Poznanie, miłość, dialog

Od jakiegoś już czasu chodzi mi po głowie, żeby sprobować jakoś ugryźć kwestię dialogu ekumenicznego i międyreligijnego. Problem jest skomplikowany, kontrowersyjny i budzi duże emocje, nie mam więc nadziei, iż to, co napiszę będzie do przyjęcia przez wszystkie strony sporu. Zwłaszcza, że sam mam problem ze zdefiniowaniem owego dialogu, choćby na własne potrzeby. Dlatego może napiszę nie tyle o samym dialogu (czymkolwiek on jest), ale o czymś, co w moim odczuciu powinno być parametrem zawsze branym pod uwagę przy próbach jego zdefiniowania.

Najkrócej można to ująć w zdanie: poznanie = miłość. Jest to stary temat mistyczny, eksplorowany mocno np. we wczesnochrześcijańskich komentarzach do Pieśni nad pieśniami i generalnie przewijający się w mistyce chrześcijańskiej (i nie tylko). Oczywiście wszędzie tam chodzi przede wszystkim o „miłosne poznanie“ Boga przez człowieka i odwrotnie. Na bardziej ogólnym poziomie, a w sposób szczególnie mi bliski, sens tego zdania uwidacznia się w biblijnym hebrajskim, który tym samym słowem, jada‘, określa wiedzę/poznanie i intymne zbliżenie („wnikanie z miłością“, jak określał to jeden z moich wykładowców). Jak mówi się w Rdz 4,1: Wa’adam jada‘ ’et hawwah ’iszto – „I poznał Adam Ewę, kobietę swoją“. Trudno przecenić wagę i siłę tego zrównania.

Jakie ma ono jednak znaczenie dla kwestii dialogu? Moim zdaniem kluczowe, ale żeby to wyłuszczyć, muszę spróbować jeszcze jedną rzecz opisać.

Nie pomylę się chyba bardzo, jeśli powiem, że toczony w obrębie katolicyzmu spór o dialog międzywyznaniowy i międzyreligijny oscyluje pomiędzy dwoma skrajnościami. Z jednej strony mamy tych, którzy uważają religie niechrześcijańskie generalnie za złe (w przypadku „wiarołomnych Żydów“, będzie to religia przeniewiercza, zaś jeśli chodzi o „czcicieli bałwanów“ mówi się niekiedy nawet o inspiracjach demonicznych), natomiast inne wyznania chrześcijańskie za schizmatyckie i/lub heretyckie. Dialog ma polegać na nakłonieniu ich, aby porzucili swoje błędy i zgłosili akces do Kościoła rzymskiego. Jest to podyktowane litością dla ich, mimo wszystko, nieśmiertlnych dusz, które w innym przypadku trafią do piekła. Z drugie strony są ci, którzy twierdzą, że na tę górę zwaną „Bóg“ każdy wchodzi swoją własną ścieżką, a wszystkie one mają tę samą wartość. Dialog to przede wszystkim wszechogarniająca tolerancja oraz czerpanie z innych tradycji tego, co w nich najlepsze, co najlepiej pozwala doświadczyć transcendencji. Eschatologią (w tym kwestią zbawienia) zwolennicy tego podejścia się nie zajmują, interesuje ich raczej wspomniana tolerancja; mają natomiast czasami przynajmniej w moim odczuciu, tendencje do popadania w kompleks niższości w stosunku do innych tradycji, które, ich zdaniem, są od katolicyzmu bardziej uduchowione, mniej opresyjne itd.

 Ten opis jest oczywiście uproszczony i dotyczy skrajności (gdzieś pomiędzy nimi są ci, którzy myślą w kategoriach wyznaczonych przez Lumen gentium, a więc przez pryzmat „rozszerzonej“ definicji Kościoła), na skrajnościach jednak łatwiej pokazać mechanizmy myślenia, jak też ich zasadnicze braki.

W moim odczuciu, jakkolwiek brzmi to paradoksalnie, pierwszą i podstawową ułomnością wykazywaną przez obie strony sporu jest brak prawdziwego poznania (= umiłowania) własnej tradycji. Wychodząc od tego braku, przedstawiciele dwóch wspomnianych opcji dochodzą do skrajnie przeciwstawnych wniosków.

Oczywiście takie sformułowanie może wywołać gwałtowny sprzeciw tych, którzy uważają katolicyzm za dzierżyciela jedynej słusznej prawdy. I rzeczywiście trzeba powiedzieć, że w konkursie „kto wie więcej o katolicyzmie“ statystycznie wygrywają z tymi drugimi. Pytanie tylko, czy jest to wiedza (= miłość) pełna i prawdziwa. Czy nie jest to poznanie wybiórcze, a miłość ślepa? W kontekście historii całego chrześcijaństwa, tryumfalistyczny dyskurs, głoszenie wyłączności oraz aroganckie roszczenia wysuwane w kierunku innych wyznań chrześcijańskich brzmią delikatnie mówiąc idiotycznie. A czy mylę się, myśląc, że są one wynikiem postawy zamknięcia zarówno na prawdę historyczną, jak też na świadomość słabości naszego wyznania? Powiem więcej, są efektem lęku. Prawdziwe poznanie wiąże się z przyjęciem całej prawdy, także tej, która nie pasuje do naszych wyobrażeń, która relatywizuje prosty, czarno-biały światopogląd, z którą trzeba się zmagać w przestrzeni naszej wiary, która wymusza pokorę. To jest zarazem prawdziwa miłość – kocham Kościół tak, jak go znam, a więc zarówno z jego wielkością, jak też z jego nędzą, jako przestrzeń, w której Bóg realnie działa i jako coś kształtowanego przez ludzi z ich (naszym) zanurzeniem w czasie (historycznością) i słabością. W Kościele te dwie rzeczywistości wiążą się ze sobą nierozerwalnie.

Zwolennicy dialogu bez granic (mówimy oczywiście o tych spośród katolików) wychodzą od postulatu tolerancji, który często jest równoznaczy nieledwie z apriorycznym zrównaniem wszystkich wyznań i religii. Wydaje mi się, że można by tu wyróżnić dwie grupy. Jedna z nich będzie głosić zasadniczą wewnętrzną jedność tradycji religijnych (często odwołują się przy tym do mistyki), a druga będzie podkreślać „ciemne strony“ katolicyzmu i przeciwstawiać je pozytywnym aspektom innych wyznań czy religii. (Myślę, że tu znów powinienem zaznaczyć, że posługuję się celowym przerysowaniem.) Przy takich podejściach nie może być mowy o pogłębionym poznaniu własnej tradycji – dla zwolenników pierwszego będzie to niepotrzebne, zwolennicy zaś drugiego "myślą, że wiedzą", a więc będą zamknięci na tej wiedzy pogłębienie. Brak pełnej, a przynajmniej procesualnie pogłębianej wiedzy (wiadomo, że pełnej nikt nigdy mieć nie będzie) równa się brakowi miłości. W tym przypadku jest to stan wyjściowy, który może się tylko pogłębiać.

Trochę z innej strony, ale posługując się ciągle zdaniem poznanie = miłość, można przyjrzeć się kwestii podejścia obu stron sporu do wyznań niekatolickich i religii niechrześcijańskich.

„Katolikocentrycy“ ewidentnie grzeszą tendencją do programowej ignorancji jeśli chodzi o inne religie i wyznania (zwłaszcza te, które tkwią korzeniami w pierwszym tysiącleciu, albo wręcz w czasach apostolskich). Po co im wiedzieć cokolwiek na ich temat, skoro to wszystko herezja, schizma, błędy, ciemnota, a czasem wręcz diabelski opar? Widzę w tym lęk przed dekonstrukcją własnego wygodnego światka, w którym możemy spokojnie pielęgnować nasze poczucie wyższości. Poznanie ich byłoby przecież ich pokochaniem, a miłość jest wymagająca – wymaga na przykład wyrzeczenia się części własnych sądów o rzeczywistości (vide małżeństwo).

Stronnicy przeciwnej opcji, choć tym razem pewnie wygrywają na wiedzę z „katolikocentrykami“, podchodzą do innych tradycji wybiórczo, operując na ich uogólnionym obrazie, bądź na tych ich aspektach, które postrzegają jako czyniące je „lepszymi“ od katolicyzmu. Mówią oni o uduchowieniu prawosławia, demokratyczności protestantyzmu, buddyjskim pacyfizmie, głębi hinduistycznej antropologii, taoistycznym podejściu do seksu itp. Jest to jednak spojrzenie powierzchowne, abstrahujące od całościowych historycznych i ideologicznych kontekstów tych tradycji. Przyjrzawszy się im bliżej można zobaczyć, że również tam mamy do czynienia zarówno z Bożą iskrą, jak też po prostu z człowiekiem, wraz z wszystkimi jego wielkościami i całą nędzą.

Dialog to miłość, która jest poznaniem. Nie można prowadzić z kimś dialogu nie znając siebie oraz będąc zamkniętym na poznanie tego drugiego.

P.S. Czytając, to co napisałem, mam dojmujące uczucie, że nie jest to do końca to, co chciałem wyrazić, nie mówiąc o tym, że sugerowany opis obu stron sporu jest potwornie schematyczny i ograniczony. Tak też to czytajcie.

   

 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Dekert

Tomasz Dekert na Liturgia.pl

Urodzony w 1979 r., doktor religioznawstwa UJ, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne. Autor książki „Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama” (WAM, Kraków 2007) i artykułów m.in. w „Teofilu”, „Studia Laurentiana” i „Studia Religiologica”. Mąż, ojciec czterech córek i dwóch synów.