Pocieszyć wdowę

"Nie nazywajcie mnie Noemi [Moja Słodycz], ale nazywajcie mnie Mara [Gorycz], bo Wszechmogący napełnił mnie goryczą. Pełna wyszłam, a pustą sprowadził mnie Pan. Czemu nazywacie mnie Noemi, gdy Pan wydał świadectwo przeciw mnie, a Wszechmogący uczynił mnie nieszczęśliwą?" (Rt 1 20-21).

 W ostatnim "Gościu" przeczytałam artykuł Plaga rozwodów, a w nim m.in. o tym, że jedynie 15 % opowiada się zdecydowanie przeciw rozwodom, zaś 62% "nie popiera, ale dopuszcza". Ta ostatnia grupa, śmiem podejrzewać, to owoc promowanej wszem i wobec poprawności i wrażliwości społecznej. Co to takiego? Ano. Jeśli absolutnie nie dopuszczam myśli o rozwodzie swoim własnym, to jednak czy z równą pewnością nie dopuszczam tej myśli w odniesieniu do innych? Czy mam poczucie takiego absurdu rozwodu, żeby orzekać jego realną niemożliwość również innym katolikom?…

Usłyszałam ostatnio o młodej, bezdzietnej kobiecie, która po paru latach małżeństwa rozstała się z mężem. I usłyszałam o jej przyjaciołach, którzy starają się być blisko, okazując wsparcie w tej trudnej sytuacji – zabierają ją do kina, na aerobik, organizują towarzyskie spotkania. Starają się wnieść radość i poczucie sensu w odcinek życia beznadziejny. Starają się może podtrzymać tę trzydziestolatkę do czasu, aż znajdzie siły, by planować nowe, szczęśliwsze życie. Żeby nie poddała się rozpaczy i przypadkiem nie uwierzyła, że tak już będzie zawsze. Bo przecież przed nią jeszcze wiele radosnych chwil być może. Wiele świetnych filmów, energetyzujących aerobików, witalizujących saun… Radosnych grillowych spotkań i niezwykłych podróży i spotkań…

Co powiedziałaby Noemi, która podobnie jak ta młoda kobieta, straciła męża i synów i pozostała sama?

Nie nazywajcie mnie Noemi! – spadajcie z aerobikiem, kinem i piwem, bo moje serce jest pełne goryczy. Zapłaczcie ze mną lub przejęci trwogą pozostawcie mnie samą, bo oto stoję przed życiem długim i samotnym. Bo odtąd mój mąż już zawsze będzie daleko ode mnie. Nie pozostały mi nawet dzieci – nie dowiem się, jak to jest być matką.

Nieludzko trudno jest żyć w małżeństwie, które nie istnieje w sposób uchwytny zmysłami. Nieludzko musi być trudno żyć obok nieobecnego męża i nieistniejących dzieci. Bolesna, przejmująca tęsknota do kresu dni.

Gdy usłyszałam o tej kobiecie – zadrżałam. O kruchość szczęścia, jakie posiadam, i z wdzięczności za łaskę, jakiej udziela Pan mnie i mojemu mężowi co dnia. I ze strachu przed takimi przyjaciółmi, którzy grzebią żywcem męża tylko dlatego, że żywy przeszkadza żonie być szczęśliwą. I o żonę też zadrżałam – mam nadzieję, że uda jej się ocalić męża.

Ale jak to wyjaśnić prościej w dobie powszechnego recyclingu – doprawdy nie mam pojęcia.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także