Puer natus est nobis

rekomendacje bożonarodzeniowe - archiwum pisma "canor"

Ależ ten czas pędzi. Ani się obejrzeliśmy, a tu znowu Boże Narodzenie. Raz jeszcze, i to już lada dzień, cały świat zacznie przyśpieszać, by gdzieś w początkach grudnia doprowadzić się do stanu tak zwariowanego wirowania, że na samą myśl o tym, co będzie się dokoła działo, mam ochotę zniknąć, ukryć się, zaszyć, nie wychodzić i nie pokazywać.

Taki zupełnie bezsilny i beznadziejny bunt, bo wiem przecież doskonale, że pomimo najszczerszych chęci nie uda mi się uniknąć wielu całkowicie zbytecznych i zupełnie idiotycznych zajęć.

I znowu jedynym w miarę bezpiecznym schronieniem stanie się moje własne wnętrze (motywowane i inspirowane oczywiście przez świat zewnętrzny, ale jedyne, którego mogę być jako tako pewnym). Znowu wśród światowego zamieszania ukojenie przyniesie moment zadumy. Znowu coś ważnego wydarzy się wtedy, gdy będę mógł, po całym dniu świętowania, znaleźć jakiś kąt i chwilę, by posłuchać bożonarodzeniowej muzyki, by spróbować ustawić właściwe życiowe proporcje na następny rok, by w tej szalonej nieco gonitwie nie pogubić się, nie zaplątać, nie zaprzedać i nie zmarnować do końca. Muzyka bardzo w tym pomaga.

Boże Narodzenie, jak każde wielkie święto wymaga „odświętności". Na nią składają się najprzeróżniejsze elementy, rytuały, zwyczaje, symboliki i języki. Język to element, który najłatwiej pozbawić głębokiego, niepowszedniego sensu. Język święta to język, którym mówi się przecież o czymś, co trwa wiecznie, co jest niezmienne, co należy do tajemnicy „wiecznego powrotu". Można powiedzieć „Narodził się nam Zbawiciel!", ale czy powiedziane to zostało z wystarczającą dozą odświętności, czy powiedziane zostało tak, by nie tylko wyrazić radość i nadzieję, ale odsłonić na chwilę rozgwieżdżone niebo wieczności? Podobne pytania zadawały sobie wszystkie religie wszystkich czasów – i te, które wybrały drogę języka ezoterycznego i magicznego, i te, które sięgnęły po muzykę – najprostszy przecież (obok poezji) sposób uczynienia ze słowa zwykłego słowa niezwykłego.

Kiedy słucham muzyki religijnej naszego kręgu kulturowego (tej prawdziwej muzyki religijnej, a nie tej udawanej) ta okoliczność wydaje mi się bardzo oczywista. Nigdy też nie słucham jej wyłącznie jako muzyki, a widzę w niej sposób na uczynienie języka zdolnym do wyrażania prawd (wierzeń, przekonań) niezwykłych i niecodziennych. Nie ma to nic wspólnego z jakimś wyznaniem takiej czy innej wiary – mojego katolicyzmu czy protestantyzmu. Wynika raczej z szacunku i pokory; jest przyznaniem się do tego, że muzyka religijna porusza mnie nie tylko swymi dźwiękami, ale również swoim przesłaniem.

Między średniowieczem a współczesnością rozegrała się skomplikowana religijna historia Europy. Jeśli pomimo tyłu nieszczęść, tylu niesprawiedliwości, tylu historii strasznych i okrutnych można było w końcu znaleźć jakąś formę w miarę pokojowego współistnienia, to przede wszystkim dlatego, że w wyniku zbiegu różnych tradycji i okoliczności powstała i utrwaliła się bazowa, archetypalna płaszczyzna porozumienia. Muzyka i poezja, pozornie marginalne i nie tak ważne dla teologicznych i politycznych dysput, odegrały w tym procesie rolę istotną. Oddychając powietrzem swoich czasów, pulsując rytmem życia swoich epok, muzyka i poezja czyniły religię i wiarę sprawą wciąż współczesną, a nie wyłącznie historyczną. Pozwalały każdemu na przejrzenie się w zwierciadle prawd i tajemnic wieczności z jego własnej czasowej perspektywy.

Muzyka bożonarodzeniowa nosi na sobie etykietkę twórczości radosnej, pięknej i wspaniałej, ale nie tak głębokiej i zaangażowanej jak muzyka związana z męką i śmiercią Chrystusa. Myślę, że nie muszę rozwijać w tym miejscu arsenału argumentów, które przekonałyby, że to złe postawienie sprawy. Nie czując się w obowiązku do snucia dywagacji na ten śliski temat spójrzmy na kilka bożonarodzeniowych płyt z różnych muzycznych epok. Sięgnąłem po rzeczy znane i nieznane. Sami zobaczycie.

Christmas in Royal Anglo-Saxon Winchester. 10th-century Chant from the Winchester Troper, Schola Gregoriana of Cambridge, Marry Berry, HERALD HAYPCD 151

Okładka

A zaczęło się wszystko, gdy w liturgiczne schematy wdarła się wyobraźnia motywowana chęcią powiedzenia czegoś więcej, niż mieściło się w sztywnych i niezmiennie powtarzanych formułach nabożeństw i modlitw. Pokazuje to znakomicie bożonarodzeniowa msza zbudowana z fragmentów zachowanych w Troparium Winchesterskim. Już wstępny Yersus ante Officium przynosi dialog, który można by traktować jako zapowiedź bożonarodzeniowego dramatu liturgicznego. Z kolei następuje introit Puer natus est nobis, którego każdy wers poprzedzony jest tropem, dalej tropowane, organalne Kyrie, tropowana Gloria, organalne i dwujęzyczne (łacina i greka) Alleluja i wielka allelujatyczna sekwencja Celica resonent. Następnie wszystkie pozostałe części ordinarium z własnymi, oryginalnymi tropami. Oto dowód istnienia potrzeby wypowiadania tego, co się czuje bez negowania tego, co samo nie jest satysfakcjonującym medium. Potrzeba, która łączy nas z ludźmi średniowiecza bardzo bezpośrednio.

The Ceremony of the Shepherds and Midnight Mass, Schola Gregoriana of Cambridge, Choristers of King’s College Cambridge, Marry Berry, HERALD HAYPCD 180

OkładkaDwa stulecia później na kontynencie, we francuskim Rouen i w tamtejszej katedrze nie spotkamy już swobodnych tropów. Liturgia mszalna jest uproszczona, uporządkowana, wzięta w cugle. Jednak sanktgalleńska tradycja odcisnęła na życiu kościoła i jego obrzędowości swoje piętno. Przed trzynastowieczną pasterką odśpiewana (w rzeczywistości często też odgrywana) zostaje Gra o Pasterzach, dwie krótkie sceny, które w rozwoju kultury muzycznej i literackiej kościoła stanowiły krok więcej niż milowy. Scena pierwsza to nawiedzenie śpiących pasterzy przez aniołów obwieszczających im narodzenie Zbawiciela (słynne Nolite timere). Scena druga rozgrywa się u progu betlejemskiej stajenki, gdzie dwie akuszerki pokazują pasterzom matkę i jej narodzone dziecko (jeszcze słynniejsze Quem queritis). Formuła sankt-galleńskiego introitu poddana opracowaniu literackiemu, dramatycznemu i muzycznemu staje się nie tylko stałym elementem bożonarodzeniowego rytu, ale określa z grubsza kierunek, w którym będzie następował dalszy rozwój form muzycznych i literackich. A wykonanie? Jeśli ktoś nie zna jeszcze interpretacji zespołu Marry Berry niech nie spodziewa się żadnej rewolucji, ale też niech przygotuje się na tradycyjny, za to jeden z lepszych śpiewów chorałowych, jakie dzisiaj możemy usłyszeć.

The Virgin and Christ-Child. Music for Advent & Christmas (Jean Mouton, Heinrich Isaac, Jacob Arcadelt, Anon.), Henry’s Eight, ET’CETERA KTC 1213

OkładkaTo płyta maryjna i adwentowo-bożonarodzeniowa. Jeszcze się nic nie stało, nic się jeszcze nie wydarzyło, ale coś wisi już w powietrzu. Uwaga koncentruje się na przyszłej matce Jezusa. Bez stawiania niepotrzebnych pytań, bez szukania wyjaśnienia rzeczy niepojętych, łacina, ale również języki narodowe, uruchamiają ręką poetów swe najpiękniejsze i najbardziej wzruszające metafory. Zapisują w sobie nadzieję, radość i czułość. Nigdzie nie czai się lęk ani troska, a jeśli już jakaś to matczyna, dająca ciepło i bezpieczeństwo. W takim też klimacie utrzymuje swój recital jeden z moich ulubionych zespołów angielskiej nowej fali – Henry’s Eight. Motety Jeana Moutona i Heinricha Isaaca (Virgo Prudentissima -uważany przez wielu za jego najdoskonalsze dzieło), cztery anonimowe angielskie kolędy (w tym słynna There is no rose), chorałowe ofertorium oraz niezwykle rzadko wykonywana msza Jacoba Arcadelta oparta na motecie Noe, Noe Moutona tchną zachwycającym i kojącym spokojem i delikatnością. Świat powoli cichnie i zamiera w oczekiwaniu.

Dystrybucja: Music Island, http://www.etcetera-records.com/index.php?210

Thomas Tallis (c. 1505-1585), Missa Puer natus est nobis, Auvidi vocem, Magnificat (4vv), Ave Dei patris filia, The Tallis Scholars, Peter Phillips, GIMELL 454 934-2

OkładkaMsza Tallisa oparta jest na chorałowym śpiewie Puer natus est nobis. Ciekawe są okoliczności jej powstania. Wiele wskazuje, że napisana została z okazji przyjazdu do Anglii hiszpańskiego władcy Filipa II, który zabrał do Londynu swój słynny flamandzki zespół, Capilla Flamenca, a w jego składzie niejednego doskonałego śpiewaka i kompozytora. Ponieważ msza różni się pod wieloma względami od innych mszalnych opracowań Tallisa, można sądzić, że angielski kompozytor zupełnie świadomie chciał posłużyć się językiem muzycznym szczególnie bliskim królewskim gościom, a więc po prostu pochwalić swoją muzyczną erudycją. Niestety msza nie dotrwała do naszych czasów w formie kompletnej. Całkowicie brak Kyrie, z Credo zachował się zaledwie króciutki fragment, w Sanctus brak fragmentu drugiego głosu altowego, a w Agnus Dei nie mamy drugiego altu oraz fragmentów partii pierwszego basu. Ostatecznie The Tallis Scholars śpiewają tylko trzy mszalne ogniwa, których braki uzupełnili nauczyciel Phillipsa, Dawid Wulstan oraz członkini zespołu, Sally Dunkley. Rzeczywiście trudno poznać, że to Tallis. Kompozytor cały czas korzysta z wszystkich głosów, osadza muzykę raczej nisko, nie posługuje się tak typowymi dla siebie zmianami fakturalnymi. Zaliczyć można by tę propozycję do kategorii ciekawostek, gdyby nie jak zwykle świetny śpiew zespołu i uzupełniające repertuar płyty kompozycje w opracowaniach znakomitych angielskich muzykologów, Davida Skinnera i Johna Milsoma.

Dystrybucja: Music Island, http://www.gimell.com/recording-The-Tallis-Christmas-Mass-Puer-natus-est-nobis.aspx

Michael Praetorius (c. 1571-1621), Polyhymnia Caduceatrix & Panegirica, La Capella Ducale, Musica Fiata, Roland Wilson, SONY VERITAS S2K 62929-10

OkładkaWyciszonych i spokojnych zaskoczy nas może trochę erupcja radości w Michaela Praetoriusa Polyhymnia Caduceatrix & Panegirica. Praetorius-kompozytor pozostaje z reguły w cieniu Praetoriusa- teoretyka, autora wielkiej i znakomitej Syntagma Musicum. Z jednym jedynym wyjątkiem – jego muzyki bożonarodzeniowej. Bo też jest to muzyka wielka, a zarazem pełna intymności, towarzysząca poezji religijnej, ale również tekstom świeckim o pewnym bardzo ciekawym odcieniu – tekstom wyrażającym nadzieję na pokój. Praetorius pisał u progu Wojny Trzydziestoletniej i to pewnie tłumaczy położenie tak wielkiego nacisku na ten temat („Gelobet und gepreiset", „Verleih uns Frieden gnaeidlich"), ale jeśli tylko przypomnimy sobie całą bożonarodzeniową tradycję (a naszą, polską może nawet w szczególności) to zobaczymy, że jednym z jej najgłębszych przesłań jest nie co innego a właśnie pokój, pojednanie, pogodzenie.

|config=wideo|image=http://www.liturgia.pl/zasoby/uploads/files/wstawianie_wideo/ekran_wideo.jpg
http://www.youtube.com/watch?v=b3SDY3ngKfU

A co się kryje za tym przesłaniem? To, czego Bożemu Narodzeniu pozornie brakuje – głęboka refleksja nad światem, lęk, cierpienie, strach, ból („Ach mein Herre, straf mich doch nicht", „Ich dich hab Gehoffet, Herr"). Przezwyciężone na moment, zwiastujące karnawałowe zatracenie się w tańcu, ale nie do końca skrywające tę najtrudniejszą dla ludzkiej egzystencji świadomość, że to, co właśnie się urodziło będzie musiało swój żywot zakończyć. To zapowiedź nie tyle tragedii, co raczej pełnego trudu życia poszukującego nieustannie swego celu, uzasadnienia, sensu. Inna bożonarodzeniowa prawidłowość u Praetoriusa to wymieszanie różnych muzycznych i poetyckich inspiracji – ludowych, średniowiecznych (zamkniętych w łacińskich wierszach i kojarzonych z nimi chorałowych melodiach), protestanckich, ale i katolickich. Muzyka bliska jest prądom, które w tym czasie dominują we Włoszech, a które przełamują renesans w barok. Na gruncie niemieckim Praetorius jest tego przełamania mistrzem nie mniejszym niż Schutz, jest bardziej niż Schutz „włoski" i po włosku bardziej ekspresyjny i bardziej nieobliczalny. Jest równie znakomity w kreowaniu tak nastroju radości, jak i zamyślenia – z mojego punktu widzenia to zupełny bożonarodzeniowy ideał.

|config=wideo|image=http://www.liturgia.pl/zasoby/uploads/files/wstawianie_wideo/ekran_wideo.jpg
http://www.youtube.com/watch?v=46_cctZEbzQ

Nic innego powiedzieć też nie mogę o zjawiskowej wprost płycie zespołów Rolanda Wilsona. Nagranie wykorzystuje interpretacyjne (retoryka) i instrumentacyjne (między innymi dulcian basowy, tłumione cynki, skrzypce posiadające metalowe struny, bandora i cytra w grupie continuo, osobne grupy continuo dla poszczególnych grup śpiewaków, dla solistów i chóru) sugestie samego Praetoriusa oraz, zgodnie z dobrą praktyką ostatnich lat, efektywnie korzysta z przestrzeni kościelnego wnętrza. Interpretacje są bardziej skupione, podkreślające, nawet w częściach koncertujących, swą zespołowość, niż te, które mieli nam do zaproponowania McCreesh czy Parrott. Potrafią jednak także wybuchnąć tak potężną energią (In Dulci Jubilo), że zważywszy na kameralny (relatywnie) skład zespołu, dokonania Anglików zdają się tracić swą potęgę i lekko blaknąć. To nagranie należy do kategorii, którą bardzo lubię – do kategorii niespodzianek. Znaliśmy Wilsona doskonale, obserwowaliśmy jego coraz wyższą formę, ale doświadczenie podpowiadało, że jego płytowa kariera będzie przebiegała w sposób, który łatwo dawał się przewidzieć. Tymczasem odnajduję tutaj dużo wspaniałych wibracji, których spodziewałbym się bardziej po jakichś młodszych muzykach, a nie po starych wyjadaczach z Kolonii. Zaskoczyli mnie – i dobrze, i pięknie.

Dystrybucja: Sony BMG

Michael Praetorius (1571-1621), Christmas Motets & Chorale Concertos, Hassler Consort, Franz Raml, MDG 614 0660-2

OkładkaPotrafię wyobrazić sobie słuchacza, któremu Praetorius wydał się w wersji Wilsona za bardzo włoski. Pewnym remedium na to dotkliwe wrażenie może stać się wersja Ramla, gdzie usłyszy Praetoriusa przede wszystkim protestancko-niemieckiego. Kompozytor z nadodrzańskiego Frankfurtu, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa muzyczny samouk, nigdy we Włoszech nie był i wszystko, co o włoskiej muzyce wiedział zawdzięczał partyturom, jakie w czasie licznych muzycznych podróży po całych Niemczech trafiły do jego rąk, a także okazjonalnym spotkaniom z muzykami, którzy kulturę włoską znali z pierwszej ręki, a zwłaszcza spotkaniom z wielkim Heinrichem Schutzem (najpierw w Dreźnie, a później, na rok przed śmiercią, w Norymberdze). Ta dychotomia (jak każda zresztą dychotomia) należy do bardziej niebezpiecznych, które tutaj od czasu do czasu Państwu proponuję, ale jeśli posłuchacie obu wykonań od razu usłyszycie dość fundamentalną różnicę. U Wilsona Waszą uwagę zwróci bezkompromisowo wirtuozowskie potraktowanie śpiewu i partii instrumentalnych, u Ramla, którego muzycy, chociaż zaskakująco dobrzy, nie należą jeszcze do światowej ekstraklasy, usłyszycie przede wszystkim więcej powściągliwości i zgrzebności, choć wcale nie szorstkości i obojętności. Jeśli intencją Praetoriusa było, by słuchacz zapomniał o protestanckich źródłach muzyki, jakie poddawał swym italianizującym opracowaniom, to Wilson tę intencję realizuje idealnie. Jeśli jednak italianizmy miały być jedynie czymś, co muzykę protestancką upiększa i unowocześnia, ale bez radykalnej zmiany jej ducha i klimatu, to Raml byłby pewnie Praetoriusa większym przyjacielem. Nie ma to i nie powinno mieć dla dzisiejszego wykonawstwa większego znaczenia, ale ciekawi mnie jak niemieccy muzycy początku siedemnastego wieku radzili sobie z tym, co przychodziło z Włoch. Nie na płaszczyźnie kompozycji, gdyż to wydaje się dość jasne, ale właśnie na poziomie wykonawczym. U Ramla znajduję pewną interesującą sugestię – wokalnie Niemcy mogli wciąż być przywiązani do stylu, który nie zaznał zbyt głęboko sięgających wpływów madrygału i opery, chociaż z całą pewnością, jakoś pod ich wpływem ewoluował. Instrumentalnie mogło natomiast wydarzać się dużo więcej, chociaż i tutaj consort viol i organy broniły się jeszcze przed atakiem skrzypiec i kornetów. Śpiewa się i gra u Ramla dyskretniej niż u Wilsona i McCreesha, i nawet gdy efekt nie jest tak błyskotliwy i nie zawsze równie doskonały, to ma ta interpretacja swój własny, ciekawy i przyciągający urok.

Dystrybucja: CMD

Nativitas – A Renaissance Christmas. Christmas music in arrangements by Michael Praetorius (c.1571-1621) and Johann Walter (1496-1570), Hans Leo Hassler (1564-1612), Johann Schein (1586-1630), Samuel Scheidt (1587-1654), New London Consort, Philip Pickett, DECCA 458 025-2

OkładkaMyślałem, że na tym z Praetoriusem i niemieckimi kręgami protestanckimi uda się skończyć, ale jak Filip z konopi wyskoczył właśnie Philip Pickett. Odrobinę nam ostatnio podpadał, ale skoro to Boże Narodzenie, dajmy mu jeszcze jedną szansę – a nuż skorzysta. Korzysta, przypominając nam o fakcie, nad którym w dwóch poprzednich fragmentach prześlizgnęliśmy się szybko i, o dziwo, bez żadnych złych konsekwencji. Wypadałoby jednak napisać, że Praetorius, a także wielu innych kompozytorów protestanckich przełomu szesnastego i siedemnastego wieku (których dzieła Praetorius nie tylko znał, ale także publikował), dużą część swojej twórczej energii koncentrowało nie na wymyślaniu muzyki od podstaw, ale na opracowywaniu tradycyjnych pieśni oraz luterańskich i katolickich chorałów, w tym wypadku kolęd i rzeczy kolędo-podobnych. Taki jest właśnie repertuar tej płyty – wyłącznie opracowania. Tłumacząc się ze swoich decyzji wykonawczych (obsada wokalna, akompaniamenty, continuo) Pickett wyraźnie nawiązuje do kilku opublikowanych w ostatnich latach książek (m.in. Johna Butta), które powstały jako owoc badań nad muzycznymi praktykami wykonawczymi w protestanckich Niemczech, chociaż nie próbuje dokonywać rekonstrukcji żadnego hipotetycznego wydarzenia, jak zrobiłby to zaraz McCreesh. Robi wszystko w swoim tradycyjnym stylu, tym który znamy z wielu płyt renesansowych i serii szekspirowskiej – świetna strona instrumentalna, mieszane uczucia związane ze śpiewem, przede wszystkim mężczyzn, nacisk na rytm i puls, co daje czasem wrażenie monotonii. Zatem de gustibus – kto lubi, niech słucha. Pickett to w prostej linii spadkobierca Munrrowa, tylko, że ten spadek zaczyna brzmieć archaicznie. A jednak jest w interpretacji Picketta element bardzo interesujący, nawet intrygujący. U Wilsona Praetorius to już prawie Schutz, u Ramla to Niemiec zafascynowany muzyką włoską, a u Picketta, Praetorius wraz z pozostałymi obecnymi tutaj kompozytorami, to człowiek nie baroku, a wciąż jeszcze renesansu, a momentami nawet średniowiecza. Powiedziałbym, że z wszystkich trzech wizji ta jest najbardziej konsekwentna, chociaż w całości nie najbardziej satysfakcjonująca.

Dystrybucja: DDD

Heinrich Schutz (1585-1672), Weihnachtshistorie. Meine Seele erhebt den Herren SWV 344, Historia der Freuden- und Gnadenreichen Geburth Gottes und Marien Sohnes, JESU CHRISTI, Unsers Einigen Mitlers, Erlosers und Seeligmachers SWV 435, Die Sieben Worte unseres lieben Erlosers und Seligmachers Jesu Christi SWV 478, Musicalische Compagney, MDG 310 0229-2

OkładkaSchutz zetknął się z Praetoriusem w Dreźnie, a nawet pod jego kierunkiem pracował. Wiele ich też ze sobą łączy, chociaż w obu przypadkach zafascynowanie muzyką włoską i próba przeniesienia jej na grunt niemiecki miała nieco inną postać. Schutzowi było dane żyć przede wszystkim znacznie dłużej i więcej miał czasu, by z bezpośrednich włoskich wpływów się otrząsnąć i wypracować swój własny sposób posługiwania się włoskimi wynalazkami. Ten właśnie sposób połączenia muzycznych italianizmów z niemieckimi tekstami ukształtował jeden z najważniejszych modeli uprawiania muzyki religijnej w niemieckojęzycznej Europie siedemnastego wieku. Historia Bożonarodzeniowa należy do najsłynniejszych dzieł Schutza i do tych, które szybciej nazwalibyśmy niemieckimi niż włoskimi.

W swojej ascetycznej narracji przerywanej tylko okazjonalnie wokalno-instrumentalnymi intermediami nawiązuje duchowo i konstrukcyjnie do misteriów średniowiecznych. Tekst jest niemal w całości proweniencji ewangelicznej i dzięki swej esencjalności ze szczególną siłą ożywia religijną symbolikę. Prosty, swobodny recytatyw, tylko chwilami ustępujący miejsca ariosom i minikocertom, kameralny klimat, atmosfera niezwykłości wynikająca z decyzji powierzającej wykonanie najwyższych partii falsecistom, składają się na całość oryginalną i charakterystyczną. Nagrana w roku 1986 z udziałem kilku dzisiejszych gwiazd (van der Kamp, Cordier, Ragin, Padmore) interpretacja Holgera Eichorna ma swoje słabsze punkty (nie zawsze idealny śpiew, kilka mniej pewnych miejsc instrumentalnych), ale ma też sporo ujmującej naturalności i bardzo dobrą partię ewangelisty (Harry Geraerts). Nie zmieni biegu dziejów, ale w dyskografii Weihnachtshistorie zajmuje, obok wersji Jacobsa, miejsce czołowe.

Dystrybucja: CMD

OkładkaAlessandro Stradella (1639-1682), Christmas Cantatas, „Ah, ah, troppo e ver, Cantata per Il Santissimo Natale", „Si apra al riso, Cantata a 3 per II Santissimo Natale", M. Bach, B. Schlick, R. Ziesak, K. Wessel, Ch. Pregardien, M. Schopper, La Stagione Frankfurt, Michael Schneider, DHM BAROQUE ESPRIT 05472 77463 2

|config=wideo|image=http://www.liturgia.pl/zasoby/uploads/files/wstawianie_wideo/ekran_wideo.jpg
http://www.youtube.com/watch?v=nTmkncg5hU4

Dystrybucja: Sony BMG

Alessandro Stradella (1639-1682), Cantate per iI Ss:mo Natale: Si apra al riso – Ah! Troppo e ver con una Sonata di Viole, L. Bertotti, B. Zanichelli, E. Galli, R. Balconi, M. Sciuto, C. Lepore, Orchestra Barocca della Civica Scuola di Musica di Milano, Enrico Gatti, ARCANA A79

OkładkaW wigilię Bożego Narodzenia wybacza się małym i większym złoczyńcom, podaje im dłoń, zaprasza do stołu. Zróbmy zatem to samo w stosunku do całkiem niezłego łajdaka, jakim był, przynajmniej w oczach niektórych współczesnych, Stradella. Życie udawało mu się czasem lepiej, z reguły gorzej, ale muzyka wychodziła mu zawsze wspaniale. Na nowatorstwo Stradelli zwracamy uwagę od całkiem niedawna, a to przecież autor pierwszego zachowanego concerto grosso, wielu rewelacyjnych, archetypalnych wręcz dla włoskiej sztuki muzycznej utworów wokalno-instrumentalnych, wielki innowator i świetny dramaturg. Jeden z pierwszych muzyków, którzy odwrócili proporcje w instrumentalnym akompaniamencie muzyki wokalnej – nie continuo, a smyczki zaczęły dominować za sprawą między innymi właśnie Stradelli.

|config=wideo|image=http://www.liturgia.pl/zasoby/uploads/files/wstawianie_wideo/ekran_wideo.jpg
http://www.youtube.com/watch?v=QZsuRrViH3w

Kantata „Ah! Troppo e Ver" rozgrywa się zresztą na planie klasycznego concerto grosso, a dodatkowo osadzona jest zdecydowanie (podobnie druga kantata) w tradycji operowo-oratoryjnej. W tym porywającym dziele pojawia się inny jeszcze aspekt bożonaro dzeniowej historii. Na scenę wkracza Lucyfer pragnący pokrzyżować boskie plany, a przeciwstawiona mu zostaje grupa złożona z pasterzy, aniołów i Marii. Niby banalnie, ale po pierwsze, w poprzednio przedstawionych opracowaniach jeszcze tego wątku nie mieliśmy, a po drugie, daje to możliwość wykreowania w obrębie jednej małej kantaty bardzo różnych klimatów i na strojów realizowanych przez śpiewaków i zespół instrumentalny. Odtąd tak działo się to będzie do mniej więcej połowy siedemnastego wieku (arie na wspomnianym już planie concerto grosso, ale też aria z towarzyszeniem wyłącznie arpa doppia, wreszcie typowa aria z akompaniamentem continuo). Kantata „Si apra al riso" prezentuje model opowieści, w której samo dzieciątko i jego najbliższe otoczenie się w ogóle nie pojawiają.

Porównanie obu wykonań jest pasjonujące, bowiem tłumaczy w sposób modelowy, dlaczego włoscy wykonawcy okazali się kilka lat temu aż taką rewelacją. Wykonanie niemieckie jest w zasadzie bez zarzutu i pochodzi z okresu kiedy Michael Schneider dokonał kilku świetnych, chociaż w Polsce zupełnie nieznanych nagrań muzyki włoskiej (głównie dla Capriccio). Dzisiaj jednak już wiemy, że pomimo całego swego mistrzostwa, starannych partii wokalnych i precyzyjnej gry instrumentalistów, niemieckie wykonanie pozbawione jest tych wszystkich drobiazgów i subtelności brzmieniowego odcienia, koloru, pasji, które u Włochów skrzą się jak śnieg w świetle księżyca i gwiazd prowadzących na pasterkę.

Dystrybucja: BMG

Marc-Antoine Charpentier (1643-1704), Pastorale sur la Naissance de Notre Seigneur Jesus-Christ H 483, In Nativitatem Domini Canticum H 314, Litanies de la Vierge H 85, Magnificat H 73, C. Pelon, S. Haller, N. Cloutier, G. Kaemmerlen, S. Goubioud, R. Getchell, J.-L. Georgel, Ph. Roche, Le Parlement de Musique, Martin Gester, ACCORD 205822.

OkładkaZ Włoch przenieśmy się te raz do Francji, w której mistrzem muzycznego świętowania był Marc-Antoine Charpentier. Jego najbardziej znane dzieło, Messe de Minuit, nagrał w zeszłym roku w sposób trochę obrazoburczy Minkowski, natomiast Gester zainteresował się fragmentami mniej znanymi, głównie ineditami. Pamiętam jego opowieść o tym, jak takie nieznane dzieła Charpentiera we Francji się odkrywa. Sprawa jest zdecydowanie prosta. Otóż wsiada się w Strasburgu do pociągu TGV, jedzie do Paryża, wchodzi do biblioteki, uważnie przegląda katalog i już jest się odkrywcą.

 Zamawia się mikrofilmy wraca do domu. Tę historię powtarza wielu muzyków i muzykologów – biblioteki, nawet te najlepiej znane i dokładnie, wydawałoby się, spenetrowane wciąż dają możliwość wspaniałych odkryć. Płyta skomponowana jest tak, by ukazać wszechobecny wątek maryjny – Magnificat i Litania, zawiera także młodzieńcze „In Nativitatem Domini Canticum", ale przede wszystkim niezwykłą w swej treści i charakterze „Pastorale sur la Naissance de Notre Seigneur Jesus-Christ", w której styl Charpentiera służy bardzo ciekawej poezji i intrygującej w rym kontekście filozoficzno-teologicznej alegorii. Historia rozgrywa się pośród pasterzy skarżących się na człowieczą dolę. Zgodnie z oczekiwaniami przybywa anioł zwiastujący im narodzenie Jezusa. Tak w skrócie przebiega pierwsza część Pastorale. Część druga (nigdy nie opublikowana) zaczyna się zaskakująco – oto jedna z owiec poświęca życie dla uratowania reszty stada, zostaje pożarta przez „piekielnego wilka". Pasterka jest po tysiąckroć nieszczęśliwa, ale dobiega do niej głos echa mówiący, że powinna być po tysiąckroć szczęśliwa, czego biedaczka pojąć nie potrafi. Nie myślmy jednak o tym, śpiewają przecież pasterze wybierający się do Betlejem, dziś narodzone dziecię otwiera nam drogę do zbawienia. To wspaniały tekst, jakże charakterystyczny dla francuskiej religijności tego czasu i kolejne nawiązanie do naszej początkowej myśli.

Na jednym biegunie mamy Minkowskiego, bliżej centrum Christiego i Niqueta, dalej, już po drugiej stronie, Gester, a na przeciwnym biegunie Lesne. Le Parlement de Musique pokazuje nie po raz pierwszy, że można wykonywać muzykę francuską w sposób jak najbardziej francuski, ale absolutnie nie przerysowany, w którym przestaje dominować kreślony grubą kreską kontur. Gester widzi różnicę między muzyką świecką i religijną, ale najważniejsze, że widzi różnicę między sztucznym a naturalnym, koturnowym a tym „na płaskim obcasie". Francja to nie tylko teatr, opera, szminka i puder odpadający płatami ze spoconych twarzy, to także, nawet w kręgach dworskich, świat uczuć prostszych i ujmujących, których ujawnieniu grudniowe święto służy jak mało co. Młodzi śpiewacy i znakomity jak zawsze zespół instrumentalny (Gester decyduje się na zastąpienie dyszkantowych viol da gamba skrzypcami, ale zachowuje niski francuski strój) informują nas o tym wszystkim w sposób godny najwyższego podziwu.

Dystrybucja: CMD

Giovanni Battista Bassani  (ca.1657-1716), Vespres de la Vigile de Noel, Ferrare, (ca.1700), Giovanni Legrenzi (1626-1690), Motets, Le Parlement de Musique, Martin Gester, ACCORD 206382

OkładkaOderwijmy się teraz na moment od tropienia bożonarodzeniowych osobliwości i symbolik. Przynajmniej na czas słuchania rekonstrukcji wigilijnych Nieszporów Bassaniego/Legrenziego – bezwzględnie najlepszej tego typu rekonstrukcji od czasów Weneckich Nieszporów McCreesha. To inna skala przedsięwzięcia – ośmiu śpiewaków i siedmioro instrumentalistów („zaledwie" jeśli porównamy ich liczbę z „dywizją" McCreesha), ale efekt elektryzujący w takim samym przynajmniej stopniu, a wewnętrzna spójność jeszcze bardziej efektowna i logiczna. Po prostu wykonawcze arcydzieło. Martin Gester jest jednym z bardzo nielicznych w świecie muzyki barokowej dyrygentów, którzy z wspaniałą przenikliwością potrafią odnaleźć i podkreślić niuanse stylistyczne decydujące o tym, że coś jesteśmy skłonni nazwać muzyką niemiecką, coś innego włoską, a jeszcze coś innego francuską. Może to genius loci Strasburga, miasta międzynarodowego, gdzie Francuzi mówią po niemiecku, Niemcy po francusku, a starzy Żydzi po polsku. W takich miejscach wrażliwość na różnice kulturowe i narodowościowe jest zawsze większa. Poznaje się narodowości po gestach, mimice, sposobie ubierania się etc. Ta wrażliwość przekłada się na szacunek dla odmienności, na delikatność w traktowaniu zwyczajów innych, a przede wszystkim na głębokie uświadomienie sobie, że zrozumieć drugiego człowieka, tego odrobinę innego, to znaczy właśnie poznać powody, racje, uzasadnienia jego inności. W życiu oznacza to – wykazać więcej cierpliwości i tolerancji; w muzyce oznacza to – wykonać więcej pracy, a za tym nie wszyscy przecież przepadają.

Martin Gester ułożył swoje Nieszpory według standardowego, wywodzącego się od Monteverdiego i Cavallego, wzorca, a więc psalmy (Bassani), chorałowe antyfony, motety (Bassani i Legrenzi) oraz instrumentalne sonaty (Bassani). Epoka już inna, stylistyka także, ale tradycja niezmienna.

Bassani jest kompozytorem, który jak wielu Włochów – z Vivaldim na czele, na papierze wygląda dużo gorzej niż w rzeczywistości. Kiedy ogląda się partytury motetów Vivaldiego, trudno przewidzieć przecież, jak wiele jest w tych prostych nutach zamkniętej głębi, jak są bogate, zaangażowane i po prostu wzruszające.

Z Bassanim (także z Legrenzim) jest identycznie. Ich styl to klasyczny włoski styl koncertujący. Klasyczny nie znaczy jednak rutynowy. Dokładnie na odwrót, zarówno Bassani jak i Legrenzi są rewelacyjnymi, oryginalnymi melodykami, świetnie panują nad fakturą wokalną i instrumentalną, ale co może najważniejsze, mają fantastyczny zmysł dramaturgiczny, teatralne wyczucie nastrojów, umiejętność ich jednoznacznego określania i przeplatania między sobą. Strasburski dyrygent ułożył wszystkie fragmenty w taki sposób i poprowadził je tak odważnie, że mamy wrażenie słuchania pasjonującego oratorium, a nie po prostu nabożeństwa. Na koniec rzecz fascynująca – Gester tak dobrał swoich muzyków i śpiewaków, tak ich ze sobą zgrał, że nie znajdziemy tutaj ani razu najmniejszego śladu nieadekwatności – totalne porozumienie. We Francji nikt tego lepiej od Gestera zrobić nie potrafi. Poza Francją też niewielu widzę konkurentów. Nieprawdopodobne.

Dystrybucja: DDD

Johann Sebastian Bach (1685-1750), Adventskantaten BWV 36, 61, 62,
S. Rubens, S. Connolly, Ch. Pregardien, P. Kooy, Collegium Yocale, Philippe Herreweghe, HARMONIA MUNDI FRANCE 901605.

OkładkaTotalne porozumienie nie jest obce także muzykom pracującym pod kierunkiem Philippe’a Herreweghe. Zwłaszcza jego gandawski chór oraz orkiestra prowadzona od pierwszych skrzypiec przez fińską skrzypaczkę Sirkkę Lisę Kaakinen, a od pierwszej wiolonczeli przez Ageet Zweistrę raz po raz pokazują nam, co to może znaczyć. Takie porozumienie miewa czasem swój rewers w postaci interpretacji, które koncentrują się bardziej na podkreślaniu osiągniętego stanu doskonałości wykonawczej, a nieco mniej na podkreślaniu niezwykłości tego, co jest wykonywane. Całkiem dobrze to rozumiem – znam wszystkie płyty zespołu, wiele razy słyszałem go na koncertach, nieodmiennie pozostaję pod wrażeniem jego maestrii i wydaje mi się, że pomimo tylu lat intensywnej pracy wspaniałe śpiewanie i granie sprawia muzykom Herreweghe wciąż radość, że cieszą się lekkością z jaką przychodzi im pokonywanie największych trudności (dla innych śmiertelnych pułapek). W czasie ich ostatniego koncertu w Poznaniu stałem tuż za Marcelem Ponseelem i Taka Kitazato – słyszałem najgenialniejsze obojowe granie, jakie mogę sobie wyobrazić. Takich wrażeń mógłbym przytoczyć więcej i dotyczyłyby one zawsze czegoś innego.

A jednak Herreweghe jest w kantatach Bacha, trochę jak Leonhardt w dziełach klawesynowych. Nic złego, broń Boże, ale zaczyna to wyglądać powoli jak przegląd twórczości kantora na jednym „tonie kantatowym" – pięknym, wyrafinowanym, wypieszczonym, ale jednym. Między kantatą bożonarodzeniową a adwentową zaczyna zacierać się różnica nie muzyczna, bo ta jest ewidentna, ale różnica przesłania, różnica pytania, różnica kazania. W moim przypadku działa to tak: słucham i mówię sobie, „jak oni wspaniale grają i śpiewają (początkowy chór z kantaty „Schwingt freudig euch empor" BWV 36, w jak wybornej formie jest Pregardien (wszystkie arie wybitne), jak znakomicie współpracują sopranistka ze skrzypaczką („Auch mit gedampfen, schwachen Stimmen"), jak zaskakująco dobrze Sibylla Rubens śpiewa jedną z piękniejszych arii Bacha „Offne dich, mein ganzes Herze", jak po mistrzowsku wykonane są chorały (w różnych obsadach, na przykład solowe głosy sopranowy i altowy z orkiestrą w BWV 36), no i te oboje. Mogę tego słuchać bez końca". Tak to działa; i zastanawiam się tylko, dlaczego ani na chwilę nie pomyślałem o tekstach, dlaczego urzeczony brzmieniem i muzykalnością nie podążam dalej za kiełkującą gdzieś myślą.

 

Dystrybucja: DDD

Johann Sebastian Bach (1685-1750), Weihnachts-Oratorium BWV 248, D. Roschmann, A. Scholl, W. Gura, K. Hager, RIAS-Kammerchor, Akademie fur Alte Musik Berlin, Rene Jacobs, HARMONIA MUNDI FRANCE HMC 901630.31

OkładkaMoże i Herreweghe nie zmusił nas do adwentowej refleksji, jak kilku innych specjalistów od Bacha, ale stworzył przynajmniej oczekiwaniu piękną, naprawdę piękną, przestrzeń. Ta zaś otwiera się teraz na kwintesencję barokowej, bożonarodzeniowej radości. Znamy, bo przecież powtarza się ją przy okazji każdej nowej płyty, muzyczną historię bachowskiego oratorium, a więc wiemy o wykorzystaniu w nim muzyki wcześniej już istniejącej i pochodzącej głównie z kantat świeckich. Pamiętajmy też, że Bach formy oratorium składającego się z wykonywanych sukcesywnie w ciągu kilku kolejnych dni kantat, nie wymyślił. Spotkał się z tą praktyką w czasie swej wizyty u Buxtehudego, ale, i to jest w gruncie rzeczy najbardziej zastanawiające, wykorzystał młodzieńcze doświadczenia dopiero po trzydziestu latach.

Jak bachowskie kantaty sytuują się w tradycji poetycko-teologicznej? W Oratorium na Boże Narodzenie jest wątków literackich całe mnóstwo. Po pierwsze oczywiście opowieść Ewangelisty bazująca bezpośrednio na przekazie testamentowym, po drugie, chorał. Oba elementy mają daleko idące konotacje. Opowieść Ewangelisty jest żyjącym wciąż śladem średniowiecznego misterium. Chorał jest nasycony myślą reformacyjną i symbolizuje wspólnotowe przeżywanie wiary. Na to nakłada się zakorzeniona w Starym Testamencie, ale szczególnie charakterystyczna dla pobożności czasów nowożytnych bezpośrednia, subiektywna, spersonifikowana bliskość człowieka i Boga. Człowieka ośmiela to, że Bóg jest niemowlęciem, że może powiedzieć mu wszystko bez lęku i zażenowania, że może się nim opiekować. Człowiek opiekuje się Bogiem! Człowiek troszczy się o Boga! Człowiek śpiewa Bogu kołysanki! Otwiera się sfera intymności i bliskości, rysuje zrozumienie dla tajemnicy epifanii. I wreszcie chóry, wielkie i pełne euforii, wyrastające z hymnicznej tradycji wszystkich epok i stylistyk, ale w pełni barokowe.

|config=wideo|image=http://www.liturgia.pl/zasoby/uploads/files/wstawianie_wideo/ekran_wideo.jpg
http://www.youtube.com/watch?v=h6qtBGqjyNU

Jeżeli zgodzilibyście się ze mną, że takie wątki w Oratorium można by odnaleźć, zgodzilibyście się być może także z opinią, że Jacobs odczytuje ich charakterystyki znakomicie. Ileż tu świeżości. Duży chór nie jest może narzędziem tak sprawnym, jak choćby Collegium Vocale, ale nie można zarzucić mu niczego, co sprzeciwiałoby się naturze muzyki Bacha. Werner Gura, nowy ulubieniec Jacobsa i faworyt Petera Schreiera (posłuchajcie, zrozumiecie dlaczego) partię Ewangelisty wykonuje pastelowo raczej, niż dramatycznie (moim zdaniem tak właśnie w tym wypadku trzeba), a w ariach jest bardziej niż interesujący. Andreas Scholl śpiewa po prostu pięknie (tak właśnie trzeba śpiewać kołysanki), a Klaus Hager wyrasta na znakomitego bachowskiego specjalistę. Najbardziej jednak do świeżej i radosnej atmosfery przykłada się Akademie fur Alte Musik. Nawet tam, gdzie Jacobs decyduje się na delikatnie zbyt wolne tempa, orkiestra jest zawsze elastyczna, precyzyjna i ekspresyjna. Kilkadziesiąt kilometrów od naszej zachodniej granicy mamy zespół światowego formatu. Grają w Berlinie, ale i jeszcze bliżej, we Frankfurcie nad Odrą – warto się wybrać i posłuchać.

Dystrybucja: CMD

Georg Philipp Telemann (1681-1767), „Die Hirten an der Krippe zu Bethlehem", Christmas Oratorio TWV 1:797, „Siehe, ich verkundige Euch", Christmas Cantata 1761 TWV 1:1334, „Der Herr hat offenbaret" Christmas Cantata 1762 TWV 1:262, C. Backes, M. Georg, A. Post, K. Mertens, Kammerchor Michaelstein, Telemann-Kamerorchester Michalestein, Ludger Remy, CPO 99 419-2

OkładkaPrzy całej mojej miłości do Telemanna – autora prac instrumentalnych, przyznać muszę jego krytykom, że w dziełach wokalnych tylko sporadycznie bywa podobnie inspirujący. O ile moje intuicje są trafione, dzieje się to najczęściej dlatego, że Telemann nie zawsze ma nam do przekazania jakieś własne, przemyślane i głęboko przeżyte przesłanie. Często pozostaje na zewnątrz tematów, które opracowuje i chociaż potrafi zastosować wszystko, co w muzyce jego czasów najlepsze, bywa niemal regułą, że mamy wrażenie braku zaangażowania – nie tylko ideowego, także muzycznego. W bożonarodzeniowych dziełach siemdziesięcioletniego Telemanna trudno byłoby znaleźć jakąś powierzchowność i brak serca, ale czuję pewien dystans – może biorący się z podeszłego wieku kompozytora, a może wymuszony stylem.

|config=wideo|image=http://www.liturgia.pl/zasoby/uploads/files/wstawianie_wideo/ekran_wideo.jpg
http://www.youtube.com/watch?v=9Z-NVdghDws

Po raz pierwszy w naszym przeglądzie spotykamy się z muzyką, która nie nawiązuje bezpośrednio i czytelnie do tradycji, tej najdawniejszej. Wszystkie trzy utwory utrzymane są w typowym stylu późnobarokowym ze śladami, zwłaszcza w Oratorium, upraszczającej się na sposób klasyczny faktury wokalnej i na próżno byłoby szukać w nich znanych chorałowych melodii, chociaż chorał oczywiście jest; także teksty są daleko idącą poetycką stylizacją historii o narodzeniu Chrystusa. Wspomnijmy też wpływ opery, takiej jaką uprawiał Telemann. Telemann miesza po swojemu różne różności – dramatyczne recytatywy, melodyjne arie, ciekawie instrumentowane partie orkiestry, trochę motywów ludowych, trochę odświętności i trochę intymności. Moim zdaniem nie układa się to w przypadku oratorium w całość jakoś szczególnie inspirującą, ale na pewno pod wieloma względami interesującą. Warto natomiast zwrócić uwagę na znakomity śpiew Klausa Mertensa i ogólnie dobrą dyspozycję pozostałych wykonawców. Kantaty mają bardziej konserwatywny charakter, a wraz z czytelną symboliką instrumentalną (trąbki, flety, skrzypce kojarzone z różnymi osobami i sytuacjami), kilkoma świetnymi chórami i ujmującymi ariami robią wrażenie bardziej przyjaznych i tak też, przyjaźnie i z większym zaangażowaniem, są wykonane.

Dystrybucja: CMD

Christian Friedrich Ruppe (1753-1826), Christmas Cantata, Easter Cantata, F. Van der Heyden, K. Van der Poel, O. Bouwknegt, M. Sandler, Ensemble Bouzignac, Musica ad Rhenum, Jed Wentz, NM CLASSICS 92067

OkładkaŚwięta Bożego Narodzenia były wspaniałą okazją, by swoje talenty pokazywali kompozytorzy, których sława nie wykraczała i w końcu nigdy nie wykroczyła poza granice miast czy landów. Oto przykład. W drugiej połowie osiemnastego wieku w holenderskiej Lejdzie (która swe dni barokowej muzycznej chwały przeżyła pięćdziesiąt lat wcześniej) pojawił się niemiecki muzyk Christian Friedrich Ruppe. Został dyrektorem muzycznym słynnego leidejskiego uniwersytetu oraz organistą w miejscowym kościele luterańskim. Z jego religijnej spuścizny zachowały się zaledwie dwie kantaty, w tym jedna bożonarodzeniowa. Napisana do tekstu w języku niderlandzkim, posiada ciekawą fakturę wokalną, która w chórze nie przewiduje głosów tenorowych. Wiąże się to z lokalnymi możliwościami. Kantaty wykonywane były na koncertach charytatywnych na rzecz miejscowego sierocińca. Tam nie udało się jednak złożyć chóru w pełnej obsadzie. Ot i cała historia. Muzyka jest jednym z nielicznych przykładów klasycyzującej twórczości protestanckiej. Niezbyt skomplikowana, eklektyczna, ale odświętna i oparta na ładnych melodiach, musiała swoim słuchaczom sprawić sporo przyjemności. Haydn, londyński Bach, Gretry, wpływy paryskie i mannheimskie. Boże Narodzenie chcieli świętować wszyscy, nawet jeśli nie mieli pod ręką swojego Bacha czy Praetoriusa. Całkiem ciekawe odkrycie i bardzo dobre wykonanie.

 

Dystrybucja: Music Island

Johann Sebastian Bach (1685-1750), Messe en si mineur BWV 232, J. Zomer, V. Gens, A. Scholl, Ch. Pregardien, P. Koy, H. Muller-Brachmann, Choeur et Orchestre du Collegium Vocale, Philippe Herreweghe, HARMONIA MUNDI FRANCE 901614.15

OkładkaKażdy moment roku nadaje się idealnie do posłuchania Mszy h-moll. Do tego nadaje się każdy moment życia. Teoretycznie. W praktyce gorzej bywa i z czasem, i z nastrojem, i ze skupieniem. Zresztą, może to dobrze o nas świadczy, że nie chcemy słuchać mszy Bacha ot tak po prostu i szukamy po temu specjalnych okazji. Czyż Boże Narodzenie nie jest taką okazją, czyż nie jest okazją jedną z najlepszych, czyż nie jest okazją w ogóle najlepszą? No pewnie, że jest! Na przykład wieczór i noc pierwszego dnia świąt. Jest przytulnie i ciepło. Świąteczne zapachy i dobra atmosfera. Na półce prezent od rodziny – nowe nagranie Mszy h-moll. Albo inaczej: ktoś w Radiu wpadł na pomysł, żeby nadać Mszę h-moll. Przed laty bardzo poruszała mnie myśl, że w tym samym momencie w różnych miejscach, w wielkich miastach i w małych miasteczkach, w wieżowcach metropolitalnych blokowisk i w wiejskich domkach siedzą sobie ludzie i słuchają tego samego. Wyobrażałem sobie, że na czas wspólnego słuchania między ich domami pojawia się nić wspólnoty i porozumienia. Byłem młody i naiwny, ale coś w tym przecież było. W każdym razie w perspektywie mamy dwie godziny, które dzięki najwspanialszym wykonaniom potrafią zamienić się w wieczność. Taką też kategorię quasi-estetyczną proponuję ustanowić i przyjąć. Pytam zatem nie o to, czy wykonanie Herreweghe’a jest wspaniałe czy zwyczajne, doskonałe czy ułomne, odkrywcze czy też nie, ale o to, czy potrafi zamienić czas wyznaczany obrotami planet, gwiazd, galaktyk i płyt w odtwarzaczu w wieczność (niezależnie od tego, czy wiemy, co to naprawdę znaczy). Pytam zatem nie o to, czy mi się podobało, ale czy coś ze mną zrobiło. Pytam nie o sposoby, ale tylko i wyłącznie o rezultat. Przypominam sobie Rifkina. Ileż tam nietrafionych dźwięków, ileż niedoskonałych brzmień – no i co z tego? Myślę o niezapomnianym Parrocie i o nadzwyczajnym Koopmanie.

|config=wideo|image=http://www.liturgia.pl/zasoby/uploads/files/wstawianie_wideo/ekran_wideo.jpg
http://www.youtube.com/watch?v=BCzvcrWUrEk

Nowa wersja Herrewege jest niesamowita i z gwarancją na szybkie i pewne wydobycie się z okowów czasu. Kiedy to się już stanie, a stanie się szybciej niż myślicie, zaskoczyć może Was tylko, że w nowych realiach panuje raczej obojętność na losy ziemskiego świata i ziemskiego człowieka. Wszechświat rozbrzmiewa dźwiękami Bacha. Galaktyki poruszają się w rytm bachowskich chórów. Planety zbliżają się i krążą wokół siebie medytując duetami. Samotne komety przemierzają przestrzeń śpiewając swoje Benedictus i Agnus Dei. Gwiazdy rodzą się oznajmiając Et resurrexit. Ale gdzie jest człowiek? Gdzie jest ze swoimi lękami, cierpieniami i nadziejami? Z tej perspektywy go nie widać. Nie ma u Herreweghe człowieka takiego jak Ty i ja. Jest abstrakt, człowiek złożony z nas wszystkich, sygnał wysłany w kosmos, uogólniony symbol, przesłanie od nas wszystkich dla „nich" wszystkich. I jeśli we wspaniałej interpretacji Gandawczyka coś momentami budzi mój protest to to coraz bardziej dokuczliwe rozdwojenie świadomości, że z jednej strony jestem sobą, indywiduum, subiectum, a jednocześnie, z perspektywy wszechświata, jestem tylko egzemplarzem gatunku, obiectum, exemplum. W czyim imieniu Bach pisał muzykę, a Herreweghe ją wykonuje – w swoim, moim, nas wszystkich?

|config=wideo|image=http://www.liturgia.pl/zasoby/uploads/files/wstawianie_wideo/ekran_wideo.jpg
http://www.youtube.com/watch?v=Rzt14CC0xFs

Dystrybucja: CMD

Cezary Zych

Źródło: C. Zych, Puer natus est nobis, "Canor", 1998(24), Toruń, s. 59-66.

 

Zobacz także

Puer natus est nobis

1. Zdumiewające, jak wokół zdarzenia porodu młodziutkiej dziewczyny, jej dziecka, powstała tak wielka kultura, tradycja. Tam noworodek mokry, umazany jeszcze śluzem, tu hierarchia, celebracja, kościoły; tam pępowina i urodzenie łożyska, tu rozprawy, mszały, wyznania wiary. Z gorczycznego ziarnka ogromne drzewo, ze stajni (ten charakterystyczny zapach obornika) monumentalne królestwo.

1. Zdumiewające, jak wokół zdarzenia porodu młodziutkiej dziewczyny, jej dziecka, powstała tak wielka kultura, tradycja. Tam noworodek mokry, umazany jeszcze śluzem, tu hierarchia, celebracja, kościoły; tam pępowina i urodzenie łożyska, tu rozprawy, mszały, wyznania wiary. Z gorczycznego ziarnka ogromne drzewo, ze stajni (ten charakterystyczny zapach obornika) monumentalne królestwo.

none


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Mateusz Czarnecki

Absolwent Polonistyki UJ, zajmuje się redakcją książek. Mąż wspaniałej żony i tato czterech córek. Mieszka na wsi polskiej.