Po manifestacji

Ponieważ w sobotę na blogu wspomniałem o planowanej w Warszawie manifestacji „Stop deprawacji w edukacji”, postanowiłem napisać na jej temat kilka zdań. Przymierzałem się do tego od poniedziałku, ale nie bardzo miałem warunki, dopiero teraz. To nie będzie jakiś systematyczny elaborat, po prostu garść luźnych uwag na gorąco.

Najpierw sprawa lokalizacji. W sobotę pisałem o Placu Zamkowym, tymczasem okazało się, że miejsce cały czas było negocjowane z władzami Warszawy i ostatecznie wylądowaliśmy na Placu Mariensztackim. Niby wciąż w centrum i niby bardzo blisko pierwotnej lokalizacji ale to jednak oznaczało zepchnięcie manifestacji na ubocze, co z miejsca pozbawiało ją połowy jej sensu. Mariensztat to nie Plac Zamkowy. Tu byliśmy właściwie we własnym gronie i praktycznie niedostrzegalni dla osób postronnych, z wyjątkiem mieszkańców Mariensztatu. Dlatego media głównego nurtu mogły tym łatwiej obrać taktykę całkowitego ignorowania wydarzenia. Jeszcze w niedzielę wieczorem przejrzałem portale wyborczej, tvn24 i onetu – zero informacji. Nie byłem tym zdziwiony, to po prostu zwyczajna dla tych mediów rzetelność dziennikarska. Rzetelnie informowały oczywiście media chrześcijańskie i patriotyczne. Najobszerniejszą relację znalazłem w poniedziałek na portalu wpolityce.pl w tekście Marzeny Nykiel, osoby od dawna pilotującej temat gender i seksedukacji (polecam lekturę jej tekstu w całości):

http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/263808-tvp-jest-zbyt-zajeta-atakiem-na-prezydenta-by-dostrzec-manifestacje-tysiecy-rodzicow-czego-nie-dowiedzieli-sie-widzowie-wiadomosci-o-planie-deprawacji-ich-dzieci

Zepchnięcie manifestacji na ubocze oraz bojkot ze strony medialnego mainstreamu nie oznacza, że manifestacja była bezużyteczna. Przeciwnie, właściwie ona odniosła skutek jeszcze zanim się odbyła. Kilka dni wcześniej, kiedy manifestacja była dopiero zapowiadana, pani minister Kluzik-Rostkowska w 1 Programie PR zaczęła się rakiem wycofywać ze swoich lipcowych deklaracji, przyjmując narrację „intencje MEN zostały źle zrozumiane a sprawa upolityczniona, zarzut że chcemy uczyć dzieci masturbacji jest cyniczny, chcemy tylko w sumie niewielkich poprawek w istniejącym programie WDŻ”. Dobrze że pani minister robi krok w tył, ale jej deklaracji trzeba słuchać bardzo nieufnie i stale mieć w pamięci fakt, że to MEN współorganizował wiosną 2013 konferencję na której prezentowano standardy WHO co do edukacji seksualnej dzieci i młodzieży, z przekazywaniem wiedzy nt. „radości i przyjemności z dotykania własnego ciała” w przedziale wiekowym 0-4 (kto nie wierzy, niech sprawdzi u źrodła: http://www.federa.org.pl/dokumenty_pdf/edukacja/WHO_BZgA_Standardy_edukacji_seksualnej.pdf).

Zarzut „upolitycznienia” jaki postawiła pani minister jest absurdalny. Oczywiście można mówić o „politycznym” wymiarze protestu, ale tylko w tym sensie, że dotyczył spraw publicznych i oznaczał sprzeciw wobec działań ministerstwa, nie był natomiast „polityczny” w sensie walk partyjnych. Żaden z mówców na manifestacji nie wchodził w sprawę bieżącej walki partyjnej. Oczywiście nie ukrywam, że bardzo liczę na zmianę rządu po najbliższych wyborach i na odsunięcie od władzy psującej kraj koalicji PO-PSL, ale sprawa edukacji jest szersza, to nie jest sprawa jednego rządu i działań jednej pani minister, która akurat objęła ten resort wyłącznie z klucza partyjnego a swoje reformy edukacji seksualnej chce podejmować chyba raczej wskutek presji zewnętrznej niż z własnej inicjatywy. Naciski środowisk LGBTQ nie skończą się wraz ze zmianą rządu i na działania każdego MEN-u, także w ewentualnym rządzie PiS, trzeba będzie patrzeć czujnie.

Ile było osób? Trudno to oszacować, ale ja bym dał około 15 tysięcy. Plac Mariensztacki był za mały na pomieszczenie wszystkich, mniej więcej tyle samo osób co na placu było na pobliskim skwerze, gdzie też było nagłośnienie. W każdym razie wiadomość, którą znalazłem na stronie Polskiego Radia i na interii, że uczestniczyło „niemal tysiąc osób” jest oczywistym przekłamaniem. Wiem o 18 pełnych autokarach z samego Lublina i rejonu (nie licząc tych ludzi co przyjechali innymi środkami lokomocji), co już daje ok. 700-800 osób. A to tylko Lubelszczyzna. Na manifestację przyjechali ludzie z różnych rejonów Polski, no i oczywiście byli na niej warszawiacy. 15 tysięcy nie jest liczbą imponującą, jeśli porównamy np. z milionem osób na prorodzinnej manifestacji w Rzymie w czerwcu. Z drugiej strony nie jest to mało, biorąc pod uwagę, że manifestacja była organizowana bardzo szybko, w niedogodnym terminie (końcówka wakacji) i przy niekorzystnej pogodzie (część osób nie odważyła się przyjechać ze względów zdrowotnych, bojąc się upału). Przede wszystkim zaś trzeba brać poprawkę na typową dla nas apatię i bierność.

Co dalej? Dobrze że manifestacja się odbyła i swój skutek ona już odniosła, ale najgorszą rzeczą byłoby uznać sprawę za załatwioną. Na szczęście w Polsce nie ma podatnego gruntu dla chorych pomysłów WHO (parę optymistycznych przykładów z ostatnich dni podam na końcu wpisu), niemniej jednak jest kilka niebezpieczeństw. Pierwsze z nich polega na wspomnianej już przeze mnie bierności. Wielu zagrożeniom możnaby zaradzić, gdyby rodzice znali i wykorzystywali prerogatywy, które daje im prawo oświatowe. Innym zagrożeniem jest naiwność – część osób nie jest w stanie uwierzyć, że można na serio promować standardy WHO. Osobny jeszcze problem to nasz polski kompleks niższości wobec „wielkiego świata”: pewna znajoma nauczycielka opowiadała mi ostatnio o dyskusji jaką miała ze swoją koleżanką z pracy wokół tych zagadnień. Koleżanka powiedziała „No przecież my musimy wprowadzić te standardy WHO”. „Niby dlaczego?” „No skoro wszędzie na świecie to się wprowadza, to my też musimy”. „Wcale nie musimy! Zresztą nieprawda, że to się wprowadza wszędzie na świecie”. „Może są kraje, co nie muszą, ale my na pewno musimy to wprowadzić”. Ten dialog jest wręcz podręcznikową ilustracją tezy Rafała Ziemkiewicza o mentalności postkolonialnej. Skoro „biały człowiek” w wielkim świecie wymyślił jakieś standardy, to tak ma być, a my – zacofane dzikusy – musimy mechanicznie je wprowadzić bez refleksji czy są one dobre czy złe, bo jak nie wprowadzimy, to „bwana kubwa” w Brukseli, Berlinie czy Nowym Jorku się zmarszczy i nas skrytykuje, no i co wtedy będzie?

Na koniec dwa obiecane przykłady pozytywne z ostatnich dni. Pewna znana mi osoba, matka 11-letniego syna (kobieta nie uważająca się za katoliczkę, nie wychowująca syna religijnie i nie posyłająca go na katechezę, mająca w wielu sprawach poglądy bardzo odległe od nauki Kościoła – nad tym wszystkim oczywiście boleję), przejrzała nowo nabyty aktualny podręcznik WDŻ do klasy V (a więc podręcznik jeszcze nie zreformowany przez p. Kluzik-Rostkowską) i odkryła od razu rzeczy, które się jej nie spodobały: „Są tu wiadomości podane przedwcześnie, które na tym etapie memu synowi są jeszcze niepotrzebne i mogą za wcześnie rozbudzić jego seksualną ciekawość. Nie chcę żeby on się tego uczył. Jeżeli szkoła nie zgodzi się na jego absencję na lekcji, będę po każdej lekcji z nim o tym rozmawiać”. Podkreślam raz jeszcze, że osoba ta nie jest katoliczką, jej sprzeciw nie wynika z wiary a ze zwykłego ludzkiego zdrowego rozsądku i z poczucia odpowiedzialności matki. Jest to więc zaprzeczenie tezy, jakoby zastrzeżenia do edukacji seksualnej zgłaszał wyłącznie jakiś katolicki czy PiS-owski „ciemnogród” (osoba o której piszę wręcz żywiołowo nie cierpi PiS-u).

Przykład drugi. W ubiegłą sobotę pojechałem odwiedzić rodzinę na działce w Wildze. W Rykach przesiadałem się z jednego busa na drugi. Na ryckim przystanku oprócz mnie było jeszcze kilka innych osób, między innymi dwie dziewczyny ok. 20-letnie, żywo i wesoło rozmawiające na przeróżne tematy. W pewnym momencie przejechał jakiś firmowy bus, napisana była na nim nazwa firmy oraz było namalowane logo – logo firmy stanowiła tęcza. Jedna z dziewczyn od razu skomentowała: „Ufff, co za szczęście że  to nie nasz bus. Zobacz – tęcza. Obciach takim jechać. Jeszcze w Warszawie ktoś znajomy by mnie zobaczył jak z niego wysiadam i pomyślałby że wyznaję gender”. No właśnie, gender to kompletny obciach. Tak tak, już pokolenie 20-latków jest stracone dla standardów WHO, dlatego chcą zaczynać od najmłodszych dzieci. Ale też im się nie uda.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

  • Nic już nie będzie takie samo

    Święto Objawienia Pańskiego jest świętem samego Jezusa i Jego szczególnych gości z daleka. Dla mnie,... więcej

  • Ona i On

    Byłam kiedyś wychowawcą klasowym. Katecheta rzadko nim bywa. Trafiłam do klasy na zastępstwo. Miałam być... więcej

  • Wszystko jest możliwe

    Czasami moje życie zaczynają zmieniać ludzie, których właściwie nie znam. Których nigdy nie widziałam. I... więcej

Maciej Zachara MIC

Maciej Zachara MIC na Liturgia.pl

Urodzony w 1966 r. w Warszawie. Marianin. Rocznik święceń 1992. Absolwent Papieskiego Instytutu Liturgicznego na rzymskim "Anselmianum". W latach 2000-2010 wykładał liturgikę w WSD Księży Marianów w Lublinie, gdzie pełnił również posługę ojca duchownego (2005-2017). W latach 2010-2017 wykładał teologię liturgii w Kolegium OO. Dominikanów w Krakowie. Obecnie pracuje duszpastersko w parafii Niepokalanego Poczęcia NMP przy ul. Bazylianówka w Lublinie. Ponadto jest prezbiterem wspólnoty neokatechumenalnej na lubelskiej Poczekajce, a także odprawia Mszę św. w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego w rektoralnym kościele Niepokalanego Poczęcia NMP przy ul. Staszica w Lublinie....