Przepis na ascezę

Święcenia kapłańskie pamiętam doskonale. W 1950 r. byłem jedynym neoprezbiterem w naszej prowincji, wozili mnie więc po całej Polsce niczym małpę w klatce, dla reklamy. Święceń udzielał mi biskup pomocniczy ks. kardynała Adama Sapiehy, ks. Stanisław Rospond. Wszystko odbywało się według dawnego rytu. Przedstawiono mnie biskupowi, a ten zapytał zgromadzonych w świątyni: "Czy on jest godny przyjąć święcenia kapłańskie? Jeśli ktoś ma coś przeciw, niech wstanie i powie" (na szczęście, po łacinie...). Uroczystość była dostojna.

Święcenia kapłańskie pamiętam doskonale. W 1950 r. byłem jedynym neoprezbiterem w naszej prowincji, wozili mnie więc po całej Polsce niczym małpę w klatce, dla reklamy. Święceń udzielał mi biskup pomocniczy ks. kardynała Adama Sapiehy, ks. Stanisław Rospond. Wszystko odbywało się według dawnego rytu. Przedstawiono mnie biskupowi, a ten zapytał zgromadzonych w świątyni: "Czy on jest godny przyjąć święcenia kapłańskie? Jeśli ktoś ma coś przeciw, niech wstanie i powie" (na szczęście, po łacinie…). Uroczystość była dostojna. Biskup był ubrany w bogate szaty liturgiczne, miał nawet specjalne pończochy i pantofle. Dzisiaj nie ma już takiej pompy i chyba dobrze.

Naśladować Chrystusa

Myślę, że istotny w święceniach jest moment przeobrażenia diakona w prezbitera, który od tej chwili, sprawując liturgię, zaczyna dokładnie naśladować Chrystusa. Podczas Eucharystii mówi w pierwszej osobie: "To jest Ciało Moje", a w konfesjonale: "Ja ciebie rozgrzeszam". Samo wypowiedzenie tych słów dokonuje rewolucji w jego świadomości, bo teraz już działa przez niego bezpośrednio Chrystus, i w ten sam sposób poprzez każdego kapłana: ks. Jasia Kowalskiego czy Papieża. Nie ma różnicy między Mszą św., którą odprawia Papież na Placu św. Piotra w Rzymie z udziałem tysiąca wiernych, a prymicjami ks. Kowalskiego. Tam gigantyczna oprawa, tu skromna – ale istota Mszy św. jest dokładnie ta sama.

Najważniejsze w kapłaństwie, już od momentu święceń, jest coraz głębsze i coraz bardziej świadome naśladowanie Chrystusa, szczególnie przy ołtarzu i w konfesjonale. To miejsca, w których kryje się tajemnica kapłaństwa. Czuję wtedy, że między mną a Chrystusem nie ma żadnej różnicy, chwilowo oczywiście. Zjednoczenie z Jezusem jest częścią powołania kapłana. Taka mistyka jest możliwa nie tylko w zamkniętych klasztorach, ale też na plebanii. Promieniuje ona wtedy na całą parafię, a ludzie od razu zauważają, że kapłan ma status nie ludzki, lecz z racji święceń – boski.

Święta z czasów PRL

Dawniej dużo spowiadałem i nieraz czułem, że penitent jest o wiele lepszy ode mnie, bo ja w jego sytuacji byłbym gorszy. W konfesjonale spotkałem kilku świętych. Co ciekawe, były to kobiety. Jedna z nich mieszkała na Dolnym Śląsku i miała na imię Agnieszka. Była maturzystką. Prosta dziewczyna, ubrana w dżinsy, niby niczym się nie wyróżniała, ale kiedy klęknęła przy konfesjonale, wyraźnie widziałem światło. To było światło łaski. Kiedyś w niedzielę czytała podczas Mszy św. czytania liturgiczne, z całkowitym przekonaniem, że głosi Prawdę. Miała później z tego powodu kłopoty w szkole, bo to było w czasach PRL. Wychowawca upomniał ją, że czytanie to sprawa księdza, a nie dziewczyny, szkoła zaś kształtuje młodzież według nowoczesnych metod, bez zabobonów. Groził, że będzie miała problemy z maturą. Ale ona się nie bała.

Zrobiła na mnie duże wrażenie. Próbowałem ją później naśladować. Jednej niedzieli wygłosiłem kazanie, w czasie którego mówiłem tak jak Agnieszka, z zupełnym przekonaniem głoszenia Prawdy. W ławce siedziała sobie rodzinka: pani, dość korpulentna, obok małżonek i dzieciak, który ciągle się obracał (bo dzieci wiedzą, że Pan Bóg jest wszędzie…). Kobieta często spoglądała na zegarek, pewnie makaron nastawiła na mały gaz… Mówię więc głośno: "Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy pomrzecie!". Kobieta zdziwiła się, dlaczego ksiądz tak krzyczy. Przecież ona ma ślub kościelny, przyjmuje co roku kolędę, dziecko posyła na religię, a więc o co chodzi? Choć w kościele zrobił się szum, ludzie zaczęli szeptać, poczułem wreszcie, że mówię z przekonaniem.

Świeżość łaski

Taki był wpływ Agnieszki na mnie. Była w niej świeżość łaski, która powinna towarzyszyć kapłanowi zawsze, na ambonie, przy ołtarzu czy w konfesjonale. Kapłan powinien głosić Prawdę tak jak ta dziewczyna, nie bojąc się konsekwencji. U niej to było pewnie przejściowe, ale ksiądz powinien mieć coś takiego na stałe. Wiadomo, czasem jest zmęczony, boli go głowa, a musi odprawić Mszę św. i jeśli nie ma ministranta, dodatkowo przeczytać oba czytania. Jednak, mimo złego samopoczucia, przez to wszystko powinno przebić się światło łaski, szczególnie przez Ewangelię. Życie kapłana to takie życie, w którym świadomość łaski Bożej nie powinna być wygaszana złym samopoczuciem. To wcale nie jest łatwe, ale kapłan w jakiś sposób musi przeżywać spotkanie z Bogiem, bo inaczej wszystko będzie drętwe. Podobnie, w czasie Przeistoczenia, kapłan musi "widzieć umysłem", że to jest Ciało Pańskie i Krew. Musi przeżyć ten moment i przekazać go. Takie przeżywanie Boga jest doświadczeniem mistycznym.

Z kobietą gorzej niż z diabłem

W 1950 r., zaraz po święceniach, pojechałem z młodzieżą na spływ kajakowy. Rano zawsze odprawiałem Mszę św., później szybko zdejmowałem ornat, habit, jedliśmy śniadanie i w kąpielówkach wsiadaliśmy do kajaków. Po dwie osoby, zawsze chłopak z dziewczyną. Ona była w bikini, bardzo ładna, mądra, i tak pływaliśmy razem, osiem godzin przy wiośle – to była najostrzejsza forma ascezy, jaką kiedykolwiek praktykowałem. Ostrzejsza niż ta, którą stosują pustelnicy. Pustelnik siedzi na piasku i wojuje z diabłem, a tu nie było diabła, tylko ładna dziewczyna. Wiedziałem, że mogę ją traktować przyjaźnie, pomagać jej i radzić, ale nie mogę widzieć jej atrakcyjności ani przymilać się do niej. Nie każdy wytrzymuje taką szkołę ascezy, niektórzy odchodzą z kapłaństwa. Dziś, po wielu latach posługi, wiem, że kobieta jest źródłem pewnego rodzaju mądrości, który zwykle nie jest przymiotem mężczyzny. Może wzbogacić księdza o poznanie intuicyjne, udzielić dobrych rad duszpasterskich, byleby ksiądz nie siedział pod jej pantoflem.

Przepis na ascezę

W seminariach czy zakonach przełożeni często wpajają klerykom, by unikali intensywnych spotkań z kobietą, bo jej wpływ może być oszałamiający. To prawda, ksiądz musi wystrzegać się randki z kobietą, ale co robić, gdy randka się przytrafi? Powinien się szybko wycofać, zanim kobieta zacznie grać centralną rolę w jego życiu, nim zacznie o niej ciągle myśleć i wypatrywać jej w kościele – nie ma co udawać, że spotykają się w innym celu. Był kiedyś taki kleryk, który koniecznie chciał mieć "siostrę duchową", po czym wystąpił dla niej z seminarium…

Kobieta świetnie wyczuwa, co należy mówić, żeby się podobać. Wie, jak się ubrać dla swojego chłopca i jak zaczarować księdza. Niejedna użyje podstępu, będzie mówić, że chce przyjaźni duchowej, koleżeństwa z księdzem, a po pewnym czasie pojawi się pożądanie. Może nawet w większym stopniu u niego niż u niej. Co ksiądz ma zrobić w takiej sytuacji? Powinien powiedzieć sobie: "Tak, Joasia Kowalska bardzo się mi podoba, ale jestem księdzem" (broń Boże, nie powinien wmawiać sobie, że jest brzydka, bo byłby to grzech przeciwko dziełu Boga…). Kapłan powinien spokojnie zaakceptować to pragnienie, a później spokojnie się go wyrzec. Stopniowo, powoli, każdego dnia. Mistrz Eckhart podał analogiczny przykład z jedzeniem: mam dzisiaj ogromną ochotę, powiedzmy, na parówkę, ale mówię sobie: nie. Wyrzeczenie się kobiety dokonuje się oczywiście na wyższym poziomie. Ksiądz musi wyrzec się wszystkich świadomych myśli związanych z kobietą, która wzbudza w nim zainteresowanie, np. musi się wyrzec pragnienia objęcia jej. I nie może robić tego masochistycznie. Ma to być świadomy akt woli. To bardzo trudna asceza, ale u świętych możliwa. Po takim wyrzeczeniu Bóg daje księdzu radość.

Kiedy byłem w klasztorze w Anglii, praktykowałem, jak większość moich współbraci, różne formy ascezy, np. leżenie krzyżem na podłodze, noszenie na biodrach "łańcuszka" (pasek z kolcami). Nie przynosiły one jednak dobrego skutku, bo czułem się lepszy od innych, chociażby od pijaczyny, który mijał mnie na ulicy. A może pijaczyna miał straszną żonę, jeszcze gorszą teściową, nie wytrzymywał w domu, więc pił?… Asceza jest ważna w życiu kapłana, ale trzeba praktykować ją tak, by nie popaść w faryzeizm.

Artykuł pochodzi z miesięcznika "List".

O. Joachim Badeni OP

 

Zobacz także