Polemicznie czyli o trędowatych i nieposłuszeństwie

Kilka dni temu przeczytałem tu u nas wpis pana Krzysztofa Jankowiaka, pt. "Ewangelia o nieposłuszeństwie". Stosunkowo często mam poczucie, że się z panem Jankowiakiem nie zgadzam, ale rzadko kiedy aż tak silne, jak w tym przypadku.

Dlatego zacząłem pisać tam komentarz krytyczny, który jednak rozrósł się tak bardzo, że postanowiłem zrobić z niego osobny artykuł.

Panie Krzysztofie, pozwolę sobie nie zgodzić się z Panem, zarówno jeśli chodzi o interpretację tej perykopy, jak i o ogólny tok rozumowania, nie mówiąc o końcowym „morale”. Poniżej staram się wyłuszczyć krok po kroku dlaczego.

Jeśli chodzi o perykopę, to przede wszystkim o ile nadawać temu fragmentowi jakiś tytuł, to byłaby to raczej „Ewangelia o posłuszeństwie”:

Po pierwsze, Ewangelista notuje: „Na ich widok rzekł do nich: «Idźcie, pokażcie się kapłanom!» A gdy szli, zostali oczyszczeni”. Warunkiem oczyszczenia z trądu jest tu zaufanie Jezusowi i posłuszeństwo jego nakazowi. Trędowaci zostali oczyszczeni, bo z wiarą posłuchali Jezusa, nakazującego im poddanie się procedurze weryfikacyjnej przepisanej przez Prawo.

Po drugie, można podejrzewać, że ten, który wrócił okazał większe i bardziej „ślepe” posłuszeństwo niż pozostałych dziewięciu. W czasach Jezusa Żydzi i Samarytanie bardzo źle żyli ze sobą, za czym stały zarówno kwestie religijno-kulturowe, jak i historyczno-polityczne, sięgające czasów powrotu Żydów z niewoli babilońskiej a zintensyfikowane w czasach hasmonejskich. Na płaszczyźnie religijnej Żydzi uważali Samarytan w zasadzie za pogan, a nawet gorzej, bo ci drudzy teoretyczni czcili tego samego Boga, byli więc kimś w rodzaju heretyków i apostatów (negowali oni m.in. centralną i kluczową rolę świątyni jerozolimskiej). Nigdzie nie spotkałem się z informacją, aby kapłani żydowscy pełnili rolę weryfikatorów czystości/nieczystości w związku z chorobami skórnymi również w stosunku do Samarytan. Raczej można się spodziewać, że gdyby bohater tej perykopy zgłosił się do nich, nie spotkałby się z miłym potraktowaniem; być może usłyszałby, że co prawda od trądu jest wolny, ale dalej pozostaje jednym z nieczystych kutim, a na to nie ma lekarstwa. Można więc powiedzieć, że jako jedyny ze wszystkich dziesięciu, został on przez Jezusa postawiony w sytuacji, w której posłuszeństwo nakazowi na ludzki rozum do niczego nie prowadziło, a jeśli to do upokorzenia. A jednak był tu posłuszny.

Po trzecie, akurat w jego przypadku można powiedzieć, że powrót do Jezusa w momencie zauważenia, że jest zdrowy, nie był nieposłuszeństwem pierwotnemu – dla Samarytanina bezprzedmiotowemu – nakazowi ale odkryciem, że tak naprawdę wcale nie musi go wypełniać. Że Jezus poddał go próbie zaufania, z której wyszedł zwycięsko właśnie dzięki posłuszeństwu pozornie bezsensownemu poleceniu.

Sama perykopa jest zastanawiająca i osobiście byłbym skłonny twierdzić, że zwykle wydobywany z niej sens moralny tj. wartość wdzięczności (a więc również jakiegoś kierowania się sercem czy poczucia przyzwoitości) jest niejako obok jej właściwej treści. Opieram się tu na tradycyjnym poglądzie, mówiącym, że Łukaszowa ewangelia stanowi wyraz podejścia Pawłowego, tj. akcentującego uniwersalizm Dobrej Nowiny, tzn. przeznaczenie jej nie tylko dla Żydów ale i dla pogan. Moim zdaniem zasadniczą treścią tej perykopy jest to, że to właśnie poganie – w tym wypadku pogardzani przez Naród Wybrany wyznawcy spoganiałej religii jahwistycznej – są w stanie rozpoznać w Jezusie Boga i Zbawcę, podczas gdy teoretycznie predysponowani do tego Żydzi okazują często w tej kwestii ślepotę. Wskazują na to specyficzne cechy tej opowieści. Uzdrowiony Samarytanin wraca głośno wychwalając Boga i pada na twarz przed Jezusem, dziękując Mu. Pytanie, czy „wychwalanie Boga” i prostracja przed Jezusem to są dwie różne rzeczy. Wydają się temu przeczyć kolejne słowa Jezusa: „Czyż nie dziesięciu zostało oczyszczonych, gdzie jest więc dziewięciu? Żaden się nie znalazł, który by wrócił i oddał chwałę Bogu (ouch heuresthesan hypostrepsantes dounai doxan to theo)?” Wysyła ich do świątyni – głównego miejsca oddawania chwały Bogu – a potem pyta, dlaczego tylko Samarytanin wrócił do Niego, aby tę chwałę oddać. Trudno to inaczej rozumieć, niż w ten sposób, że oddanie chwały Bogu i dziękczynienie Jezusowi to jedno i to samo. Odkrył to półpoganin (nb. heuresthesan pochodzi od heuriskeo: „znaleźć”, „odkryć”, „dowiedzieć się”), a nie odkryli synowie Izraela. W tym kluczu zupełnie inaczej brzmią słowa Jezusa wypowiedziane do uzdrowionego na koniec: he pistis sou sesoken se. Tłumaczone są one w BT w sposób akcentujący fizyczne wyzdrowienie: „Twoja wiara Cię uzdrowiła”. Ale sesoken to forma perfectum od sodzo, a więc m.in. „zbawiam”, „ocalam”. „Twoja wiara cię zbawiła”. Skłonny jestem twierdzić, że w przypadku Samarytanina była to wiara, która wzięła początek w posłuszeństwie, któremu on i pozostali zawdzięczali fizyczne uzdrowienie, ale tylko on poprowadził ją dalej, w kierunku zobaczenia w Chrystusie Boga i Zbawcy (soter – również od sodzo). I to właśnie ta wiara, wyrażająca się w padnięciu przed Panem na twarz była jego „zbawieniem” (można to potraktować prawie jak ilustrację Rz 10,10n.). Nie ma przecież mowy, że pozostałych dziewięciu zostało ukaranych za brak wdzięczności powrotem trądu. Ale żaden z nich nie usłyszał od Jezusa, że jest zbawiony, bo też żaden z nich nie uwierzył w Niego jako w kogoś innego niż tylko cudotwórcę-uzdrowiciela.

Z całym szacunkiem, ale wydobywanie z tej misternej i misteryjnej narracji przesłania o tym, że warto czasem w imię „serca” albo „poczucia przyzwoitości” być nieposłusznym to jej niemiłosierne spłaszczenie, a jeśli wziąć pod uwagę rolę, jaką gra tu posłuszeństwo Jezusowi, wręcz zafałszowanie.

To tyle jeśli chodzi o samą perykopę. Natomiast w rozwinięciu myśli widzę poważną logiczną i praktyczną dziurę. Są jakoby sytuacje, kiedy nieposłuszeństwo – Chrystusowi, co więc mówić o Kościele? – jest wartością, ba, okazuje się być paradoksalnie wiernością Ewangelii. Warunkiem, który musimy spełnić, aby nasze nieposłuszeństwo było wypełnianiem polecenia Jezusa jest „właściwie ukształtowane sumienie”. Wychodzi na to, że operujemy w obrębie jakiejś koncepcji predestynacji. No bo w takim razie są ludzie, którzy albo rodzą się z już właściwie ukształtowanym sumieniem, albo może zostają nim obdarowani z góry w jakimś momencie życia. Jedno i drugie jest możliwe do wyobrażenia, ale przecież nie można robić z tego jakiejś zasady. Byłbym wdzięczny za wskazanie mi po pierwsze, jak  właściwie ukształtować sumienie bez posłuszeństwa (albo z zastosowaniem zasady wartości nieposłuszeństwa), a po drugie, jeśli zgodzimy się, że jednak posłuszeństwo jest kluczowe w kształtowaniu sumienia, to kiedy przychodzi ten zbawienny moment, w którym już możemy przestać być posłuszni, bo proces formacji naszego sumienia jest wystarczająco zaawansowany.

I jeszcze odnośnie „morału”. Po raz kolejny dowiadujemy się, że łamanie przepisów liturgicznych jest w jakiś tajemny sposób wypełnianiem poleceń Jezusa, zaś ludzie, którzy się na to nie zgadzają i takie zachowania krytykują to ci, którzy nie rozumieją Ewangelii. O, delikatnie rzecz ujmując, dziwaczności tego sposobu myślenia pisałem kiedyś przy okazji papieskiego mandatum, nie będę się więc powtarzał. Tutaj chciałbym zwrócić uwagę na to, co może nam poddawać w tej kwestii perykopa o trędowatym Samarytaninie. Każdy z nas jest nieczystym poganinem, zbawionym przez wiarę w Chrystusa, przekładającą się na chwałę oddawaną Bogu i padnięcie na twarz przed Zbawicielem. Liturgia Kościoła nie jest niczym innym jak dziękczynieniem, jakie niegodni trędowaci apostaci składają za nie należące im się ocalenie – dziękczynieniem, które pokolenia naszych przodków w wierze zamknęły w modlitewnym rytuale (w przypadku nowej Mszy nie jest to tak oczywiste, ale też możliwe do utrzymania). Ale to jeszcze nie wszystko, albo inaczej: to nie wyczerpuje możliwości rozumienia liturgii przez pryzmat opowieści o uzdrowieniu trędowatego. Tę ostatnią można ująć jako model mistagogii: posłuszeństwo warunkuje oczyszczenie, które z kolei umożliwia wiarę (otwiera oczy), a ta staje się miłością, tzn. chwałą, jaką zbawione upadłe stworzenie oddaje swojemu Stwórcy i Zbawicielowi. Cały ten układ, niejako w sposób równoczesny, zawiera się w liturgii, bo też nasza – upadłych stworzeń – wiara ciągle wymaga oczyszczenia i oświecenia. I dlatego wszelka gloryfikacja liturgicznego nieposłuszeństwa jest nieporozumieniem, więcej jest zniekształceniem prawdy, pewną formą kłamstwa (nawet jeśli wyrażona bez intencji kłamania). A liturgia bez posłuszeństwa Kościołowi (a więc Chrystusowi) zamiast oczyszczać nas i przez to ożywiać prawdziwą wiarę, łatwo może przerodzić się w celebrację własnych odczuć, stanów umysłu czy poruszeń duszy. Słowem, w formę bałwochwalstwa.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Dekert

Tomasz Dekert na Liturgia.pl

Urodzony w 1979 r., doktor religioznawstwa UJ, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne. Autor książki „Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama” (WAM, Kraków 2007) i artykułów m.in. w „Teofilu”, „Studia Laurentiana” i „Studia Religiologica”. Mąż, ojciec czterech córek i dwóch synów.