Ratzinger odkryty na nowo

Nasza rozmowa będzie dotyczyć niecodziennego dla nas faktu - pierwszego tomu nowej serii liturgicznej, którą oddamy Czytelnikom jeszcze tej jesieni. Wydawcą serii „Źródło i szczyt” jest Fundacja Dominikański Ośrodek Liturgiczny i kwartalnik „Christianitas”.

Małgorzata Gadomska: Nasza rozmowa będzie dotyczyć niecodziennego dla nas faktu – pierwszego tomu nowej serii liturgicznej, którą oddamy Czytelnikom jeszcze tej jesieni. Wydawcą serii „Źródło i szczyt” jest Fundacja Dominikański Ośrodek Liturgiczny i kwartalnik „Christianitas”. Od jakiej książki zaczęliście, skąd taki wybór? I jakie nazwiska ukażą się w przyszłości w serii?

Krzysztof Porosło: Zaczniemy od książki Józefa Ratzingera, która jest zbiorem jego artykułów na temat liturgii, które jeszcze nie zostały opublikowane w języku polskim. Zebraliśmy te artykuły pod wspólnym tytułem „Sakrament i misterium”.

Wybór był bardzo prosty: większość książek kard. Ratzingera na temat liturgii sprzedaje się w Polsce bardzo dobrze i są to książki bardzo chętnie czytane i kupowane, i większość z tekstów Ratzingera już się ukazała. Jego najsławniejsze książki o liturgii to „Duch liturgii”, „Święto wiary” czy „Nowa pieśń dla Pana”. Przyczynkiem do tego, aby wydać akurat te teksty było ukazanie się zupełnie niedawno pierwszego tomu dzieł zebranych, które wydało wydawnictwo Herder pod tytułem „Teologia liturgii”, w jednym tomie zbierając wszystkie teksty, które poruszają temat liturgii, sakramentu Eucharystii i w dużej mierze problem muzyki liturgicznej. Przeglądając ten tom, zestawiając go z tekstami, które ukazały się w języku polskim, stworzyliśmy jeden tom, który będzie miał około 200 stron i niepublikowane teksty. Fenomen Ratzingera polega na tym, że pisze on o bardzo trudnych tematach w dość przystępny sposób, tak że możemy na początek tej serii zaproponować właśnie takie ujęcie, które może być bliskie zarówno znawcom tematu, jak i ludziom, którzy dopiero zaczynają poznawać liturgię.

Następne propozycje również ukażą się w tym kluczu. Chcemy, żeby były to pozycje bardzo rzetelne, z najwyższej światowej półki, a zarazem w swojej formie przystępne. Dlatego jako drugi tom zaproponujemy dziełko Hildebranda. Następnie bardzo dobrą pozycję Bradshawa o poszukiwaniu, o korzeniach i o źródle liturgii chrześcijańskiej. Bradshaw to teolog, który jest w tej chwili chyba najlepszym ekspertem w dziedzinie historii pierwszych wieków chrześcijaństwa i liturgii w tych wiekach, o której tak naprawdę za dużo nie wiemy. Zaproponujemy również dzieło Roberta Tafta, wybitnego amerykańskiego teologa liturgii i historyka liturgii, który przede wszystkim zajmuje się liturgią bizantyjską. Przybliżymy w ten sposób temat liturgii wschodniej, ale w kluczu stanięcia ponad Wschodem i Zachodem, zobaczenia wspólnych źródeł tych dwóch nurtów liturgii, dwóch tradycji, zobaczenia, że tak naprawdę fundament, sama istota – są wspólne, choć wyrażane dzisiaj w dwóch różnych formach.

Był jeszcze jeden powód, dla którego postanowiliśmy jako Fundacja wydawać książki liturgiczne. Od pewnego czasu zaczęło nas zastanawiać to, czy w Polsce toczy się w ogóle debata liturgiczna, czy ona jest autonomiczna w stosunku do myśli zachodniej, czy mamy swoich liturgistów i teologów, których interesuje wciąż ten temat.

K.P.: Na pewno w polskim środowisku liturgicznym da się zauważyć że temat liturgii, mistagogii nie jest bardzo medialny, te dyskusje nie wychodzą na światło dzienne, chociażby w postaci otwartych debat, w postaci artykułów w najważniejszych katolickich pismach – rozmowa jest trochę na uboczu. I nawet tak ważne wydarzenia, jakimi było opublikowanie Summorum Pontificum czy Universae Ecclesiae, przeszły echem. Pojawiały się tylko sporadycznie i w niszowych mediach artykuły i zazwyczaj nie były one tekstami samych liturgistów, ale publicystów, redaktorów. To daje na pewno dużo do myślenia. Poza tym trzeba też w uczciwości przyznać, że w ostatnich dziesięciu czy pięciu latach poza „Duchem liturgii” Ratzingera nie ukazało się żadne ważne tłumaczenie zagranicznych i zachodnich książek dotyczących tematu liturgii. A jeżeli coś się ukazuje z literatury zachodniej, to zazwyczaj są to pozycje bardzo popularne, często z niższej półki, nie te wybitne. To również powinno zastanowić. Oczywiście powodów może być wiele: małe zainteresowanie tym typem literatury lub trudności wydawnicze. Pozostaje wierzyć, że wydawanie najlepszej literatury sprawi, że ta dyskusja w jakiś sposób się ożywi, a nawet jeśli nie w kręgu medialnym, to wśród czytelników, których ten temat może jeszcze zainteresować. Chociaż mam w tej kwestii osobistą obserwację, że wielu ludzi się interesuje liturgią, choć jeszcze trudno nam w to uwierzyć – wielu ludzi poszukuje tego, co najgłębsze w celebracji i chce swoją wiedzę, a przede wszystkim swoje doświadczenie liturgii cały czas pogłębiać.

Papież we wszystkich rozdziałach pierwszej części książki, choć wybrane przez Ciebie teksty różnią się między sobą, mówi de facto o tym samym: o głębokim związku i ciągłości, jaka zachodzi pomiędzy Pismem i Tradycją. Czyli o nowym kontekście, jaki nadała Staremu Przymierzu ofiara Chrystusa. Czy możesz przybliżyć myśl kardynała na przykładzie idei sakramentów?

Michał Koza: Ratzinger chce z jednej strony pokazać radykalną nowość chrześcijaństwa: sprzeciwia się na przykład takim nurtom archeologizującym, które chciałyby jednostronnie patrzeć na Eucharystię, często w kontekście Starego Testamentu, np. wyprowadzać istotę Mszy Świętej bezpośrednio z Paschy, czyli wieczerzy paschalnej. Poświęca temu jeden z tekstów: Czy Eucharystia jest ofiarą? Jest on poświęcony właśnie krytyce idei, zapożyczonej ze Starego Testamentu, mówiącej, że Eucharystia jest przede wszystkim Ucztą. Z jednej strony Ratzinger pokazuje radykalną nowość czynu Chrystusa – Zbawienia, które przychodzi od Niego, które potem uobecniane jest w liturgii – a z drugiej strony bardzo mądrze ukazuje ciągłość, która zachodzi między Starym a Nowym Testamentem. Podobnie jak między płaszczyzną przyrodzoną, czyli stworzeniem, antropologią, czyli codziennym modusem działania człowieka, a wiarą. Temu służy tu ukazanie idei sakramentalności, tego, że człowiek w codziennym życiu, w kulturze, w nadawaniu kulturowych sensów czynnościom, które wykonuje czy przedmiotom lub instytucjom, dokonuje czegoś podobnego, co dzieje się w rzeczywistości sakramentalnej. W tym miejscu okazuje się wielkim myślicielem, który patrzy szeroko i potrafi przejść od antropologii do liturgiki, a od nich do teologii.

W jaki sposób optyka antropologiczna pomaga Ratzingerowi zrozumieć Boski dar, jakim są Sakramenty? Czym były pra–sakramenty?

M.K.: Kardynał widzi sakramenty z perspektywy antropologicznej. Pozwala popatrzeć na Sakramenty jako rzeczywistość, która ma towarzyszyć wszystkim szczególnym punktom egzystencji człowieka. Papież tutaj mówi o punktach węzłowych, czyli narodziny, zaślubiny czy w ogóle życie kobiety z mężczyzną, posiłek. Tym punktom węzłowym egzystencji człowieka ma towarzyszyć coś, co przekracza człowieczeństwo, czyli jest otwarte na wymiar sacrum, które przekracza wymiar biologiczny w stronę świętości. I właśnie temu mają służyć Sakramenty. Podobnie jak Kościół chce ogarnąć swoim życiem liturgicznym te węzłowe punkty egzystencji człowieka, tak pra–sakramenty, czyli na przykład instytucje, które towarzyszyły małżeństwu w kulturze od najdawniejszych czasów, jeszcze przed chrześcijaństwem, one mają swoje wypełnienie, swoje przedłużenie, ale również pewne przekroczenie. To natomiast dokonuje się w Chrystusie, dalej w Kościele i w Sakramentach Kościoła.

Krzysztof Porosło: Wydaje mi się, że fenomenalne są jeszcze dwie rzeczy, które stara się pokazać. Tzn. mówi, że kiedy zadajemy sobie pytanie o to, czym jest Sakrament, to tak naprawdę pytamy o to, kim jest człowiek. I bardzo często wraca u Niego myśl, że posiłek tak naprawdę staje się jakąś czynnością ludzką nie wtedy, kiedy coś jemy, ale wtedy kiedy zaczynamy ucztować, kiedy spotykamy się z drugim człowiekiem. Samo jedzenie nie jest celem samym w sobie, ale chodzi o zbudowanie wspólnoty, o wymianę zdań. I kiedy, patrząc już z perspektywy chrześcijańskiej, te punkty węzłowe stały się wyrazem właśnie Sakramentów Kościoła, czyli wyrazem działania Bożej łaski w konkretnych znakach, to równocześnie, w tych znakach objawia się w pełni nasze człowieczeństwo, objawia się to, kim naprawdę jesteśmy: jesteśmy stworzeni do bycia darem dla innych, jesteśmy stworzeni do oddania siebie, jesteśmy stworzeni do budowania również wspólnoty, do wymiany, do rozmowy, do dialogu. I to jest pierwsza rzecz, która mnie zupełnie zachwyciła w takim ujęciu. Druga to, że nie bał się Ratzinger nigdy w tych tekstach postawić również krytycznych pytań do tego, co powszechnie przyjmujemy za doktrynę, to, co wydaje się już powszechnie ogólnikiem ogólnie przyjętym, a co jest na przykład krytykowane dzisiaj bardzo mocno przez współczesne nauki, przez fizykę czy przez współczesną filozofię. Ratzinger nie bał się bronić z jednej strony idei transsubstancjacji, a z drugiej strony spojrzeć na nią krytycznie i pokazać, że nie możemy przejąć dokładnie koncepcji arystotelizmu, że dzisiaj musimy na to spojrzeć troszkę inaczej.

To, co mnie pociąga w Ratzingerze, a w tej książce również się potwierdziło, to to, że nie tylko dokonuje on analiz i syntez, ale również niezwykle konstruktywnej krytyki, w każdym właściwie z tych rozdziałów, które zaproponowaliście, stawia diagnozę. Tak jest gdy próbuje ogarnąć kwestię współczesnych kryzysów wiary: skąd w dzisiejszym świecie, może nawet wśród ludzi wierzących kryzys Sakramentów, według Ratzingera?

K.P.: Ratzinger próbuje pokazać, że kryzys tak naprawdę jest kryzysem, mogę nawet ośmielić się powiedzieć, naszego człowieczeństwa. W tym znaczeniu, że bardzo często gubimy sferę rzeczywistości ducha, sprowadzamy wszystko do czystej materialności. To jest pierwsza teza. Ale również Papież mówi w książce o tym, że kryzys polega także na tym, że zamykamy się całkiem na rzeczywistość transcendentną i na rzeczywistość wieczną. Tzn. próbujemy nasze życie zamknąć w tych określonych formach „tu i teraz”, widząc najbliższą przyszłość, która nas dotyczy, w tym wymiarze całkiem powszechnym, materialnym; co zjeść, jak zarobić, żeby było nam dobrze. Natomiast Sakramenty nas wyrywają trochę z takiego myślenia i otwierają nas na perspektywę znacznie głębszą – mówią: nie chodzi o to, żebyś zjadł posiłek, ale o to chodzi, żebyś zrobił coś naprawdę ludzkiego. Oczywiście to jest ważne, abyś się posilił, ale spotkaj się jeszcze z drugim człowiekiem. Podobnie ze sferą życia małżeńskiego. Znów nie chodzi tylko i wyłącznie o zaspokojenie swoich potrzeb seksualnych, ale o wspólnotę z drugą osobą, o wyrażenie tego, czym żyję, o pokazanie, że się drugiego kocha. Ratzinger podkreśla bardzo mocno aspekt pokuty, aspekt przebłagania Boga czy wyrażenia mojej skruchy. Pokazuje, że jest szersza perspektywa, rzeczywistość ducha.

Mówi jeszcze jedną ważną rzecz: o praktycznym korzystaniu z Sakramentów. Wyziębiliśmy się jako ludzkość, poprzez brak kontaktu, relacji osobowej z Bogiem. Nieprzystępowanie do Eucharystii, Bóg coraz mnie obecny – nie mamy szansy na więzi realne z Bogiem i przez to nie wchodzimy w communio i nie wchodzimy w bliskość z ludźmi również. Ważny jest też rozdział o communio, o solidarności i o Eucharystii, w którym papież nie stroni od wskazania praktycznego, społecznego sensu Sakramentu Eucharystii. Czy moglibyście pokrótce przybliżyć jego naukę w tej kwestii?

M.K.: Przede wszystkim problem komunii u Ratzingera ściśle wiąże się z pytaniem o istotę Kościoła. Między innymi w tym tekście skrytykowane zostają takie tendencje, które pojawiły się w Kościele po Soborze Watykańskim II, o tym, że Kościół należy właśnie postrzegać jako w swojej istocie soborowy, tzn. że Kościół przede wszystkim ma być „radą Boga na ziemi”. natomiast jednak kardynał wskazuje na to, że istotą Kościoła jest komunia: z jednej strony komunia między Bogiem a człowiekiem, a drugiej strony komunia między ludźmi, między sobą nawzajem.

Z czego wypływa potem solidarność.

M.K.: Tak, z czego wypływa potem solidarność i źródłem solidarności międzyludzkiej jest zawsze Bóg. Te dwa wymiary przenikają się w Chrystusie, który jest Bogiem i człowiekiem. Także On z jednej strony pokazał nam, jak człowiek ma kochać Boga, a z drugiej strony jak my mamy kochać siebie nawzajem. I to jest dla Ratzingera taka najgłębsza istota Kościoła.

K.P: Mówi się w teologii o tzw. koncepcji communio–eklezjologii, z którą przede wszystkim łączy się właśnie osobę kardynała Ratzingera. W Konstytucji o Kościele Lumen Gentium Soboru Watykańskiego II pojawia się wiele różnych modeli Kościoła najbardziej znanych z tradycji: Kościół jako Mistyczne Ciało Chrystusa, jako Oblubienica oraz również Kościół jako Komunia. Dla Ratzingera właśnie to ostatnie pojęcie stało się najbliższym, najgłębszym rozumieniem Kościoła. Wydaje mi się, że ma to przede wszystkim źródło w trynitologii, że ta prawdziwa koinonia jest przede wszystkim w Bogu, dlatego nie chodzi tu o wspólnotę w sensie socjologicznym, kilka spotykających się ze sobą osób, ale o wspólnotę w istnieniu. W Trójcy Świętej są trzy osoby, ale jedno istnienie, jedna istota – i stąd wypływa właściwe rozumienie Kościoła, a w konsekwencji właściwe rozumienie Eucharystii, w której nie chodzi o to, abyśmy się razem ze sobą zebrali i stworzyli wspólnotę w wymiarze socjologicznym, ale rzecz jest o wiele głębsza. Chodzi o pełne zjednoczenie z Bogiem. Chodzi naprawdę o bycie jednym w Chrystusie, co Kościół Wschodu nazwie „przebóstwieniem”. Z drugiej strony, rozszerza się to na perspektywę solidarności. Kiedy przychodzę na Eucharystię, nie chodzi tylko o to, abym ja był z Bogiem, ale perspektywa ta rozciąga się na wszystkich ludzi obok mnie.

Czy Ratzinger stawia diagnozę, dlaczego chrześcijanie negują własną religię? I dlaczego przy negacji religii spada zainteresowanie sakramentami, liturgią, czyli wszelką formą w chwaleniu, miłości Boga? Chodzi mi między innymi o „letnie” podejście do Eucharystii.

M.K. W ujęciu Ratzingera Eucharystia, wśród wszystkich swoich wymiarów, okazuje się także szkołą wiary – i to takiej wiary, która nie wstydzi się swojego kształtu, jest prawdą i nie wstydzi się, by tę prawdę zanosić innym. Wymiarem, na który wskazuje Ratzinger, jest bardzo mocny indywidualizm i relatywizm prawdy – nie liczy się to, w co ktoś wierzy, czyli ortodoksja, ale to, jak ktoś postępuje. Wystarczy być „dobrym człowiekiem”, nie ważne, z jakimi przekonaniami, czyli kierować się wyłącznie „ortopraksją”. Tutaj znowu powracamy do ciągłości, którą Ratzinger stara się ukazać między różnymi płaszczyznami życia, między różnymi poziomami egzystencji – tym czysto ludzkim i tym teologicznym, zaangażowaniem społecznym i zaangażowaniem w życie wiary. Właśnie dlatego te pisma są dla mnie świadectwem tego, że wbrew ukazywaniu Ratzingera jako człowieka, który dzieli, stawia bardzo sztywne podziały między ludźmi, między ideami, tym co jest prawdą, a co nią nie jest. Dla mnie okazuje się on przede wszystkim rzecznikiem ciągłości, tego, by człowiek odnalazł powiązanie między nieskończonością, w której jest Bóg i między skończonością, w której życie sam człowiek. By dostrzegł w swoim życiu te miejsca, w których nieskończoność się przejawia.

Rozmawiamy tuż przed spotkaniem w Asyżu. Ratzinger obala wszelkie „gładkie” mity ekumenizmu w wydaniu medialnym – od wielu lat porusza ten temat, próbując zmienić współczesne uproszczone myślenie na temat dialogu między religijnego czy międzykulturowego. Czy na gorąco mógłbyś odnieść się do jego rozumienia dialogu międzyreligijnego w kontekście Asyżu?

K.P. Może ujmę to nie bezpośrednio, a w nawiązaniu do tego, o czym mówił Michał. W ostatnich dniach został ogłoszony Rok Wiary – dla uczczenia pięćdziesiątej rocznicy rozpoczęcia obrad II Soboru Watykańskiego. Benedykt XVI, tłumacząc tę decyzję i sposób, w jaki ma być realizowana, odwołuje się przede wszystkim do dwóch rzeczy: sakramentów i Słowa Bożego. Właśnie przez przyjmowanie sakramentów i głębsze wnikanie w ich rzeczywistość, otwieranie się na nią, oraz słowo Boże (odwołuje się tu do Verbum DominiSacramentum Caritatis, dwóch swoich adhortacji) jest przeżywana wiara. Nie da się oddzielić wiary od sakramentów – prawdziwa wiara w Jezusa Chrystusa, który stał się człowiekiem, będąc nadal Bogiem, prowadzi bezpośrednio do sakramentów i do Słowa, którym jest sama osoba Syna Bożego. Z drugiej strony odwołuje się do zapowiedzianego na przyszły rok synodu biskupów na temat nowej ewangelizacji. Jak pokazuje sama praktyka ewangelizacji, wciąż trzeba nam głoszenia Ewangelii. W linneamentach, przygotowujących do synodu, dużo miejsca poświęca się głoszeniu tym, którzy nie poznali Chrystusa, ale najwięcej uwagi jest poświęcone reewangelizacji, „nowej ewangelizacji”, nawet w znaczeniu ponownego katechumenatu, deuterokatechumenatu. Papież bardzo mocno stawia kwestię tego, że musimy zobaczyć, że obok nas żyją ludzie ochrzczeniu, którzy w żaden sposób nie wyrażają wiary, to znaczy albo ukrywają się ze swoją wiarą, wstydzą się jej, albo po prostu gdzieś tę wiarę utracili i nie żyją życiem sakramentalnym. Dlatego w linneamentach proponuje drogę katechumenatu, inicjacji, a więc również drogę przez sakramenty do ponownego odkrycia tego kim jestem, tego kim jest chrześcijanin. Dla mnie osobiście ważne jest pokazanie przez Benedykta, że nasza wiara w dużej mierze sprowadza się właśnie do sakramentów – nie tylko w wymiarze relacji z Bogiem, ale również czysto ludzkim, relacji z drugim człowiekiem. Tych rzeczywistości nie da się od siebie oddzielić.

W wielu środowiskach daje zauważyć się tendencja do scedowania odpowiedzialności za współczesne nadużycia liturgiczne na postanowienia Vaticanum II. Gdzieniegdzie słychać też głosy, jakoby kard. Ratzinger wypowiadał się mniej przychylnie o pracach soborowych zanim został Papieżem. Czy takie odnieśliście wrażenie po tej lekturze?

M.K. Absolutnie nie. Myślę, że jest to jeden z mitów, które należy obalać. Wynika to chyba z kulturowej skłonności do ostrej dialektyki, atrakcyjności opozycji, natomiast nic w tych pismach nie wskazuje na to, że papież miałby być niezadowolony z Soboru. Wręcz przeciwnie – raczej opisuje to, za co jest Soborowi wdzięczny, chociażby w tekście, który powstał, by uczcić czterdziestą rocznicę ogłoszenia Konstytucji o liturgii świętej. Nie przeszkadza mu to w byciu bardzo rzeczowym i wnikliwym krytykiem przemian, które zachodziły w Kościele po II Soborze Watykańskim…

…czego dowodem są przynajmniej dwa teksty zawarte w omawianej książce.

M.K. Jak najbardziej. Uczciwa lektura tych tekstów nie pozwala na posądzenie kard. Ratzingera, przed czy po wyborze na papieża, o bycie rzecznikiem jakiegoś zerwania, ale wyłącznie próby odnalezienia ciągłości. Mądrej ciągłości i korygowania tego, co zostało zrobione źle.

Jako tłumaczka zetknęłaś się z oryginalnymi tekstami kard. Ratzingera po raz pierwszy. Tuż przed wywiadem skończyłam czytać książkę i to była przyjemna lektura, udało Ci się zachować przystępność stylu kardynała. Jakie są Twoje wrażenia po kilkumiesięcznej pracy nad tekstem?

Aleksandra Głos: Jako osoba, która miała niewątpliwy przywilej i ogromną przyjemność tłumaczyć dzieło Ratzingera pragnę przede wszystkim podkreślić, że jego styl urzeka mnie i zachwyca. Tym zaś, co ujęło mnie w tych tekstach najbardziej jest ich „szlachetna prostota”.

Jak wiadomo, prostota, obok zrozumiałości i uczestnictwa, była jednym z głównych wymogów, jakie Konstytucja o liturgii stawiała obrzędom liturgicznym. W tekście „Czterdzieści lat Konstytucji liturgii świętej” Ratzinger bardzo pięknie napisał, że owa prostota płynie z transparentności względem rzeczywistości Bożej i jako jedyna – ta właśnie skończona prostota – godna jest nieskończonego Boga. Z równą prostotą pisze Raztinger. Jej warunkiem jest otwartość, a nawet przezroczystość względem prawdy, tej bowiem nie wystarczy dostrzegać jasno i wyraźnie, trzeba także żyć nią w pełni. W tym sensie prostota stylu Raztingera jest prostotą ewangeliczną. Płynie ona z wyżyn myśli i głębin serca – jest zatem prostotą szlachetną. Owa szlachetna prostota pociąga za sobą elegancję i dostojność stylu, wzmocnioną dodatkowo przez skromność i pokorę autora.

Twierdzenie, że styl Ratzingera cechuje „szlachetna prostota” może się wydać dość kontrowersyjne, szczególnie jeśli przyjrzeć się takim tekstom, jak na przykład „Sakramentalny fundament chrześcijańskiej egzystencji”, który napisany jest językiem bardzo gęstym, dość zagmatwanym, pełnym „heideggeryzmów”, metafor, neologizmów. Wydaje mi się jednak, że teza ta daje się obronić, jeśli zauważyć, że Ratzinger w całkowicie naturalny sposób przestrzega zasady decorum i zgrabnie dostosowuje styl swoich pism do ich treści. Ta zaś niewątpliwie jest niewybredna i wyrafinowana i jako taka stawia wysokie wymagania także czytelnikowi. We wspomnianym tekście, poświęconym sakramentalnemu fundamentowi chrześcijańskiej egzystencji, Ratzinger próbuje dotknąć tajemnicy i wyrazić to, co jest niewyrażalne. Uchwycenie tego, co nieuchwytywalne wymaga zaś przekroczenia granic tradycyjnego myślenia i potocznego postrzegania świata, a to pociąga za sobą konieczność przekroczenia granic języka i stworzenia go poniekąd od nowa. Dlatego tekst ten, bardziej niż analitycznego wysiłku, wymaga fenomenologicznego wczucia.

Kolejną urzekającą cechą stylu Ratzingera jest jego lekkość i elastyczność. Teksty, zamieszczone w tłumaczonej książce są bardzo różnorodne i wielowymiarowe. Myślę, że można by podzielić je pod względem stylistycznym na teksty fenomenologiczne (wspomniany „Sakramentalny fundament”), analityczne, (do których zaliczyłabym przede wszystkim „Transsubstancjację” i „Czy Eucharystia jest ofiarą?”), teksty publicystyczne i wreszcie kazania. Fenomen Ratzingera polega na tym, że w każdym z tych stylów brzmi całkowicie naturalnie i w każdym z tych tekstów pisze możliwie prosto. Z perspektywy tłumacza mogę z przekonaniem stwierdzić, że ma ogromny talent literacki. Osobiście, jestem miłośniczką jego kazań – są to bowiem miniatury, w których zdołał zawrzeć on pełnię swej mądrości. To również fenomen, by w tak niewielkiej formie zmieścić tak wiele treści i mądrości. W żadnym razie nie można powiedzieć, by miały one „kaznodziejski ton”, są to bardzo piękne teksty mądrościowe, medytacyjne.

oprac. Anna Wojna

 

Zobacz także