Proces Jezusa

Jeszcze raz skoncentrujmy wzrok na Osobie Jezusa stojącego przed Kajfaszem. Jezus milczy. Nie odpowiada ani na pytania, ani na zarzuty. Oskarżyciele są bezradni wobec takiej taktyki obrony. Zeznania świadków są sprzeczne. Oskarżonego nie daje się pochwycić na niebezpiecznym wyznaniu, bo po prostu odmawia kontaktu. Kajfasz już widzi, że Jezus mu się wymyka z rąk. Nie da się w tej sytuacji postawić wniosku o karę główną. Jakaś chłosta, jakaś grzywna, to tak, ale to za mało, by skończyły się z Nim kłopoty. I wtedy, nie kierując się logiką oskarżeń, ale jakby wiedziony jakimś niepojętym natchnieniem, Kajfasz stawia to właściwe pytanie. Jedyne, na które Jezus chce odpowiedzieć. Czemu chce, skoro tylko milczenie Go ratuje?

Są dwa powody, dla których Jezus reaguje na to pytanie i dwie perspektywy, które pozwalają zrozumieć Jego “samobójczą” prawdomówność. Pierwszą otwierają wypowiedziane wcześniej przez Niego słowa: Nie ma on – to znaczy szatan – nic swego we Mnie (J 14,30b). Znaczy to, że nawet cienia kłamstwa, przemilczenia, udawania, niedopowiedzenia – tych wszystkichtak dobrze nam znanych sposobów na uniknięcie niepotrzebnego konfliktu – w Nim nie ma. On tego nie potrafi. Nie umie. Tak, Ja Nim jestem – jak promień, jak strumień ostrego światła wpadający w bajoro kłamstw, matactw, najniższych instynktów, które wezbrało tej nocy. Jezus stojący niewzruszenie wśród tych ciemności, które lęgną się w nieprawych sercach i falą wypełzają na świat. Jedyne Światło, które nie zna zmierzchu. Którego ogarnąć i przyćmić nie są w stanie. I Kajfasz, który, gdy padnie na niego promień tego Światła, musi wyznać swą wewnętrzną nieprawdę. Musi się odsłonić, zdeklarować. Taka reguła obowiązuje w godzinie sądu. Na tym ten sąd polega: na ukazaniu się prawdy i fałszu w całym przeciwieństwie ich natur. Nie Kajfasz sądzi Jezusa, ale Jezus sądzi Kajfasza. Sądzi według reguł Królestwa Prawdy: nie wytacza mu procesu, nie formułuje oskarżeń, ale stawia go w Świetle. I to już wystarcza.

I perspektywa druga, mesjańska: ponadczasowy wymiar tych wydarzeń, który nie bierze się z jakiejś ich późniejszej interpretacji, docenienia ich ważkich konsekwencji, ale w którym Jezus trwa i te wydarzenia rozgrywa. Tę perspektywę najpełniej ukazują końcowe rozdziały Apokalipsy św. Jana. Potem ujrzałem niebo otwarte: i oto – biały koń, a Ten, co na nim siedzi, zwany Wiernym i Prawdziwym, oto sprawiedliwie sądzi i walczy (19,11). U końca czasów Jezus powróci jako Ten, co… sądzi i walczy. Taki sam jak podczas przesłuchania, gdy walczył z odwiecznym przeciwnikiem Boga i gdy dokonywał nad nim sądu. Przyjdzie jako kwintesencja jasności, czystości, przejrzystości gromadząc wokół siebie wszystko, co na świecie jasne i czyste, wszystko, co “żywi się” światłem. A Jego Imię – Król Królów i Pan Panów – przewyższa wszelkie imię, bo z istoty swej On jest Zwycięzcą, gdyż wobec Niego wszelkie zło, nieprawość, przytajenie musi odsłonić swe mroczne oblicze. Nie dlatego, że tego chce, ale dlatego, że On jest Lampą , która nie zostawia cienia. I dlatego Kajfasz wbrew sobie, wbrew własnemu interesowi rozdziera swe szaty. To jest silniejsze od niego. To się decyduje poza nim. On jest tylko terenem tej gry.

Naprzeciw zaś Króla Królów – to obraz z 16. rozdziału Apokalipsy – stają demony czasów ostatecznych, Bestia i Fałszywy Prorok, a pod ich wodzą wszyscy, którzy pokochali nieprawdę, bardziej umiłowali ciemność, jak mówi Jezus do Nikodema (J 3,19), a więc im oddali we władanie swe serca i umysły. Bitwy jednak nie będzie, bo nie ma takiego miejsca, gdzie obie “armie” mogłyby się spotkać: Nie ma on jednak nic swego we Mnie. Nie ma punktu wzajemnej styczności. Jest tylko Jezus zwycięski ze swej natury i Jego przeciwnik, dla którego odsłonięcie się, zdeklarowanie jest aktem ostatecznej klęski. To właśnie symbolizuje nazwa Har-Magedon, nazwa miejscowości, gdzie zgromadził swe oddziały. Miejscowości, która w historii Izraela była miejscem, a później symbolem druzgocącej klęski.

A dalej: I pochwycono Bestię, a z nią Fałszywego Proroka… (Ap 19,20). Owo pochwycenie, które jest wstępem do ich unicestwienia, to po prostu inne określenie na to, co nazywaliśmy odsłonięciem, ujawnieniem nieprawdy, nieautentyzmu bycia. Groźne i aktywne jest to, czego nie udaje się postawić w świetle. Spojrzenie, które na dziedzińcu arcykapłana Jezus rzuca Piotrowi w chwili, gdy rozlega się pianie koguta – sygnał: to tu, w tym miejscu jest twoja otchłań – niesie nie wyrzut, ale pomoc w tym wysiłku pochwycenia. I Piotrowi ono się udaje. Taką samą szansę otrzymał Kajfasz i właściwie wszyscy, którzy tej godziny sądu przewijają się przed obliczem Syna Bożego.

Sąd jest więc dziełem Króla Królów. Nikt, żaden archanioł czy cherubin, nie może Go tu zastąpić. On jeden, Lew z pokolenia Judy, odrośl Dawida, ma dość mocy, by przeprowadzić ludzkość przez sąd. Dlatego tak ważne jest każdorazowe potwierdzenie: Tak, Ja Nim jestem. “Ja Nim jestem” i oto dokonuję tego dzieła.

Mijają wyczerpujące godziny przesłuchania. Godziny walki Światła z ciemnością. Jego początki toną w mroku nocy. Wyrok zapada w samo południe – gdy słońce jest u szczytu nieboskłonu, świeci najjaśniej. W godzinie sądu narasta jasność – przypadek czy wyraz głębokiej, ontycznej spójności świata?

I trochę inny wymiar tej spójności: sąd. W perspektywie, która narzuca się oczom – przewód sądowy, nieuczciwy, kunktatorski, ale w końcu dość typowy, jeden z bardzo wielu, w perspektywie duchowej – sąd według reguł Królestwa Prawdy. Jednak tu i tam sąd. Jakby od tego prawniczego sztafażu nie można się było uwolnić. A z drugiej strony właśnie ten sztafaż: zderzenie dwóch tak różnych w swym charakterze, inny cel mających przewodów, kogo innego dotyczących, pozwala uchwycić absolutną wyjątkowość czasu procesu Jezusa. Czasu, który w szczególny sposób zgęstniał, łącząc w sobie chwilę bieżącą z eschatonem.

Tekst pochodzi z książki Marii Szamot, pt. Chcę widzieć Jezusa (WAM, Kraków 2007, s. 287-290)

 

 

Zobacz także