Re-forma

Głos w sprawie formy, jej apologia i apoteoza.

Mówiono mi, że paciorek trzeba porzucić, że trzeba szukać dalszych sposobów (czyli form, ale jak się ładnie nazwie, to można nie zauważyć, że o to samo chodzi) rozmowy z Bogiem. Że modlitwa ustna jest czymś tylko wczesnym, że trzeba ją porzucić dla modlitwy myślnej. Doceniając modlitwę myślną, wyznaję, że ostatnimi czasy bardzo wziąłem sobie do serca polecenie Pańskie, by modlić się, tak mówiąc: "Ojcze nasz, któryś jest w niebie…”

Jakież to odkrycie ponowne! Jaka radość czerpać ze źródła biblijnego, słowami Zbawiciela się posługiwać, wszystkie swoje intencje wyrażać, konkretyzować je… A potem matkę Jezusową pochwalić, znów biblijnie, potem słowami Kościoła dołączyć się do błagań, by modliła się za nami i teraz, i w godzinę śmierci… (I za przykładem błogosławionego biskupa Pelczara nie zapomnieć o modlitwie z Aniołem Stróżem).

Jakoś w te pewne formy wolę wlewać treści. Zamiast lepić z gliny (a zdolności manualnych nie mam jakichś szczególnych), wolę wlewać treść do foremek, by rzeźbę stworzyć.

Zaczynam od formy, treść przychodzi kierowana formą – jestem słaby i mały, więc jeszcze zajmuję się tymi zewnętrznymi sprawami i chcę, by mnie prowadziły ku głębszym. I nie rozumiem, kiedy p. Marcin Morawski pisze: „Odnieść można wrażenie z dyskusji blogowych, że etap troski o właściwe przeżycie Mszy, w zjednoczeniu z Chrystusem Panem, prawie wszyscy mają już za sobą, i mogą teraz zajmować się swobodnie troską o formę zewnętrzną, także ważną”.

Jakże to, najpierw treść? Nie potrafię sobie nawet wyobrazić takiej kolejności. Najpierw rodzice prowadzili mnie na mszę i oglądałem gesty, słuchałem słów, próbowałem się włączać (a na samym początku pewnie głównie spałem i płakałem), a powoli, z latami, przychodziło jakieś rozumienie. Najpierw rodzice nauczyli mnie pacierza, a dopiero potem starałem się z mechanicznie odtwarzanych głosek wyłuskać słowa, a z nich sens.

Nie rozumiem jeszcze innej postawy. Tłumaczenia, że niedociągnięcia, niedostatki czy po prostu niechlujność modlitwy (np. mszy) jest dobrym ćwiczeniem, pozwala zobaczyć, co jest istotą. Traktuję formę w liturgii nie jako coś zewnętrznego, narzuconego, ale danego dla możliwości rozumienia. Czegoś niezbędnego mej podwójnej cielsno-duchowej naturze. I nie rozumiem, jak można twierdzić, że niepoprawnie zaprojektowana i źle wydrukowana książka (analogię stosuję), daje lepszy wgląd w treść niż przejrzysta i zachęcająco wydana.

Ale tak najbardziej to bliski jestem „barokowemu” rozumieniu treści i formy. Nie jako dwóch odmiennych rzeczywistości, z których jedna jest opakowaniem (przysłania? skrywa? ukazuje?), a druga, głębsza jest czymś naprawdę godnym zainteresowania. Tak – jak nie czuję rozdźwięku między mymi dwoma naturami i tak samo intensywnie odczuwam posiadanie ducha i ciała – tak samo widzę, że forma warunkuje treść i gdyby treść wyrazić w innej formie, nie byłaby to ta sama treść. Koncept jest narzędziem poznawczym, a nie „przerostem formy nad treścią”.

Zamiast pięknego barokowego wiersza, który by tę tezę potwierdzał, za przykład podam synonimiczność wyrazów. Mało jest takich, które oznaczają jedno i to samo, zazwyczaj oznaczają tylko coś podobnego – delikatny i subtelny to trochę różne rzeczy (chusteczka do nosa nie jest subtelna, a może być delikatna). Ale nawet uznawane za w pełni tożsame wyrazy z jakiegoś powodu mają różną formę. W formie „ziemniaki” i w w formie „kartofle” oraz „pyry” kryją się jednak trochę inne treści.


Wpisy blogowe i komentarze użytkowników wyrażają osobiste poglądy autorów. Ich opinii nie należy utożsamiać z poglądami redakcji serwisu Liturgia.pl ani Wydawcy serwisu, Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Zobacz także

Michał Buczkowski

Michał Buczkowski na Liturgia.pl

Katolik, mąż, ojciec, Polak, dziennikarz i tak dalej.