Proste dary

Simple gifts - taki tytuł nosi najbardziej znana pieśń shakerów, wspólnoty religijnej, której wioskę zwiedziliśmy w czwartek. W tej części relacji z podróży będzie mowa nie tylko o nich, ale i o tytułowych prostych darach, którymi zostałem szczodrze obdarowany w Nowej Anglii.

Żeby dojechać w rejon Berkshire, trzeba się udać w prawie dwugodzinną drogę z Amherst. Po drodze słuchaliśmy płyt związanych z filmem "Awake, My Soul". Pierwsza z nich to nagrania śpiewów Sacred Harp wykorzystane w filmie, a zrobione podczas rozmaitych conventions, a pewnie i mniejszych spotkań śpiewaczych. Przed oczyma stawały sceny z filmu, a szczęśliwie przypominały się też melodie, więc dało się włączyć w śpiew. Druga płyta to współczesne opracowania pieśni – pierwsza taka płyta w historii. Najlepsze dwa utwory wykonuje Tim – to sam ze skrzypcami, to z zespołem. Do jego poziomu zbliża się Mac Powell. Wybrał piękną pieśń – Help Me To Sing. Szkoda tylko, że po świetnym początku z mocnym śpiewem a cappella następuje dalszy ciąg z instrumentami, mniej ciekawy. Jest jeszcze zadziorna i radosna rockowa wersja pieśni Essay w wykonaniu Tenement Halls; bardzo adekwatna, zważywszy że melodia tenoru nie dziwiłaby śpiewana w jakimś pubie. Krótko mówiąc: najlepsze opracowania to te, które zachowują energię i prostotę oryginałów.

Celem wyprawy było Hancock – dawna osada shakerów, niezwykłej protestanckiej wspólnoty, której członkowie – bracia i siostry – żyli w celibacie. Hancock to obecnie muzeum. Samo w sobie byłoby wystarczająco niezwykłe, cóż dopiero, kiedy pozwolono nam pooglądać skład obiektów przygotowywanych do ekspozycji. W muzealnym sklepie można kupić całą masę pamiątek, w tym rozmaite przyprawy pochodzące z upraw dzisiejszych shakerów (bodajże zamieszkałych w Sabbathday Lake). Można by wiele opowiadać o shakerach, można by się spierać o to, co z ich spuścizny pozostaje przebrzmiałą osobliwością, ale najważniejsze jest wciąż aktualne przesłanie prostoty. Wspólnota  żyjąca w oczekiwaniu na powtórne przyjście Chrystusa, szokująca współczesnych równością mężczyzn i kobiet, nie tyle nawet głoszoną, co przeżywaną. Przewodnik ładnie o tym opowiedział na przykładzie krzesła. Shakerzy słynęli ze swoich praktycznych prostych krzeseł, a podział pracy był taki: mężczyźni pracowali w drewnie, a kobiety przygotowywały plecione siedzenie. Prostota życia dzielonego między pracę i modlitwę.

Simple gifts – śpiewaliśmy tę pieśń czytając ją z kartek otrzymanych od przewodnika, siedząc w ławkach miejsca modlitwy shakerów. W tym czasie przewodnik, śpiewając, tańczył zgodnie z tekstem pieśni. Potem już bez przewodnika, ale z Allison, która pracowała tu jako wolontariuszka i miała swój warsztat, obejrzeliśmy pozostałe budynki. W innym miejscu modlitwy zaśpiewaliśmy na dwa głosy 47b, czyli "Idumeę". Świetna akustyka i przejmujący moment – śpiewać w takim miejscu. Zarazem – cóż prostszego i bardziej oczywistego. Nie przyszliśmy gapić się na ślady egzotycznej wspólnoty, ale zaczerpnąć coś dobrego z tego miejsca.

Okazało się, że Allison miała w swoim samochodzie jedno ze swoich dzieł. Tekst tam zapisany to Hick’s Farewell, którego można posłuchać na jednej z płyt Tima. Przypomniało mi się, że we wtorek śpiewaliśmy ze trzy różne opracowania tego tekstu, jedno po drugim. A było tak: pastor Hicks ułożył ten wiersz na łożu śmiertelnym, żegnając się z bliskimi i swoją wspólnotą. Jak tylko pieśń napisał, wyzdrowiał. A skoro mowa o wątkach żałobnych, nigdy nie widziałem tylu tak starych grobów, jak w Bostonie. Allison czerpie inspirację z motywów nagrobnych i sztuki shakerów.

W drodze do Hancock zatrzymaliśmy się na lunch. Zjedliśmy krabburgery i pogadaliśmy o rozmaitych sprawach. Allison mówiła, jak tworzenie nowych pieśni w stylu Sacred Harp pomogło jej w czasie ciężkiej choroby brata. Była też mowa o tym, że ten śpiew jest inclusive. Na Południu łączy chrześcijan różnych wyznań, a na zlaicyzowanej Północy Sacred Harp śpiewają także niechrześcijanie i wręcz niewierzący. Można się zastanawiać, ile w tym niekonsekwencji: jak można śpiewać o Jezusie, zbawieniu, grzechu, Sądzie Ostatecznym i nadziei na Niebo nie będąc chrześcijaninem. Wolę widzieć rzecz od innej strony i patrzeć na ten śpiew i jego śpiewaków jako na gościnną wspólnotę. Myślę też o moim miejscu w tej wspólnocie. Przestałem się zastanawiać nad dziwnością śpiewania przez polskiego zakonnika pieśni amerykańskich protestantów. Nie dziwi mnie to bardziej niż śpiewanie średniowiecznych pieśni po łacinie. Te pieśni tak wiele wniosły w moją wiarę, w moje życie. Dar przyszedł z nieoczekiwanej strony, ale niewątpliwie jest to Boży dar.

Cała wyprawa do Nowej Anglii przyniosła szczodre dary – jakie proste, jakie piękne! Śpiewanie pieśni zdolnych obudzić umarłego; cieszenie się nie tylko pysznymi daniami, ale bardziej jeszcze hojnością gospodarzy. Najdziwniejsze i najwspanialsze ze wszystkiego: wspólnota śpiewu, przekraczająca granice języków, wyznań, kontynentów, czasu. Wspólnota ze św. Pawłem, z Wesleyem, z Billingsem, z Timem, z baptystami z Alabamy i śpiewakami z Północy, także niewierzącymi. Kwadrat – hollow square – w którym śpiewa się Sacred Harp, to dla mnie symbol Nieba. Nie wydumałem tego sobie, nie powtarzam tego, co usłyszałem czy przeczytałem (nawet, jeśli przeczytałem i usłyszałem takie właśnie porównania). Po prostu tak to właśnie sam przeżywam.

Proste dary są po to, żeby je przyjmować, a potem innych obdarzać – czym innym, w inny sposób, tak jak tego potrzebuje.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Błażej Matusiak OP

Błażej Matusiak OP na Liturgia.pl

Obecnie w dominikańskim klasztorze w Pradze. Publikacje: Hildegarda z Bingen. Teologia muzyki (Kraków 2003); recenzje płytowe w Canorze, cykl audycji „Musica in Ecclesia” w Radiu Józef.