Pomiędzy źródłem a szczytem (1)

„Ponieważ Sobór święty postawił sobie za cel: przyczynić się do coraz większego rozwoju życia chrześcijańskiego wśród wiernych, lepiej dostosować do potrzeb naszych czasów podlegające zmianom instytucje, popierać to, co może ułatwić zjednoczenie wszystkich wierzących w Chrystusa, i umocnić to, co prowadzi do powołania wszystkich ludzi na łono Kościoła, dlatego uznał, że w szczególny sposób należy zatroszczyć się także o odnowienie i rozwój liturgii.” [Sacrosanctum concilium, 1]

Drugi Sobór Watykański został zwołany dla czterech celów: 1) coraz większy rozwój życia chrześcijańskiego wśród wiernych, 2) dostosowanie zmiennych instytucji do wymagań naszych czasów , 3) ekumenizm oraz 4) ewangelizacja. Ambitnie. Moim zdaniem: w znacznej mierze cele te zostały osiągnięte. Co z tym wspólnego jednak ma liturgia?

Rozpoczynając filozoficzne (jako żem filozof) rozważania na temat Konstytucji o Liturgii Świętej zaczynającej się od słów Sacrosanctum concilium, chciałem zaznaczyć, że nie mam zamiaru wypowiadać się jako znawca, autorytet, teolog, prorok. Opinie przedstawione (zgodnie z charakterem literatury typu blog) będą wyrazem moich prywatnych przekonań i owocem osobistych przemyśleń. Dlatego też nie obiecuję, że będę zabierał głos w ewentualnych dyskusjach sprowokowanych moimi wpisami. Choć sam do takowych zachęcam.
 
***
 
Na początek osobiste świadectwo. Kilka lat temu zacząłem – z wielu powodów – być coraz bardziej krytyczny wobec mojego Kościoła. Patrząc na jego obraz jawiący się na codzień: życie parafialne, duchowieństwo, afery pojawiające się mediach i te, o których mało kto słyszał, nie byłem w stanie powiedzieć, że go kocham. No bo i jak? Jeśli jest tym, czym go na codzień doświadczam, to moje uczucia względem niego bliższe są pogardy. „Błogosławiony ten, kto we Mnie nie zwątpi” (Łk 7,23). Ale Bóg i na to znalazł sposób.
 
Wyjeżdżając na początku 2009 roku na stypendium do Stanów Zjednoczonych, wziąłem ze sobą jedynie trzy książki: Liturgię Godzin, Psalmy w tłumaczeniu Czesława Miłosza oraz Dokumenty Soboru Watykańskiego II. Czytając dziennie po dziesięć punktów, przeczytanie wszystkich konstytucji, dekretów i deklaracji zajęło mi około dwóch miesięcy. I to był początek mojego kolejnego zakochania się w Kościele, które w zasadzie trwa do dziś. Ktoś może powiedzieć, że to idealizm, ale zrozumienie tego, jak samodefiniuje się Kościół katolicki, jest dla mnie jedynym antidotum na to, co można dostrzec patrząc na jego zewnętrzne działanie. Tylko mając w głowie określenia, jakimi sam siebie opisuje, jestem w stanie przełknąć hańbiące afery, głupich księży, miernotę katolików. Zaciągnąłem wielki dług wobec Soboru i tym cyklem chciałbym go choć w części spłacić.
 
***
 
Co to znaczy, że Sobór chce „przyczynić się do coraz większego rozwoju życia chrześcijańskiego wśród wiernych”? Nie żyłem (na szczęście) przed 1965 rokiem, tamten katolicyzm znam jedynie z opowiadań starszych ludzi i z książek. Ojcowie Soborowi, żyjący i (jak to się w nowomowie kościelnej mówi) „pasterzujący” w tamtym okresie uznali, że życie świeckich nie w pełni odpowiadało powołaniu, jakie swoim uczniom zostawił Chrystus. Jak się temu dziwić, skoro Pius IX pisał do kardynała Manninga (druga połowa XIX wieku): „Czym powinni zajmować się ludzie świeccy? Polowanie, strzelnica, szpital – oto domena ich działalności; to rozumieją i na tym się znają. Ale nie mają prawa mieszać się do spraw Kościoła”… Czy to było życie chrześcijańskie, jakie Chrystus dla swoich uczniów wybrał?
 
Sobór chciał również „lepiej dostosować do potrzeb naszych czasów podlegające zmianom instytucje”. Czy istnieją instytucje Kościoła, które nie podlegają zmianom? Śmiem twierdzić, że nie – wszystko to tylko kwesita stopnia zmienności. Jeśli jednak ostatnie istotne reformy w instytucjach Kościoła odbyły się w szesnastym wieku (późniejsze można nazwać jedynie kosmetycznymi), zaś świat od czasów Oświecenia zupełnie nie przypominał tego, który znali Ojcowie Soboru Trydenckiego – czy można było te zmiany nadal odwlekać?
 
O ile powyższe dwa cele można nazwać wewnętrznymi sprawami Kościoła, o tyle dwa kolejne są wyrazem misji Kościoła na zewnątrz. Czymś bardzo złym byłoby, gdyby Kościół zajmował się jedynie sobą. Decyzja, by „popierać to, co może ułatwić zjednoczenie wszystkich wierzących w Chrystusa”, nie jest czymś nowym, rewolucyjnym. Za olbrzymie novum należy natomiast uznać zmianę języka (na, moim zdaniem, bardziej ewangeliczny, niemal wprost odwołujący się do J 17,20-23) oraz uznanie nowych sposobów poszukiwania tej jedności. Od Soboru nie bedzie to już jednostronne nawrócenie się niekatolików, lecz wspólne poszukiwanie jedności, wymagające nawrócenia obu stron do Chrystusa. Zwornikiem jedności znów staje się Chrystus, a nie sam prymat papieski.
 
I wreszcie: Sobór chce „umocnić to, co prowadzi do powołania wszystkich ludzi na łono Kościoła”. Ewangelizacja nadal pozostaje jednym z najważniejszych zadań Kościoła, w tym: jednym z czterech celów, dla których został zwołany Sobór. Błądzą ci, którzy chcieliby, by Kościół uznał Ewangelię Jezusa Chrystusa za primus inter pares drogami zbawienia. Nie, orędzie zbawcze Jezusa jest jedynym prawdziwym i do niezbywalnego prawa i obowiazku Kościoła należy głoszenie go wszystkim, wszędzie i na wszelkie możliwe sposoby.
 

A zatem: co z tym wszystkim ma wspólnego liturgia? Zobaczmy.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Sebastian Gałecki

Sebastian Gałecki na Liturgia.pl

Filozof, etyk i bioetyk, chrześcijanin, teolog-amator, motocyklista, z urodzenia częstochowianin, poszukiwacz pytań i odpowiedzi.