Refleksje na kanwie „sprawy pewnego śpiewnika”

Przeczytawszy artykuł p. Łukasza Wolańskiego Śpiewnik liturgiczny „Niepojęta Trójco” – krótka analiza krytyczna, odpowiedź p. Agnieszki Myszewskiej-Dekert i wreszcie kolejną odpowiedź p. Wolańskiego, miałem ochotę zabrać głos w tej dyskusji, gdyż należę do wspólnoty krakowskich dominikanów, a śpiew proponowany przez Niepojętą Trójcę, często używany podczas liturgii sprawowanej w naszej bazylice, jest bliski mojemu sercu.

Jest on dla mnie – i, jak sądzę, dla mnóstwa ludzi przyjeżdżających nieraz z bardzo daleka na Eucharystię sprawowaną w naszym kościele – znakomitym sposobem modlitwy. Nie odnajduję jednak w sobie tej pasji polemisty, jaką mają p. Wolański i p. Myszewska-Dekert. Nie posiadam też – pomimo że na liturgii znam się, jak sądzę, nieźle: i z teorii, i z doświadczenia jej sprawowania – odpowiednich kompetencji (i czasu) do podjęcia polemiki w tej kwestii. Nie jestem bowiem prawnikiem i nie mam tej łatwości w wyszukiwaniu i cytowaniu przeróżnych przepisów prawnych i rubryk, którą posiada p. Wolański. Na szczęście liturgia jest czymś znacznie większym i piękniejszym, niż tylko zbiór przepisów.

Jedno wszakże zdanie z ostatniego artykułu p. Wolańskiego pobudziło mnie do refleksji i napisania niniejszego tekstu. Jest to zdanie następujące: „Liturgia nie została nam dosłownie «zrzucona» z nieba, ale powstawała i ewoluowała przez wieki, każdorazowo jej forma była potwierdzana przez papieży (namiestników Chrystusa!) i sobory – nad tym zaś wszystkim czuwał przecież Duch Święty”.

Najpierw należy zauważyć, że koncepcja papieża jako namiestnika Chrystusa nie jest czymś, co istniało w Kościele od św. Piotra. W pierwszych wiekach biskup Rzymu był jedynie pierwszym spośród równych sobie, i w znacznym stopniu od siebie niezależnych, następców Apostołów. Taki sposób patrzenia na biskupów do dzisiaj pozostał, w znacznej mierze, w myśleniu Kościołów Wschodnich. Dopiero z czasem biskup Rzymu, powoli, ale w coraz większym stopniu, stawał się nie pierwszym spośród równych, ale przełożonym pozostałych biskupów, mającym coraz bardziej władzę absolutną – namiestnikiem Chrystusa.

Nie mogę w tym artykule przeprowadzić nawet skrótowego wykładu z historii liturgii Eucharystii[2], warto jednak zwrócić uwagę, że w pierwszych wiekach liturgia powstawała i reformowała się „od dołu” – była owocem modlącej się wspólnoty. I oczywiście nie była, z powodu wymienionego w poprzednim akapicie, potwierdzana przez papieży (a już na pewno nie „każdorazowo”). Każda wspólnota, gromadząca się wokół biskupa i katedry (a w późniejszych wiekach także wspólnota monastyczna i zakonna), wypracowywała swoją własną liturgię. Stąd bogata różnorodność tradycji liturgicznych – zarówno na Wschodzie, jak i, w mniejszym stopniu, na Zachodzie. Te tradycje, rzecz jasna, na siebie wpływały i stawały się dla siebie źródłem inspiracji (nie zaś nakazu sprawowania Eucharystii w takiej czy innej formie).

Uważam, że reforma trydencka była, w pewnym sensie, najgorszym wydarzeniem w historii liturgii. Bo oto po raz pierwszy liturgia przestała być dziełem modlącej się wspólnoty, ale powstała „przy biurkach” trydenckich czy watykańskich urzędników. Została przysłana „z góry” i obwarowana ogromną ilością przepisów oraz grzechów, jakie się popełnia niedokładnie ich przestrzegając. Michael Kunzler tak pisze o Missale Romanum św. Piusa V: „Bullą Quo primum z 14 lipca 1570 roku Mszał ten został wprowadzony w całym katolickim Kościele Zachodu, o ile nie panowała na danym terenie ponad 200-letnia tradycja własna; określono ponadto jasno, iż w tymże Mszale nie wolno «niczego dodać, ująć czy zmienić». Te dwie zasady:  jednolitości i niezmienności, miały zapewnić w całym świecie katolickim autentycznie katolicką jedność ponad wszelkimi odrębnościami kulturowymi, a utworzona w roku 1588 Kongregacja Obrzędów miał czuwać nad tym wszystkim”[3]. Takiego podejścia do liturgii nie było w Kościele nigdy wcześniej.

Sformułowanie „przy biurkach” jest oczywiście nadużyciem z mojej strony. Bardziej nadawałoby się ono do opisu tworzenia reformy liturgii po Soborze Watykańskim II (co bynajmniej nie wyszło jej na dobre). Co by nie mówić o reformie trydenckiej, nakazany sposób sprawowania Eucharystii był, w dużej mierze, owocem tradycji wypracowywanej przez długi czas w diecezji rzymskiej (i w części innych diecezji Kościoła Zachodniego również). Istota problemu polega jednak na tym, że dla wielu wspólnot Kościoła (diecezjalnych i zakonnych), sposób sprawowania Eucharystii został przysłany „z góry”, bez liczenia się z ich odrębnością i lokalnymi tradycjami (z nielicznymi wyjątkami, jak np. tzw. liturgia ambrozjańska czy ryt dominikański). Zniszczono w ten sposób różnorodność i płynące z niej bogactwo.

Najgorsze jest to, że reforma trydencka – traktując liturgię nie jako owoc wiary i modlitwy wspólnoty, lecz jako narzucony „z góry” zbiór przepisów i rubryk, których należy absolutnie precyzyjnie i posłusznie przestrzegać, i których nie wolno pod żadnym pozorem, bez zgody Stolicy Apostolskiej, zmieniać – zabiła w ludziach wrażliwość liturgiczną. Tak to już jest, że nakazywanie ślepego posłuszeństwa zabija w człowieku wrażliwość, która zawsze wiąże się z wolnością. I jest ona, moim zdaniem, już niestety nie do odzyskania.

Najlepszym dowodem zagubienia liturgicznej wrażliwości są przeróżne „dziwactwa”, zdarzające się zwłaszcza w Europie Zachodniej, słusznie piętnowane na stronie internetowej Kronika Novus Ordo[4] (za którą skądinąd nie przepadam). Postawiłbym jednak tezę, że winna tego rodzaju nadużyć jest nie reforma po Soborze Watykańskim II, lecz reforma trydencka, która zabiła w ludziach tę właśnie liturgiczną wrażliwość. Przecież w pierwszym tysiącleciu, gdy ludzie byli znacznie bardziej wrażliwi na piękno liturgii i lepiej ją rozumieli, tego rodzaju liturgiczne „dziwactwa” byłyby zupełnie nie do pomyślenia. Oczywiście przyczyn utraty wrażliwości liturgicznej było zapewne więcej i nie jest tak, że jedynym źródłem zła jest tu reforma trydencka.

Ludzie obecnie pragnący uczestniczyć w liturgii trydenckiej, to przede wszystkim ludzie młodzi, nie pamiętający, jak ta liturgia w praktyce przed Soborem Watykańskim II wyglądała. Pouczający jest w tej kwestii artykuł o. Józefa Puciłowskiego OP, Gawęda o reformie liturgicznej[5]. Znamienna jest też wypowiedź jednego z moich starszych współbraci, wyświęconego na kapłana jeszcze przed Soborem Watykańskim II, znanego z umiłowania liturgii, a zwłaszcza chorału gregoriańskiego, który na pytanie o liturgię przedsoborową odpowiedział, ku zaskoczeniu pytających, że było to coś nie do wytrzymania: ksiądz całą uwagę skupiał na tym, żeby nie popełnić jakiegoś wykroczenia wobec przepisów liturgicznych, a do zakrystii wracał taką liturgią nie przemieniony, lecz przemęczony.

Jeżeli po wprowadzeniu reformy liturgicznej, zwłaszcza w Europie Zachodniej, wynoszono z kościołów stare ołtarze, palono stare ornaty i przedsoborowe księgi liturgiczne, to nie tylko z powodu ideologicznego podejścia reformatorów, ale także (a może przede wszystkim) z powodu ideologicznego i rubrycystycznego podejścia do liturgii przed Soborem, której to liturgii wielu ludzi Kościoła miało serdecznie dosyć. Tu trzeba zaznaczyć mądrość kard. Stefana Wyszyńskiego, który reformę liturgiczną wprowadzał w Polsce bardzo ostrożnie i powoli – dzięki temu uniknęliśmy mnóstwa błędów, których nie ustrzegły się Kościoły Europy Zachodniej.

Wnikliwa ocena reformy liturgicznej domaga się nie tylko oddzielnego artykułu, ale zapewne książki na ten temat. Tu ograniczę się jedynie do stwierdzenia, że z całą pewnością można było przeprowadzić ją znacznie lepiej, spokojniej i rozsądniej, bez ideologicznego podejścia, któremu winne były obie strony. Do dzisiaj zresztą kwestia sporów o ryt trydencki i ryt posoborowy (Pawła VI) jest w dużej mierze nie merytoryczna, lecz ideologiczna. Pomimo różnych błędów przy wprowadzaniu tej reformy i mimo że, jak mówił kard. Joseph Ratzinger, potrzebna jest „reforma reformy”, dokonała się jedna rzecz o znaczeniu fundamentalnym: świeccy katolicy zaczęli na nowo uczestniczyć w Eucharystii, a nie tylko jej słuchać. Liturgia przestała być – jak było przez ostatnie kilkaset lat – liturgią kleru, a na nowo zaczęła być – jak było w pierwszym tysiącleciu – liturgią całej wspólnoty Kościoła.

Jeden z moich współbraci miał okazję, podczas pobytu w Egipcie, uczestniczyć w przepięknej liturgii w rycie koptyjskim. W sposób niesamowicie piękny oddawano chwałę Panu Bogu. Ale w to oddawanie chwały Bogu byli zaangażowani jedynie duchowni: świeccy siedzieli w ławkach drzemiąc, dłubiąc w nosie lub rozglądając się, i kompletnie nic z tej liturgii nie rozumiejąc, ani w niej nie uczestnicząc. Podobnie wyglądało to przed Soborem Watykańskim II podczas przeciętnej parafialnej Mszy św., o czym młodzi fascynaci starego rytu nie pamiętają. I oczywiście Panu Bogu chwałę oddawano, ale czy taka liturgia przemieniała serca jej uczestników (obserwatorów) i zbliżała ich do Boga?

Ponowne zaproszenie wiernych świeckich do uczestnictwa w Eucharystii, a nie tylko jej słuchania, jest – w moim przekonaniu – sprawą fundamentalną. Dzięki temu liturgia nie tylko oddaje chwałę Bogu, ale ma większą szanse przemieniać serca uczestników i do Pana Boga ich zbliżać, a zarazem pomaga na nowo odzyskiwać liturgiczną wrażliwość. Jakkolwiek uważam, że już nigdy nie będziemy mieli takiej liturgicznej wrażliwości, jaką mieli ludzie Kościoła w dawnych czasach (w ogóle społeczeństwo naszych czasów jest mniej wrażliwe na piękno), to jest jednak szansa, że żywe uczestnictwo umożliwione przez ostatnią reformę, będzie tę wrażliwość pomału odbudowywać. W moim przekonaniu śpiewnik Niepojęta Trójco, mimo różnych błędów, które pewnie się doń wkradły, jest wyrazem odbudowywania wrażliwości na liturgię i jej piękno – wrażliwości nie zarezerwowanej jedynie dla mniejszej części wspólnoty Kościoła, czyli duchownych, ale dla wszystkich uczestników liturgii Eucharystii.

Na koniec chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną, bardzo istotną kwestię. Spór na temat liturgii trydenckiej i liturgii posoborowej jest nie tylko i nie przede wszystkim sporem o miłość do łaciny lub niechęć do tego szlachetnego języka, o różny gust muzyczny czy różne widzenie piękna. Sprawa jest, moim zdaniem, znacznie głębsza. Prosper z Akwitanii ukuł słynną formułę: lex orandi – lex credendi[6], a więc że to, w jaki sposób się modlimy, określa to, w co wierzymy. Z pewnością działa to i w drugą stronę: to, jak wierzymy, wpływa na to, jak się modlimy.

I w tym miejscu trzeba sobie przypomnieć, w jakich okolicznościach rodziła się liturgia trydencka, jak wierzył i jaki był Kościół, który ją wprowadzał. A był to Kościół przede wszystkim walczący z reformacją, czujący się obleganą twierdzą i bojący się wszystkiego, co na zewnątrz, co niekatolickie, rzucający na prawo i lewo anatemy (warto przestudiować ile razy w dokumentach Soboru Trydenckiego pojawiło się sformułowanie: anathema sit). Z takiego Kościoła – Kościoła walki i lęku przed złym światem – zrodziła się liturgia trydencka. I taką wizję Kościoła liturgia trydencka głęboko w sobie nosi.

Nie sposób nie zauważyć, że miłośnicy starej liturgii są często ludźmi bojącymi się wszystkiego, co inne, a zwłaszcza posoborowe. A jak wiadomo, lęk rodzi agresję i potępianie inaczej myślących, czego wspomniana strona internetowa Kronika Novus Ordo jest wprost idealnym przykładem.

Na szczęście odbył się Sobór Watykański II, nad którym „czuwał przecież Duch Święty” (że odwołam się zdania p. Wolańskiego, które stało się inspiracją dla niniejszego artykułu), i Kościół jest już inny: jest Kościołem dialogu, a nie walki, Kościołem, który widzi, że cały świat, również ten niekatolicki, jest – jako Boże stworzenie – czymś dobrym i nie musimy się go lękać, Kościołem, który nie rzuca anatem, lecz, jasno mówiąc w co wierzy, ma szacunek dla tych, którzy wierzą inaczej lub nie wierzą wcale. Jest to wizja Kościoła, która wypływa z nauczania Soboru Watykańskiego II i posoborowych papieży. Jest to też wizja, którą nosi w sobie posoborowa liturgia (mimo wszystkich jej wad i słabości). I jest to wreszcie wizja, która – jestem o tym głęboko przekonany – jest znacznie bliższa Ewangelii.

Mam mocną nadzieję, że do przedsoborowej wizji Kościoła i tamtego sposobu wyznawania wiary nigdy już nie powrócimy. Na szczęcie jest to już chyba niemożliwe. Jeśli jednak prawdziwą jest moja teza, o ścisłej więzi między liturgią trydencką a tamtą wizją Kościoła, to mając na uwadze sformułowanie: lex orandi – lex credendi, wolałbym, abyśmy do liturgii trydenckiej nie wracali.

Michał Pac OP

 


[1] Pierwszy z tekstów znajduje się w: Anamnesis, nr 54, Katowice 2008; kolejne dwa są zamieszczone na stronie: www.liturgia.dominikanie.pl

[2] Krótko na ten temat np. w: Michael Kunzler, Liturgia Kościoła, Poznań 1999, s. 289-309.

[3] Michael Kunzler, Liturgia Kościoła, Poznań 1999, s. 304.

[4] http://breviarium.blogspot.com

[5] Józef Puciłowski OP, Gawęda o reformie liturgicznej, Biuletyn Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego, nr 1/2007, s. 7-8; także na stronie:www.liturgia.dominikanie.pl/biuletyn

[6] W pełnym brzmieniu: „ut legem credendi lex statuat supplicandi”.

 

Zobacz także