśnień stricte religijnych, teologicznych, czego jednak uczestnicy Festiwalu, w większości związani z tradycją zachodnią, nie byli w stanie przyswoić… Jednak czymś już uniwersalnym okazało się przesłanie „jakie życie, taki śpiew” – są to słowa, jakie u początków swej współpracy z Ojcami Studytami usłyszała Natalia Połowynka, prowadząca Majsternia Pisni. Większość uczestników seminarium wciągnęła też nauka śpiewu przez słuchanie – tj. wspólne, niemal 10-minutowe trzymanie dźwięku, bez koncentrowania się jednak na własnym śpiewie, ale na tym, co się wokół słyszy: innych ludzi, dźwięki dochodzące z ulicy itd. Chodzi tu nie tylko o „zmysłowy” słuch – według Majternia Pisni, prawdziwy śpiew rodzi się zawsze z wsłuchania – w Boga, w świat, w innych.

Środowy koncert „A summo celo” to z kolei – jak zauważył Marcin Bornus-Szczyciński – jedna z pierwszych w historii Festiwalu prób sięgnięcia do żeńskiego chorału gregoriańskiego, a także pierwszy wspólny występ Kantiki, międzynarodowego kwintetu pod dyrekcją Kristin Hoefener, oraz Voci Unite z Łomży, zespołu składającego się z grupy nastolatek, kierowanych przez Katarzynę Szmitko. Wykonana została XI i XII-wieczna polifonia i monodia z Saint-Martial de Limoges. Przez wiele lat chorał żeński był zaniedbywany; panowało przekonanie, że siostry, z powodu swych zajęć, innego trybu życia niż zakony męskie, nie poświęcały śpiewowi wystarczającej uwagi. Od pewnego jednak czasu pogląd ten się zmienia i chorał żeński zaczyna być na nowo odkrywany. Duża w tym zasługa m.in. właśnie zespołu Kantika. Pochodzące z Niemiec, Francji, Włoch, Węgier artystki od kilku lat pracują nad średniowieczną muzyką liturgiczną. Przyznają, że mogą jedynie mieć nadzieję, iż ich sposób śpiewania chorału zbliża się do tego, jak wykonywany był faktycznie w zgromadzeniach żeńskich, co jednak jest właściwie niemożliwe do sprawdzenia – choćby ze względu na dystans czasowy, czy niemożliwość wniknięcia w to środowisko. Występowały kiedyś dla sióstr zakonnych, które stwierdziły, że sposób, w jaki Kantika śpiewa chorał jest piękny, jednak one same nie mogą tak śpiewać – są ograniczone zasadami przyjętymi w klasztorze. Także jedna z obecnych na środowym koncercie ss. benedyktynek z Przemyśla (ich przyjazd był możliwy jedynie dzięki specjalnemu zezwoleniu o. Bernarda Sawickiego, opata tynieckiego, stałego gościa Festiwalu, który jest również zwierzchnikiem sióstr), według relacji p. Bornusa-Szczycińskiego, po wysłuchaniu interpretacji Kantiki i Voci Unite, powiedziała: „A tak szczerze, jak pan myśli, czy one [średniowieczne zakonnice – E.L.] naprawdę tak śpiewały?”.
Okazało się również, że dziewczyny z Łomży, mimo braku doświadczenia, są prawdziwymi partnerkami dla profesjonalistek z Kantiki. Voci Unite coraz częściej zajmuje się oprócz muzyki dawnej muzyką ludową (kurpiowską) i – jak przyznają same wykonawczynie – okazuje się to bardzo korzystne dla śpiewu chorałowego. Same nie wiedzą, na czym to polega, ale im więcej śpiewają muzykę tradycyjną, tym lepiej wykonuje im się chorał. I odwrotnie. Na marginesie, ten związek chorału z muzyką ludową, naturalność tego połączenia ukazała się też wyraźnie w trakcie piątkowego, nocnego czuwania, którego część stanowił „ludowo wykonywany” różaniec, prowadzony przez panie z okolicznych wiosek, śpiewano także godzinki, ale oprócz tego wspólnie odprawiono po łacinie, z zachowaniem gregoriańskich melodii, jutrznię z godziną czytań. I bynajmniej nie budziło to poczucia, że są to dwie kłócące się ze sobą tradycje.

Chyba największym wydarzeniem Festiwalu był występ rumuńskiego chóru Byzantion oraz greckiego kantora, Likurgosa Angelopulosa. Od kilku lat zresztą koncerty, w których bierze udział Angelopulos cieszą się największą popularnością w Jarosławiu. Tym razem wystąpił właściwie gościnnie, trochę jako mistrz i nauczyciel młodych ludzi z Byzantionu. Grupa ta powstała zaledwie kilka lat temu, stawiając sobie jako jeden z głównych celów odbudowanie rumuńskiego chorału, zniszczonego przez kilkadziesiąt lat komunizmu w tym kraju. Kościół w Rumunii był po II WŚ bardzo zwalczany; ze szczególnymi atakami spotykało się zwłaszcza środowisko monastyczne, które dawniej było przecież m.in. głównym ośrodkiem tradycyjnego rumuńskiego chorału. Dopiero od niedawna możliwa stała się żmudna praca nad ponownym odkrywaniem oraz powolnym upowszechnianiem tego wyjątkowego śpiewu, który – jak się okazuje – jest prawie nieznany w samej Rumunii. Chór Byzantion, składający się z kilku młodych chłopaków, przeważnie studentów, po pierwsze, próbuje go zrekonstruować, m.in. przez poszukiwanie ludzi (zwłaszcza zakonników zmuszonych do opuszczenia klasztorów), którzy jeszcze pamiętają czasy, gdy śpiew ten był powszechny. Po drugie, starają się go rozpowszechnić; m.in. zrezygnowali ze stałego zatrudnienia jako chór przy jednej cerkwi, natomiast zdecydowali się jeździć po całej praktycznie Rumunii i uczestniczyć w nabożeństwach co tydzień w innej świątyni. Jednak i teraz napotykają na przeszkody, zwłaszcza ze strony niektórych hierarchów kościelnych, których zdaniem tradycyjny, rumuński chorał, tak jak wykonuje go Byzantion, jest zanadto zbliżony do śpiewu greckiego, co z kolei przypomina czasy, gdy Cerkiew rumuńska była zależna od Grecji. Rzeczywiście, chorał rumuński ma wiele wspólnego z chorałem bizantyjskim, posiada jednak również własne, wyjątkowe cechy. Najbardziej oczywistą i wyraźną z nich jest to, że używa się w nim języka rumuńskiego. Ta kwestia – potrzeby własnego języka w chorale, a co za tym idzie, jego zrozumiałości dla wiernych – była podnoszona na tegorocznych seminariach. Adrian Sarbu, założyciel i główny kantor Byzantionu, wyraził przekonanie, że także Polacy potrzebują własnego tłumaczenia chorału, co spotkało się z bardzo dużym poparciem p. Bornusa-Szczycińskiego, według którego tylko przetłumaczony chorał ma szansę upowszechnić się w polskim Kościele.

Niezależnie od koncertów, chorał ma swoje stałe miejsce na Festiwalu: jutrznia wraz z godziną czytań, oraz wieczorne nieszpory (wszystko odprawiane po łacinie) były – przynajmniej dla części uczestników Festiwalu – jednym z najistotniejszych punktów dnia. Liturgię godzin, zresztą już tradycyjnie, prowadziła Schola Gregoriana Silesiensis. W tym roku – co jest pewną nowością – w funkcje kantorów włączyły się także kobiety, śpiewające w Scholi Mulierum Silesiensis.
Wyjątkowość Liturgii Godzin sprawowanej w Jarosławiu nie polega jedynie na tym, że odbywa się po łacinie. O ile układ godziny czytań jest zgodny ze współczesnym, to jutrznia i nieszpory sprawowane są według dawnego układu: pięć psalmów z antyfonami, czytanie, hymn, Magnificat/Kantyk Zachariasza, kyrie (zamiast próśb), odmawiane po cichu Pater Noster, modlitwa. Po nieszporach zawsze jest wspólnie śpiewane „Salve regina” – w święto Matki Bożej Częstochowskiej (26 VIII) połączone było z procesją wszystkich uczestników przed obraz Maryi. Jak zapewniają organizatorzy, na czas Festiwalu uzyskują zezwolenie miejscowego biskupa na odprawianie Liturgii Godzin według przedsoborowego układu. Na marginesie, w zeszłym roku w bardzo burzliwa debata była poświęcona m.in. właśnie temu, który z układów – przed- czy posoborowy – bardziej odpowiada „duchowi liturgii” i lepiej pozwala uczestnikom wejść we wspólną modlitwę.

Ostatnia, niedzielna Msza sprawowana była – wbrew wcześniejszym zapowiedziom – nie przez abpa Józefa Michalika, ale przez o. Bernarda Sawickiego, który jako opat tyniecki ma on godność równą godności biskupiej. Jak od wielu lat, oprawę muzyczną liturgii stanowił śpiew chorałowy, do którego część uczestników Festiwalu przygotowywała się cały tydzień pod kierownictwem Roberta Pożarskiego i Konrada Zagajewskiego. Wbrew obawom, że ten typ muzyki nie będzie już brzmiał naturalnie w trakcie nabożeństwa; że będzie jedynie próbą reaktywacji tego, co już przebrzmiało; a wreszcie, że będzie po prostu nieco egzotyczną ciekawostką, okazało się, że śpiew gregoriański naprawdę może wspierać zarówno osobistą jak i wspólną modlitwę, co więcej – staje się nią; a także wcale nie musi być czymś obcym dla „zwykłych wiernych”. W trakcie liturgii niedzielnej wyraźnie zobaczyłam, że chorał gregoriański może być wspólną modlitwą Kościoła – śpiewem tęsknoty i zagubienia, śpiewem szukania Boga.

W Jarosławiu, w którym – odkąd pamiętam – chorał był jednym z „pewników”, tzn. przeważnie mówiono jedynie o konieczności i zaletach jego ciągłego odkrywania i odnawiania, pojawiały się też w tym roku pytania o sens i sposób współczesnej pracy nad tą muzyką (choć może lepsze będzie tu określenie „modlitwa”). Czy osoby nim się zajmujące nie są tak naprawdę jedynie małą grupą, w pewnym sensie elitą, i nie jest to już naprawdę wspólny śpiew ludu Bożego? Czy nadal można z czystym sumieniem powiedzieć, że jest to „pierwszy śpiew Kościoła”, a nie jedynie zabytek religijno-muzyczny? Czy też może został już wyparty, odsunięty na bok, ale tak naprawdę przez co? Czy pojawia się coś, co mogłoby pełnić jego rolę? Z drugiej zaś strony, na ile w Kościele jest miejsce dla innego rodzaju muzyki, na ile można iść na kompromisy z bardziej powszechną kulturą i na ile podporządkowywać się powszechnym gustom? I czy „walczyć” o powrót chorału, starać się o jego upowszechnienie – jeśli tak, to w jaki sposób? Jakim cudem można dotrzeć z nim do „zwykłych wiernych”? Jeśli chce się go przywrócić w szerszym społeczeństwie, to z kolei trzeba odpowiedzieć sobie, dlaczego ludzie tak łatwo i chętnie odeszli od śpiewu chorałowego, kiedy tylko pojawiła się tego możliwość (a nie – jak sądzą niektórzy – konieczność) po Soborze Watykańskim II? W szerszym natomiast kontekście, czy chorał gregoriański może być śpiewem Kościoła powszechnego, w którym przecież mieszkańcy Zachodniej Europy (głównie z którymi śpiew ten jest związany) stanowią już mniejszość? Jedno z seminariów w zasadzie składało się przede wszystkim z takich pytań, na które – mimo prób – właściwie nikt nie był w stanie udzielić wyczerpującej odpowiedzi. Jednak chyba samo otwarte postawienie tych kwestii jest istotne, zwłaszcza, że pytania te wysuwali przede wszystkim ludzie od lat pasjonujący się chorałem i poświęcający mu wiele czasu oraz pracy. Cenne, że chcą to robić w sposób coraz bardziej świadomy i refleksyjny, stawiając sobie nie tylko „muzyczne” pytania o chorał, ale także widząc, że ma on sens przede wszystkim jako modlitwa Kościoła. A zwłaszcza w tym kontekście pojawiają się prawdziwe i aktualne problemy.

W trakcie Festiwalu istotna okazała się również obecność oo. benedyktynów, którzy przyjechali ze swym wspominanym już opatem, o. Bernardem Sawickim. Dało to możliwość – niestety nie do końca wykorzystaną – konfrontacji sposobu w jaki od lat chorał wykonywany jest na Festiwalu, i który w znacznym stopniu znajduje się pod wpływem tradycji dominikańskiej (czego zresztą organizatorzy wcale nie kryją), ze sposobem odmiennym – tym, jak wykonują go od lat benedyktyni tynieccy, dla których Liturgia Godzin jest wręcz priorytetem w życiu zakonnym. Bracia benedyktyni uchylali się jednak od odpowiedzi, nie chcąc ani wyliczać różnic, jakie spostrzegają między liturgią sprawowaną w Tyńcu, a „dominikańsko-jarosławską”, ani ich wartościować – stwierdzili zdecydowanie, że liturgie owe są po prostu różne, są różnymi drogami do tego samego, i – przynajmniej na pewien czas – chętnie podporządkowują się tej nieco odmiennej tradycji. Dobrze, że są różne sposoby wykonywania chorału – tego „pierwszego śpiewu Kościoła” – dzięki temu nie wpada się w poczucie, że „już się wie, jak powinno być”, stale pozostaje pragnienie poszukiwania i rozwoju, pojawiają się kolejne problemy, z którymi trzeba się zmierzyć, a przede wszystkim – zachowuje się pokorę – konieczną, aby naprawdę móc się modlić chorałem.

Festiwal w Jarosławiu to jednak nie tylko rozważania teologiczne, muzyka religijna i próby reaktywacji chorału. Dość przypomnieć naprawdę wyjątkowe koncerty, choćby Begonii Olavide i Ramiro Amusategui Prado, którzy zastąpili nie mogącego przybyć Jordiego Savalla, i którzy wykonywali średniowieczną muzykę hiszpańską – piękne, wręcz hipnotyzujące ballady. Poklask zyskał również koncert wtorkowy, na którym czwórka wykonawców z Włoch, Libanu, Maroka spróbowała – śmiem twierdzić, że z powodzeniem – połączyć muzykę Bliskiego Wschodu i Zachodu. Dwa ostatnie koncerty Festiwalu to muzyka bliższa naszym czasom: w piątek miała być zaprezentowana całość sonat misteryjnych Franza Bibera – sonat skrzypcowych, będących muzyczną ilustracją piętnastu tajemnic różańca (części radosnej, bolesnej, chwalebnej) i które – według wszelkiego prawdopodobieństwa – były wykonywane przez Bibera właśnie w trakcie nabożeństw różańcowych. Niestety, z powodu wypadku samochodowego wykonawczyni, Sirkki-Liisy Kaakinen, organizatorzy zmuszeni byli (już po raz drugi z rzędu) odłożyć pomysł odtworzenia całości – skrzypaczkę zastąpił jej mąż, Zbigniew Pilch, który zagrał m.in. 3 sonaty misteryjne. Mimo wszystko, przybliżył uczestnikom Festiwalu sonaty różańcowe i – zwłaszcza w trakcie seminarium, na którym opowiadał m.in. o związkach między odpowiednimi tonacjami a konkretnymi tajemnicami – niejako przygotował do świadomego wysłuchania całości. Pozostaje mieć nadzieję, że uda się wreszcie w Jarosławiu ową całość wykonać.

Jak od kilku lat powtarzają organizatorzy, ze względu na to, że ostatnim punktem programu jest Eucharystia, tak naprawdę nie ma jak i kiedy oficjalnie Festiwalu zakończyć. Dzięki temu, może on w pewien sposób trwać nieprzerwanie. Każda kolejna edycja „Pieśni naszych korzeni” jest kontynuacją, ale także dyskusją z tym, co już się odbyło. Jarosławski Festiwal to coś więcej, niż wydarzenie – to coraz bardziej środowisko ludzi, szczerze poszukujących odpowiedzi na nurtujące ich pytania. Ludzi właściwie nie rozgraniczających siebie, kultury i religii.

Eliza Litak

 

 

Zobacz także