Pofestiwalowo (1)

Na festiwalu w Jarosławiu byłem po raz pierwszy. Co prawda niektórzy stali bywalcy twierdzą, że po piątym, szóstym razie staje się to nudne. Być może. Tymczasem wciągnąłem się. Nie tylko estetycznie - akurat esteta ze mnie żaden, bliżej mi do abnegacji - ale też duchowo i intelektualnie. Wróciłem więc z głową w myślach, mniej lub bardziej dorzecznych, mniej lub bardziej zakotwiczonych w wydarzeniach festiwalu. I tych myśli chcę tu trochę i w odcinkach upuścić.

Mniej więcej około środowego popołudnia, a więc po koncertach i seminariach z Sirinem i Sequentią, po nocnej gregoriańskiej wigilii uroczystości NMP Częstochowskiej zakończonej mszą trydencką i, jeśli dobrze pamiętam, seminarium, na którym usłyszeliśmy interesujący, aczkolwiek nieco kontrowersyjny wykład kierownika Byzantionu nt. rozwoju i kształtu rumuńskiej muzyki liturgicznej, zacząłem się zastanawiać, na ile to, w czym uczestniczę jest wydarzeniem czysto poznawczo-estetycznym. Nie czułem wystarczającego dystansu, aby to tak właśnie określić. Uderzające było dla mnie przede wszystkim jedno – muzyka łączy, a ten szeroko rozumiany modus muzyki, zanurzony w przeszłości, starający się wlać nowe, często religijne życie w coś od dawna martwego, łączy szczególnie mocno. W moim odczuciu relacja pomiędzy nami a więc publicznością a wykonawcami miała zupełnie innych charakter, niż na "zwykłych: festiwalach i koncertach. Była jakby bliższa, bardziej "braterska" (szukam jakichś metafor, żeby wyrazić, co mam na myśli). I w obrębie tego wydarzenia mogliśmy spotkać się z grupą Rosjan poszukujących brzmienia muzyki cerkiewnej sprzed raskołu, Amerykaninem śpiewającym m.in. staroislandzką Voluspę przy akompaniamencie fletu z kości łąbędzia, na którym grał Niemiec z Kolonii, młodym i sądząc po koncercie charyzmatycznym rumuńskim śpiewakiem, i wreszcie z niesamowitym Algierczykiem z Francji (czy Francuzem z Algierii), który wprost powiedział, że czuje się wśród nas jakbyśmy on i my byli z jednej parafii.

Bez wątpienia na mój odbiór całości duży wpływ miała codzienna gregoriańska liturgia godzin. Pewnie nie wszyscy ci, którzy mają ją na codzień są w stanie zrozumieć odczucia kogoś, kto, choć od dawna zamiłowany w chorale, odkrywa go dla siebie, pomimo wszystkich estetyczno-warsztatowych niedostatków, jakie ta liturgia – być może z powodu uczestniczenia w niej takich muzycznych laików jak ja – miała.

Mój umysł w takich okolicznościach czuje zwykle "przymus" wyjaśniania, budowania samemu sobie jakiejś teorii, która zbuduje jakąś kotwicę łączącą subiektywne wrażenia z empiryczną rzeczywistością. (Oczywiście są to raczej mniej lub bardziej ciekawe skojarzenia, często nieweryfikowalne, nie zaś teorie z prawdziwego zdarzenia.) W tym przypadku przypomniałem sobie czytaną kilka lat temu książkę austriackiego (chyba) etologa, Konrada Lorenza, pt. "Tak zwane zło". Rzecz dotyczy agresji wewnątrzgatunkowej występującej wśród zwierząt, jej znaczenia adaptacyjnego oraz, uwaga, rytuałów "odgrywanych" przez zwierzęta w celu powstrzymania bądź skanalizowania owej agresji. Pośród wielu zwierząt Lorenz badał też tego rodzaju zachowania występujące wśród gęsi gęgawych, które jego zdaniem są jednymi z najbardziej agresywnych zwierząt na świecie (należy tu oczywiście odróżnić agresywność od drapieżności). Otóż gęsi te, zarówno w parach dwupłciowych, jak też pomiędzy dwoma osobnikami tej samej płci zawiązują między sobą miłości i przyjaźnie. Dokonuje się to niejako na podstawie naturalnie odczuwanej przez nie w stosunku do siebie nawzajem agresji, która zostaje przekierowana i wyraża się we WSPÓLNYM wydawaniu donośnych odgłosów. Jeśli dobrze pamiętam, Lorenz dość mocno podkreślał rolę owych charakterystycznych wspólnie wydawanych dźwięków w tworzeniu się więzi, które u gęsi są bardzo silne i trwają aż do śmierci którejś ze stron.

Oczywiście to tylko taka sobie daleka analogia, ale czy nie ma czegoś na rzeczy? Czy nie można powiedzieć, że wspólnie odprawione nieszpory, wspólnie wykonany śpiew (lub uczestnictwo w śpiewie wykonywanym przez kogoś innego, takie jakiego wydaje mi się można było doświadczyć w Jarosławiu) same przez się nie sprawiają, że jesteśmy sobie bliżsi? Że stajemy się na siebie nawzajem otwarci? Albo od drugiej strony: czy skrzywdzę tego, z którym właśnie razem śpiewałem?   


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Dekert

Tomasz Dekert na Liturgia.pl

Urodzony w 1979 r., doktor religioznawstwa UJ, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne. Autor książki „Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama” (WAM, Kraków 2007) i artykułów m.in. w „Teofilu”, „Studia Laurentiana” i „Studia Religiologica”. Mąż, ojciec czterech córek i dwóch synów.