Punktualność i „strój godny” czyli o skarleniu

Jakiś czas temu pisałem o przykładzie homiletycznego karmienia wiernych duszpasterską paszą, która w dodatku, w imię wartości budujących, była wciskaniem ludziom kitu. Ostatnio znowu spotkałem się z czymś podobnym, ale tym razem na tej kanwie chciałbym zastanowić się nad czymś innym, niż tylko nieprawda w służbie "wyższego dobra".

W kazaniu w czasie mszy na uroczystość Bożego Ciała usłyszałem bardzo ciekawe rzeczy na temat pierwszych chrześcijan. Dowiedziałem się mianowicie, że byli zawsze punktualni, nie spóźniali się na Eucharystię i nie było tak, żeby spóźnialscy stali poza murami świątyni (to ostatnie zdanie to wierna parafraza). No cóż, to kit mniej więcej taki sam, jak to, że Galaci wzięli sobie do serca napomnienia Pawła wyrażone przez niego w liście do nich. Bo i niby skąd ktoś z nas może wiedzieć czy się spóźniali czy nie? Może i w jakimś kazaniu Jana Chryzostoma, Ambrożego, albo Augustyna znaleźlibyśmy napomnienie, aby się nie spóźniać. Ale to by tylko świadczyło o tym, że się spóźniano. Natomiast brak takich napomnień nie świadczy o braku tego zjawiska.

No więc nie wiemy czy się spóźniali czy nie, wiemy natomiast, że spóźnialscy nie mogli stać poza murami świątyni, bo do IV w. nie było czegoś takiego jak świątynia chrześcijańska. Jeśli stali, to na ulicy pod wejściem do czyjegoś domu, gdzie akurat odbywało się zgromadzenie, ewentualnie, już w III w., pod drzwiami domus ecclesiae. Ale osobiście myślę, że nawet jak się spóźnili, to weszli do środka.  

Na początku kiedy to usłyszałem pomyślałem sobie: "Ech, ci mityczni pierwsi chrześcijanie…, znowu ktoś ich do czegoś wykorzystuje." Ale potem zastanowiłem się nad tym do czego i to mnie zafrapowało. Od kiedy mianowicie punktualność trafiła do rejestrów cnót chrześcijańskich? 

Skojarzyło mi się z tym coś jeszcze innego. Przed kilkoma laty przy wejściu do niektórych kościołów zawisł plakat, którego wspomnienie do dzisiaj przyprawia mnie o grymas. Na plakacie widać było główną nawę jakiegoś dużego kościoła. Na pierwszym planie stał Jezus wymownym gestem wskazujący wnętrze, a obok niego dwa napisy: "Tutaj strój raczej godny niż swobodny" oraz cytat z Mt 22,12: "Przyjacielu, jakżeś tu wszedł nie mając stroju weselnego?" Przekaz jasny: Jeśli jesteś niekompletnie ubrana(any), masz krótkie spodnie/spódnicę, odkryte ramiona, itp., NIE WCHODŹ!!

Co łączy te dwie rzeczy: mitycznych pierwszych chrześcijan jako przykład punktualności i plakat z Jezusem i cytatem z Mt 22,12? Ano jak dla mnie, to łączy je pewien niezbyt zdrowy nacisk na rzeczy czy wartości drugorzędne. Nie chcę przez to powiedzieć, że to wszystko jedno, czy będziemy na mszy od samego jej początku, czy pojawimy się na "Bóg zapłać" po kazaniu, albo, że w zasadzie nie ma znaczenia czy pójdziemy tam w garniturze, czy w samych majtkach. Chodzi mi o rangę tych rzeczy, nadawaną im w obu komunikatach (w kazaniu i na plakacie) za pośrednictwem wczesnych chrześcijan w pierwszym przypadku oraz postaci Chrystusa i cytatu z Ewangelii w drugim.

Ten pierwszy przypadek jest jeszcze dość niewinny. Pierwsi chrześcijanie i ich niezwykłe cnoty są pewnego rodzaju mitem (albo bardziej precyzyjnie: obrośli w pewnego rodzaju mit), do którego – i słusznie – często się odwołujemy. Moim zdaniem ważne jest, aby z owego mitu wydobywać jakieś wzorce naprawdę istotne, a robić się to powinno w oparciu o rzetelną wiedzę, obznajomienie w tekstach itd. Wtedy może to mieć realną homiletyczną i duszpasterską wartość. Ale naginanie tej, jak można ją nazwać, struktury znaczącej do wytwarzania w ludziach przekonania, że punktualność jest cnotą chrześcijańską zakorzenioną nieledwie w czasach apostolskich to, jak dla mnie, pewne nadużycie, świadczące dodatkowo o jakimś skarleniu. No bo kiedy treścią Dobrej Nowiny staje się wartość, powiedzmy sobie, mieszczańska, to jak to inaczej nazwać? A mówiąc z innej strony i bardziej dosadnie: gdybym miał głosić kazania, to szkoda byłoby mi czasu na takie – przepraszam – pierdoły, jak punktualność.

Ten plakat już taki niewinny nie jest. Najpierw zapytajmy, co jest naprawdę nie tak we wchodzeniu do kościoła w krótkich spódnicach czy strojach kąpielowych, a więc w "stroju swobodnym". Przed Bogiem jesteśmy nadzy i to nie tylko w sensie cielesnym (wspaniale mówi o tym Ps 139), a więc Jego nasza nagość obrazić nie jest zdolna. Pozostaje człowiek. I tu, jak rozumiem, chodzi o to, aby czyjaś nagość, drażniąc zmysłowe i seksualne receptory innych (dodajmy, że prawdopodobnie chodzi przede wszystkim o nagość kobiecą i jej odbiór przez mężczyzn), nie przeszkadzała im w skupieniu i modlitwie. No bo o co innego może chodzić?Dobrze, to jeszcze można zrozumieć i przyjąć, choć w moim odczuciu trąci to obłudą. Dlaczego jednak ów plakat sugeruje, że zakaz wchodzenia do kościoła w "stroju swobodnym" ma boską (Jezusową) sankcję i opatruje go cytatem z Ewangelii, którego bezpośredni kontekst (Mt 22,13-14) mówi, iż ten, kto nie ma stroju weselnego (czyli "godnego") zostanie wyrzucony na zewnątrz w ciemności, gdzie będzie płacz i zgrzytanie zębów? Cała ta perykopa, z której pochodzi to zdanie o stroju jest chyba jednym z trudniejszych fragmentów Ewangelii. Tutaj zaś zostaje sprowadzona do sankcji dla czegoś tak mało w gruncie rzeczy istotnego jak to, czy spódnica ma być przed kolanem czy za kolanem, albo czy wolno mieć odkryte ramiona czy nie, zaś Jezus do roli dozorcy grożącego wieczną ciemnością nastolatkom z odsłoniętymi pępkami. No śmiech na sali, moi Państwo. Albo płacz.

Ale czemu ja się tu tak wywnętrzam w związku z takimi drobiazgami? Bo wierzę, że chrześcijaństwo jest religią ludzi wolnych, że jest w stanie wyzwolić w każdym człowieku duchowego arystokratę, że godność dzieci Bożych nie jest tylko kaznodziejskim sloganem. A te działania, które opisałem każą ludziom kojarzyć chrześcijaństwo z punktualnym przychodzeniem do kościoła i pruderią. A to jest raczej jakieś skarlenie. Tyle. 


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Tomasz Dekert

Tomasz Dekert na Liturgia.pl

Urodzony w 1979 r., doktor religioznawstwa UJ, wykładowca w Instytucie Kulturoznawstwa Akademii Ignatianum w Krakowie. Główne zainteresowania: literatura judaizmu intertestamentalnego, historia i teologia wczesnego chrześcijaństwa, chrześcijańska literatura apokryficzna, antropologia kulturowa (a zwłaszcza możliwości jej zastosowania do poprzednio wymienionych dziedzin), języki starożytne. Autor książki „Teoria rekapitulacji Ireneusza z Lyonu w świetle starożytnych koncepcji na temat Adama” (WAM, Kraków 2007) i artykułów m.in. w „Teofilu”, „Studia Laurentiana” i „Studia Religiologica”. Mąż, ojciec czterech córek i dwóch synów.