Prawda broni się sama

Grudzień upływa dla katechety pracowicie. Organizacja wigilii szkolnej, klasowej, próby przedstawienia na Boże Narodzenie, strojenie sali od religii. Lubię ten czas, choć znacząco wzrasta mi wtedy poziom stresu i kofeiny w organizmie.

Lubię patrzeć na moich uczniów – przychodzących na przerwie z pytaniem „Proszę pani, a mogę ja też?”; recytujących, śpiewających, odkrywających przede mną talenty, pomysłowość, zapał, gotowość do podejmowania dodatkowej, pozalekcyjnej pracy. I choć na ogół widzę ich wtedy przebranych, to prawdziwych bardziej niż kiedykolwiek.

Przygotowując młodzież i siebie na Święta stawiam na prawdę. Choć staram się o to, by było kolorowo, miło i życzliwie, próbuję wprost i nie wprost zadawać nam pytanie o zawarty w Bożym Narodzeniu teologiczny przekaz wiary. Bo przecież gramy i śpiewamy kolędy nie tylko dla uzyskania atmosfery. Razem patrzymy na ubóstwo Boga-człowieka, poznajemy charakter nowego królestwa i bardzo mizerne środowisko, które jest pierwszym adresatem Dobrej Nowiny. Szukamy w tym wszystkim miejsca dla siebie, dla innych, którym składamy życzenia przy wigilijnym stole. A może i dla tych, z którymi nie umiemy czasem po ludzku rozmawiać, choć wszyscy mówimy ludzkim głosem. Nie ma co ukrywać – Boże Narodzenie to święta dla chrześcijanina trudne, bo tak naprawdę prowadzą do  uświadomienia sobie realności naszej wiary, konfrontacji z jej historycznością i z jej konsekwencjami; spotkania „kiedyś” z „teraz”.

Podobno w noc Narodzenia bydlęta mówią ludzkim głosem. Coś w tym jest, bo Święta to dla wielu ludzi moment, w którym przynajmniej na chwilę odnajdują swoje człowieczeństwo. W Bożym Narodzeniu chodzi o jedno i o drugie – o Bóstwo i o Człowieczeństwo. Nie tylko Jego. Nasze też. Nasze, nauczycielskie – przede wszystkim. Bo żeby być nauczycielem trzeba być człowiekiem.

Teraz, kiedy to piszę, dzwoni do mnie Znajomy. Wiem, że jakoś sobie radzi, ale czasem radzi sobie gorzej niż jakoś. Wtedy dzwoni do mnie i w telefonie słyszę: „cześć, to ja”. I wiem co będzie dalej. Długa i trudna rozmowa, a może bardziej monolog pełen pretensji dlaczego Bóg jest taki, a świat taki i czemu ja mu tego nie wytłumaczę, skoro jestem teologiem. I tak oto bydlęta prawie mówią ludzkim głosem, a ja warczę: „nie mam czasu, oddzwonię” (jestem zajęta, piszę o miłości bliźniego!).

Chociaż wiadomo nie od dziś, że największym ciężarem człowieka było, jest i będzie osamotnienie, bywa że reagujemy na nie, kiedy mamy dobry humor, czas i naładowany telefon. Na szczęście w porę puknęłam się w głowę i…uf, mogę nie wykreślać powyższych rozważań.

Tak, sama też muszę sobie przypominać, że Boże Narodzenie to święta prawdziwej Bożej i ludzkiej dobroci, choć od strony człowieka  czasem trudno dociec, czy ta dobroć służy poprawie własnego samopoczucia i wizerunku, czy jest też autentyczną troską o drugich, podjęciem przykazania miłości. Przecież uczę młodzież, że łamanie się opłatkiem ma wielką wymowę symboliczną, oznacza, że „wszyscy jednego chleba uczestnikami jesteśmy”, ilustruje przebaczenie, otwartość. Siebie też muszę tego uczyć. Jak – nie daj Boże! – pomyślę, że już nie muszę, to lepiej będzie zmienić pracę.

W zeszłym roku jeden z uczniów łamiąc się opłatkiem powiedział mi: „Życzyłbym Pani zdrowia, ale wiem, że Pani wie, że na Boże Narodzenie i w ogóle, to nie jest wcale takie najważniejsze. Życzę więc tego, co najważniejsze. Pani dobrze wie, co to powinno być. I nawet nie wiem, czy trzeba jeszcze tego Pani życzyć”.

To były najpiękniejsze życzenia jakie miałam okazję usłyszeć. Przypomniały mi, kiedy na jakieś katechezie mówiłam uczniom, że jeśli życie Syna Bożego w ludzkim ciele ma być dla chrześcijanina wzorem, to mówienie, że zdrowie jest w życiu najważniejsze, brzmi jak żart i to kiepski, w młodzieżowym slangu „suchar”. Prawda obroniła się sama. Prawda o Bogu i o człowieku.  A uczeń dał mi tę prawdę jak najlepszy gwiazdkowy prezent.

W tegoroczne przedstawienie na Boże Narodzenie w naszej szkole zaangażowało się prawie 30 osób. Z różnych klas, z różnych grup przyjaciół i nieprzyjaciół, z różnymi przeżyciami i z różnymi poglądami na wiarę, Boga, Kościół i katechetów.

Wierzcie mi: „Pójdźmy wszyscy…” w wykonaniu tej trzydziestki brzmi najpiękniej na świecie. Wierzę, że 21 grudnia 2012 roku, na premierze naszego przedstawienia, prawda znów obroni się sama. A ja, bardzo chętnie, patrząc z nieukrywaną dumą na uczniów kłaniających się Nauczycielom i Kolegom, na pohybel powszechnym prognozom, cicho zaśpiewam sobie coś jeszcze: „Świat się nie kończy, świat się zaczyna!”

 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Małgorzata Janiec

Małgorzata Janiec na Liturgia.pl

Teolog i dziennikarka. Na świecie obecna od ponad 30 lat. W szkole jako katechetka – 10 razy krócej. Na lekcjach pyta z pytającymi. Szuka z szukającymi. Wierzy z wierzącymi i wierzy w „niewierzących”. Modli się ze wszystkimi i za wszystkich. Do pracy ma pod górkę. A w pracy uczy siebie i innych, że do nieba idzie się zwyczajnie – pod górkę lub nie – po ziemi.