Podróż na Wschód – tam i z powrotem

Lubię się zastanawiać, jak mogli się czuć uczestnicy różnych historycznych wydarzeń. Powiedzmy krzyżowcy w Ziemi Świętej... Spotkanie dwóch kultur.

Z jednej strony musieli być onieśmieleni, cywilizacja Wschodu, bezpośrednia spadkobierczyni cywilizacji rzymskiej (wszak Konstantynopol nazywano drugim Rzymem) musiała wprawiać w osłupienie przybyszów z Europy. Musieli czuć się malutcy wobec wspaniałości tamtejszej architektury, przepychu dworów, sztuki, muzyki.

Z drugiej strony to oni, ludzie Zachodu, wezwani zostali na to miejsce, bo Wschód już nie dawał sobie rady. Ta mogąca budzić podziw kultura rozpaczliwie potrzebowała pomocy. A chyba, silniejszy, mocniejszy, lepszy udziela pomocy słabszemu, a nie na odwrót. Mogli więc krzyżowcy odczuwać wyższość. Pewnie szamotali się pomiędzy butą i dumą a zachwytem nad nowo poznawanym.

Wydaje mi się, że do dziś jesteśmy w podobnej sytuacji. Nie sądzę, by wiele osób chciało przeprowadzać się do Rosji czy Grecji (no, może ze względu na słońce Grecja jeszcze by uszła). A jednocześnie Wschód pociąga wiele osób, uważają go za bardziej uduchowiony. Katolicy często cierpią na kompleks prawosławia. Kantorzy jeżdżą tam, by uczyć się technik śpiewu, architekci naśladują sakralne budownictwo, księża fascynują się tamtejszą liturgią… Ale gotowego opuścić zachodnią kulturę z jej zdobyczami nie widzę.

Fascynacja Innym pojawia się też z „drugiej strony barykady”. Rosjanin, Iwan Bunin, pokazuje katolicki klasztor jako miejsce, które nie tylko zachwyca i do którego chce się powracać, ale też jest wymarzoną przestrzenią na spotkanie zakochanych:
„mówiła z wyrzutem […] – Ileż razy obiecywał mi, że pójdziemy razem do klasztoru, a dotąd byłam tam tylko jeden raz, a tam przecież tak ładnie, takie grube mury, jaskółki, mnisi […]”.

Arseniew, porte-parole Bunina od maleńkości wychowany wśród pięknych śpiewów prawosławnych, znający najcudowniejsze cerkwie, zupełnie przeciętną średniowieczną świątynią katolicką i sprawowaną w niej liturgią zachwyca się do tego stopnia, iż wyznaje:
„I nawet byłem entuzjastycznym katolikiem. Ani Akropol, ani Baalbek, ani Teby, ani Pestum, ani święta Zofia, ani starożytne cerkwie w rosyjskich kremlach, do dziś nie mogą się dla mnie równać z gotyckimi świątyniami. Jak wstrząsnęły mną organy, gdy po raz pierwszy (w młodzieńczych latach) wszedłem do kościoła, mimo iż był to kościół w Witebsku. Wydawało mi się, że nie ma świecie wspanialszych dźwięków, niż owe groźne, zgrzytliwe grzmoty, huki i łoskoty, pośród których, i na przekór im, brzmią w rozwartych niebiesiech anielskie pienia…”

Może ten nasz zachodni zachwyt Wschodem wynika z tego, że zagubiliśmy to, co było w naszej kulturze najpiękniejsze. Osiemdziesiąt lat temu Bunin dał się uwieść czarowi Zachodu, dziś trudno by było jednak znaleźć przedmiot tego wspaniałego opisu:
„Ciemniało już, kiedy wszedłem na jakiś plac, na którym wznosił się żółtawy kościół z dwiema dzwonnicami. Wszedłem do wnętrza, w półmroku dojrzałem rzędy ławek, w głębi, na ołtarzu, półkole płomyków. I zaraz, z ociąganiem się, smętnie rozbrzmiały gdzieś nade mną organy; dźwięki stłumione zaczęły stopniowo potężnieć, rosnąć, huczeć ostro, metalicznie… potem drżały jakoś miękko, zgrzytały, jakby wyrywając się spod czegoś, co je tłumiło, aż nagle, wyzwolone dźwięcznie rozpłynęły się w niebiańskiej śpiewnej pieśni.
Przede mną, wśród płomyków, to unosiło się, to opadało mamrotanie, rozlegały się nosowe dźwięki łacińskich słów. W półmroku po obu stronach biegły ku ołtarzowi grube murowane kolumny, gubiące się u góry w ciemnościach, i niczym ciemne zjawy stali na cokołach jacyś wojownicy, zakuci w żelazne pancerze; wysoko nad ołtarzem posępnie dogasało olbrzymie różnokolorowe okno…

 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Michał Buczkowski

Michał Buczkowski na Liturgia.pl

Katolik, mąż, ojciec, Polak, dziennikarz i tak dalej.