Radioaktywnie, a z uśmiechem

Czekam na tomografię. Byłem zapisany na dziewiątą, ale pani w pracowni roześmiała mi się prosto w twarz i powiedziała, że o dziewiątej to ona ma innych pacjentów. Muszę zatem czekać, aż mnie łaskawie wywoła. Siedzę zatem, smętnie rozmyślając, że na House’a, jak kosa na kamień, raczej tu nie trafię. Na Cuddy też nie mam co liczyć.

W poczekalni ruch, bo obok jest punkt przyjęć pacjentów do szpitala, więc co jakiś czas przychodzi pani w czerwonej kamizelce, pytając: Kto do przebierania? Obok mnie siedzą trzy kobiety (niewiasty, jak to mówią dominikanie, babeczki, jak mówi moja przyjaciółka, Movena). Jedna z pań też czeka na badanie, co jakiś czas przynoszą jej plastykowy kubek z płynem, który ma wypić w ciągu 15 minut; dwie pozostałe jej towarzyszą. Babeczki-niewiasty zabawiają się rozmową na przeróżne tematy. Próbuję czytać Wykłady bawarskie Ratzingera, ale, nolens volens, dociera do mnie to, o czym niewiasty rozmawiają. Dowiedziałem się zatem, że kafelki na podłodze w poczekalni są chyba takie same, jak u jednej z nich w łazience („A ty nie masz terakoty?”, spytała druga. „Nie, kafelki; tylko nie wiem, czy moje nie są bardziej kwadratowe”.) Dowiedziałem się, że Ewa Błaszczyk („No wiecie, ta, co ma córkę w śpiączce.”) ma bardzo brzydką, okropną fryzurę, a w TVP mówili o najbrzydszym polskim aktorze („Ale to nie jest ten Maliniak z Czterdziestolatka, czekaj, kogo on grał… no wiesz, ten, jak on się nazywa.”)

Nagle drzwi się otwierają, i do poczekalni wchodzi kobieta w białych legginsach i białym kubraku, emanująca po prostu uśmiechem, ciepłem i macierzyńskością. Ktoś czeka na tomografię?, pyta. Nieśmiało mówię, że ja. No to idziemy. A pani jeszcze pije?, pada pytanie w kierunku jednej z babeczek, która skwapliwie potwierdza. Łobuzerski błysk w oku pani uśmiechniętej, ciepłej i macierzyńskiej: A lubi pani pić?

Idziemy zatem do pracowni, ktoś po drodze zwraca się do mojej towarzyszki per „szefowo”. Pani jest wciąż uśmiechnięta i serdeczna. Mierzy mi ciśnienie, pyta, jak się czuję, tłumaczy, co się może dziać, kiedy poda mi kontrast. Mówię jej, że jest bardzo miła, i że dzięki temu od razu lepiej się czuję. Pani chyba nie usłyszała, pewnie za cicho mówiłem. Ale naprawdę czuję się dobrze: jej serdeczność, jej dobry humor – w takim miejscu! – są po prostu pokrzepiające.

Po badaniu, czekając w poczekalni na wyjęcie wenflonu, dowiedziałem się, że pani to pielęgniarka. Pewnie nigdy nie przeczyta tego, co tu piszę, ale chcę jej bardzo, bardzo podziękować. Za jej podejście do pacjenta, za jej humor i za jej troskę. Nie zawsze można się z tym spotkać w szpitalu czy przychodni. Nie powinienem wprawdzie narzekać, bo jednak częściej mi się zdarza spotkać przyjaznych pracowników służby zdrowia niż tych niemiłych; ale ta bezimienna „pani z tomografii” zasługuje na z głębi serca płynące DZIĘKUJĘ. Za człowieczeństwo.

PS Gregory House, oczywiście, jest zupełnym przeciwnikiem takiego podejścia, ale i tak go lubię. Wbrew pozorom, podobieństwa się przyciągają. Chociaż ja nie umiem grać na fortepianie i nie jeżdżę na motorze.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Marcin L. Morawski

Marcin L. Morawski na Liturgia.pl

Filolog (ale nie lingwista) o mentalności Anglosasa z czasów Bedy. Szczególnie bliska jest mu teologia Wielkiej Soboty. Miłośnik Tolkiena, angielskiej herbaty, Loreeny McKennitt i psów wszelkich ras. Uczy greki, łaciny i gockiego. Czasami coś tłumaczy, zdarza mu się i wiersz napisać. Interesuje się greką biblijną oraz średniowieczną literaturą łacińską i angielską. Członek International Society of Anglo-Saxonists, Henry Bradshaw Society.